Myślę, że to jedna z tych rzeczy, dla których nie ma przeskoczenia ani pojednania, ani odkupienia.
Tak, zdecydowanie jestem duszą niepokorną. Inne osoby przyjeżdżają na krótkofalową wizę i zostają, później kilkanaście, kilkadziesiąt lat nie mogą przekroczyć granicy. W odległym kraju ojczystym, najbliżsi pobierają się, rodzą dzieci, chorują i umierają, a ich tam nie ma. Moje półtora roku nie ma co stawać w szranki z takim przebiegiem. A jednak myślę, że czas nie ma tu znaczenia, i nie ma znaczenia większa lub mniejsza rogatość duszy. Takie uczucie ubezwłasnowolnienia, więcej: arbitralnego gwałcenia ludzkiej woli, niszczy umysł. Tylko tak jestem w stanie opisać moje uczucia z tych dwudziestu miesięcy, podczas których wydział do spraw cudzoziemców decydował, czy nie jestem zagrożeniem dla imperium.
(Tym mniej jestem w stanie sobie wyobrazić ogrom krzywdy, jaki wyrządza zwielokrotnione ubezwłasnowolnienie, zwielokrotniony gwałt na woli: jakiekolwiek niewolnictwo, chociażby łaskawe, jakikolwiek handel ludźmi. Skoro biurokratyczna bagatelka potrafi tak człowieka upodlić, to jak musi niknąć mózg po doświadczeniu strasznym i realnym).
***
Święta Bożego Narodzenia są w małym teksaskim miasteczku ledwo zauważalne. Jeśli nie zarejestruje się ważkiego faktu, że do sklepowej gamy kolorystycznej ze Święta Dziękczynienia została dodana wściekła zieleń, to w ogóle ma się wrażenie, że grudzień przespał swoją kolej i po listopadzie musiano zwlec z łóżka zataczający się lekko styczeń. Z tej i pozostałej wyżej opisanej rozpaczy pojechaliśmy więc do Nowego Jorku na koncert Leonarda Cohena.
Centrum Nowego Jorku przywitało nas bożonarodzeniowym blichtrem, ale Brooklyn, gdzie odbywał się koncert, był swojsko ponury, zimny, brudny, zadeptany lecącymi gdzieś ludźmi i - co tu kryć - po prostu warszawski. (Nie do końca jest to przygana; w moim stanie ducha było mi akurat z tą konstatacją bardzo dobrze). Przy stacji metra funkcjonowało kilka wielkich sklepów odzieżowych, w których trwały świąteczne przeceny; wielkie witryny eksponowały dantejskie sceny rozgrywające się w środku: ubrania deptane na ziemi, bałagan na wymiecionych półkach, cierpiętniczo ściśnięte kolejki. W nowojorskim metrze zgiełk, tłok i obojętność. Kontakt wzrokowy nawiązał ze mną jedynie jakiś mężczyzna w kapeluszu, z długimi puklami wokół twarzy, który obdarzył mnie w przejściu spojrzeniem pełnym pogardy. Może nie spodobał mu się mój czerwony płaszcz. Kapeluszników, choć nie ortodoksyjnych, było więcej na koncercie. Tłum wyraźnie rozintelektualizowany, jeszcze przed koncertem dzielił się na grupy dyskusyjne. Niektórzy trzymali w rękach tomiki poezji Cohena, inni jego powieści. Dostrzegłam egzemplarze „Księgi tęsknoty” i „Pięknych przegranych”, unoszone w zawziętej gestykulacji. Czułam się obco w tym gąszczu zaborczych intelektów. Aby przezwyciężyć uczucie zagubienia, kupiłam kawał czekoladowego tortu (w amerykańskim rozmiarze XXL) i skryłam się za nim, aż nastała pora wejścia na salę.
Cohen śpiewał między innymi piosenkę Lover Lover Lover:
Prosiłem ojca:
Ojcze, zmień mi imię
To stare zeszmaciło się,
Przeszło strachem, brudem, wstydem, śmierdzi tchórzem
...
Niech zacznę od nowa - rzekłem
Tak, chcę zacząć od nowa
Tym razem z twarzą pogodną
Tym razem z duchem spokojnym
...
