![]() |
| Znak drogowy informujących o tym, że wjeżdżamy na teren, na którym obowiązuje wolny wypas bydła, tzn. mogą bezkarnie wchodzić nam na drogę. Tu w Arizonie. By User:$1LENCE D00600D, CC BY-SA 3.0. Źródło |
Teksaski Paszport
Kolejny termin, którego zdecydowałam się w Teksaskim Paszporcie nie tłumaczyć, choć byłoby to akurat w tym przypadku stosunkowo łatwe. Na szybko, bez przeglądania literatury powiązanej, mógłby być to po polsku „wolny wypas”. Z tym, że… w języku polskim staje się to natychmiast termin wąski, techniczny, nieprzyjemnie hodowlany i nadal nie do końca trafny. Tymczasem range ma po angielsku cały wachlarz (= range!) znaczeń: sygnalizuje jakąkolwiek przestrzeń otwartą bądź nie, a także przestrzeń metaforyczną w sensie zakresu, przekroju i możliwości. Open range jest więc terminem stricte związanym z amerykańską mitologią. Według niej Stany Zjednoczone to kraj, w którym wszystko jest możliwe, kraj wolny i w swojej wolności wyjątkowy. Na blogu wypominam czasem Ameryce ten samozachwyt dość zgryźliwie. Ale moje wypominki nie zmieniają faktu, że ta wiara to poczesny element amerykańskiej kultury, stały rys amerykańskiego autoportretu i miara, jaką przykładają Amerykanie do innych „starych” kultur.
rasa szkaradna
Jak rodzi się dzieci w Ameryce? Jak wygląda dzieciństwo w Ameryce? Właśnie nie tak fajnie. To znaczy, pewnie znośnie, jeśli płaci się 1500 dolarów miesięcznie za ubezpieczenie zdrowotne. Jeśli matki nie stać na taką albo zbliżoną sumę, a na dodatek jest czarna albo brązowa i mieszka w jakimś miejscu złym, na przykład w Bronxie, to i ona, i dziecko są już częścią statystyki. Kilka lat temu BBC opublikowało zatrważający raport na temat śmiertelności niemowląt i dzieci w Stanach Zjednoczonych. Nie chodziło o przyczyny naturalne, ale o zaniedbanie, znęcanie się i wreszcie dzieciobójstwo. Na 100 tys. dzieci, 2.4 śmierci wskutek przemocy w rodzinie: najwięcej z krajów tak zwanych rozwiniętych, ponad dwa razy więcej niż w Wielkiej Brytanii, Niemczech albo Japonii. Teksas przoduje na tym tle dość niechlubnie: wskaźnik wynosi ponad 4 śmierci. W ciągu ostatnich dziesięciu lat zginęło więc w swoich domach cztery razy więcej dzieci, niż żołnierzy amerykańskich w Afganistanie i Iraku. Połowa zmarłych nie ukończyła nawet pierwszego roku życia.
![]() |
| Kadr z minidokumentu Anny Bressanin Nine months in the Bronx |
literatura amerykańska
Z Denisem Johnsonem mam problem. Przeczytałam trzy książki i nadal nie wiem, czego po nim oczekiwać. Czasem pisze szczerze i dotkliwie, czasem popisuje się grafomaństwem: przeskakuję całe sekcje i obiecuję sobie, że nigdy więcej. A jednak. Facet potrafi uwieść. Jego książka Jesus’ Son doczekała się ekranizacji i faktycznie wydała mi się najlepsza, najuczciwsza. Może dlatego, że oparta jest na doświadczeniach autora: Johnson przeżył swoje lata dwudzieste na haju i w oparach alkoholu, zanim wreszcie wrócił do domu rodziców i wyczołgał się, mozolnie, na względną prostą. Jesus’ Son – której tytuł wzięty jest ze słów do Heroiny Velvet Undergroundu – to książka świetna: zdawkowa i absurdalna, urywana i chaotyczna jak faktyczny ćpuński żywot. Straszna bez krzty dydaktyzmu. Tym razem jednak nie będzie o niej, ale o zbiorze esejów Seek: Reports from the Edges of America and Beyond.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