Utwór jest transowy, inspirowany jakimś melancholijnym motywem z piosenki jidysz; Cohen śpiewał go kiedyś żołnierzom izraelskim z okazji Jom Kippur, Dnia Pojednania. Melodia wkręca się natrętnie w szpule mózgu, potem trudno ją stamtąd wysupłać. W Wigilię wracaliśmy do Houston, jakimś samolotem o wczesnych godzinach porannych, o trzeciej czy czwartej nad ranem, z lotniska Newark w New Jersey, żeby wyszło taniej. Zgięta w pałąk w klasie ekonomicznej, z uśpionym Nowym Jorkiem u stóp, starałam się wyliczyć różnicę czasu, żeby wyobrazić sobie, co robi w tej chwili moja rodzina w Polsce. Ani razu przedtem nie opuściłam rodzinnych Świąt. Poczucie winy nie miało najmniejszego sensu, bo w rodzinie wszyscy jesteśmy indywidualistami i tradycje świąteczne nigdy nie były dla nas specjalnie ważne; od blisko dziesięciu lat nie składamy sobie prezentów, dom dekorujemy z doskoku, kto tam dostanie nagłej inwencji; potrawy trochę świąteczne, trochę przypadkowe, co kto zrobi. Byliśmy jednak razem, a tamtego roku nagle nie byliśmy. W Wigilię poszłam spać wcześnie, wyczerpana i zdezorientowana. Mikołajowi zostawiliśmy na noc szklankę mleka i ciasteczka, jak to w Stanach. Rano, w pierwszy dzień Świąt, zjedliśmy jajecznicę. Znajoma usmażyła bekon, a na lunch krewetki -
Upłynęły dwa lata, a smród tamtych miesięcy ciągnie się za moim imieniem jak potężne gówno, które weszło w żłobienia traperów i z biegiem czasu wcale nie traci na soczystości. Kiedy po kilkunastu godzinach podróży staję w wielkim hangarze lotniska w Houston, czuję ten smród jeszcze wyraźniej. Urzędnik za szkłem (do którego docieram po okołogodzinnym lewitowaniu w kolejce) instruuje, jak wykonać odciski palców: Proszę położyć trzy palce, proszę położyć wskazujący, środkowy, etc., proszę położyć kciuk. Druga ręka. Spojrzeć w kamerę z szeroko rozwartymi oczami. Ile czasu poza granicami kraju? Po co? Dlaczego? Zabiera mi paszport, pardon, zatrzymuje sobie mój paszport. I’ll hold on to your passport now. Please wait here. Someone will pick you up shortly. Czekam pod wysokim szklanym niebem, bez paszportu, bez narodowości, bez snu i znaczenia. W sali przesłuchań nie wolno używać telefonów komórkowych; ktoś czeka na mnie w hali przylotów, nieświadomy, ale to również jest bez znaczenia... Nigdy nic się poważnego nie dzieje, rzecz jasna. Wyjaśniam wszystko jak zwykle: spokojnie i rzeczowo, bez emocji, jakby robiła to zupełnie inna osoba, nie ta, która już od dawna powinna smacznie chrapać w łóżku, z ciepłym obiadem w trzewiach, czołem wygładzonym, twarzą uśmiechniętą. Czasem tylko mi się zapomni, że urzędnicy globalnie nie łapią żartu i ironii. Patrzą na mnie wzrokiem bez wyrazu, dowcip zostawiają rozkraczony na lodzie, głupie uczucie. Wyjaśniam więc wszystko raz jeszcze, jasno i klarownie. Metafory i komplikacje pozostawiam sobie.
Rutyna. Wszystko już się zdarzyło i zdarzy się jeszcze raz.

Odciski palców sa faktycznie bardzo upokarzające.
OdpowiedzUsuńByłam w Stanach 19 miesięcy.Towarzyszyłam mężowi w zesłaniu korpo,tzw. "short term".
Nie otrzymałam wizy upoważniającej mnie do pracy więc aby nie zdziczeć w domu poszłam pracować jako wolontariusz do przedszkola, do którego uczęszczał mój syn.A jednak pytanie "Gdzie pracujesz"? Rodziło wtedy we mnie wiele frustracji... Dlaczego żony pracowników korpo, podczas legalnego pobytu nie moga pracować w USA? Odebrałybyśmy temu krajowi parę kromek chleba w ten sposób? Ktoś bardzo straciłby na tym, gdybym odprowadizła do budżetu rządu parę tysięcy dolarów z tytułu podatku?Dziwny kraj...
Odciski akurat mi nie przeszkadzają. Bardziej przeszkadza mnie zabieranie paszportu i to, że nikt mi nic nie wyjaśnia. To ostatnie naprawdę bardzo mnie irytuje, bo nie lubię być traktowana jak półgłówek. Brak pozwoleń na pracę, o jakich piszesz, jest równie upodlający. Tak samo fakt, że ani wiza, ani zielona karta, które jakby nie było zdobyłam legalnie, płacąc przy tym jak za zboże, nie gwarantują mi „przywileju” wejścia do kraju. Gwarantują za to masę stresu i tonę wymagań. Kwadratowość tego systemu jest chyba dla mnie coraz bardziej nie do przeskoczenia, ale o tym już Ci pisałam prywatnie.
UsuńAkurat kraj nie ma tu wiele do rzeczy. Tak samo jest na większości granic. Oczywiście nie czuje się tego mając paszport unijny i ganiając po europie, ale jak się ma przypadkiem paszport nieunijny, a już nie daj licho na przykład wizowy (na przykład ukraiński albo turecki) to zaczynają się prawdziwe kołomyje... USA nie są tu wyjątkiem, choć do wiz, wjazdu i paszportów oczywiście mają podejście dosyć paranoiczne. Nota bene, UE niebawem wprowadza elektroniczne wizy a potem pewnie odsciski na zewnętrznych granicach...
UsuńSympatyzuję i rozumiem, choć nam się nie zdarzyło nie móc jechać, bo zawsze mieliśmy kanadyjską wizę długoterminową. Amerykańską dali nam w konsulacie w Toronto bez ceregieli na dziesięć lat. Ale oczywiście odciski musieliśmy zostawiać na amerykańskiej granicy. I też zabierali nam paszporty. Nie jest to miłe i kiedy w końcu dostaliśmy kanadyjskie obywatelstwo i paszporty odetchnęliśmy z ulgą. Teraz na amerykańskiej granicy wystarczy pokazać paszport i można jechać dalej...
OdpowiedzUsuńJak długo jeszcze? Pewnie się naczekasz... My stały pobyt dostaliśmy po 4 latach, obywatelstwo po dziewięćiu od wylądowania nad jeziorem Ontario...
O obywatelstwo teoretycznie mogę się ubiegać już teraz, przynajmniej tak twierdzą prawnicy. Ale w związku z nowymi projektami wygląda na to, że będę spędzała więcej czasu w Europie, a jednym z wymogów jest to, by określoną liczbę miesięcy mieszkać w Stanach; wszystkie miesiące spędzone poza granicami są więc niejako w plecy. Dłuższe pobyty nie wiem, czy nawet tej liczby jakoś nie resetują. Poza tym w grę wchodzą inne jeszcze względy, które przerabiam teraz. Szczerze mówiąc, na obecnym etapie coraz mniej mi na tym zależy. Być może łatwiej by mi było z wizą, tak jak kiedyś. Czekam trochę na rozwój wypadków.
UsuńE no, jak tylko będziesz mogła to składaj. Pamiętaj, że amerykański paszport (jak i kanadyjski) jest jednak o wiele bardziej "uprzywilejowany" niż polski. A z polskim może róznie być w przyszłości, biorąc pod uwagę wydarzenia w Europie. Zielona karta to tylko zielona karta. Czyli tolerowany pobyt stały, ale nie pełnoprawny członek społeczeczności. U nas jest trochę lepiej, bo teoretycznie człowiek ze stałym pobytem ma takie samo prawo wjazdu do Kanady jak Kanadyjczyk, ale tylko teoretycznie. W praktyce musisz spełnić warunki pobytu, nie możesz wyjechać na długo za granicę, bo pobyt stracisz, jeśli przypadkiem zostaniesz "inadmissible" w świetle kanadyjskiego prawa to nie muszą Cię wpuścić i stracisz pobyt. I tak dalej.
OdpowiedzUsuńPoza tym pamiętaj, że jak będziesz musiała przypadkiem jechać do Kanady to też z amerykańskim obywatelstwem o wiele łatwiej niż z polskim. Podobnie z pozwoleniem na pracę. Z kanadyjskim paszportem i przy swoim zawodzie mogę wziąć paszport i jechac do pracy na granicy mowiac, ze wjezdzam do pracy w ramach NAFTA. Oczywiscie jest z tym troche biurokracji, ale sie da. Z europejskim sie nie da.
"A z polskim moze być róznie w przyszłości, boirąc pod uwagę wydarzenia w Europie" Co konkretnie masz na myśli? Pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńNa przyklad to, ze Schengen sie moze rozpasc. Albo Unia. Ten pierwszy scenariusz jak najbardziej realnie przedstawia powazna prasa anglojezyczna, ten drugi poki co jest mniej realny, ale nie wiadomo. Kiedy do glosu dochodza populistyczne I antydemokratyczne ugrupowania, tak jak w Polsce czy na Wegrzech nie wiadomo czego sie mozna spodziewac. Nic nie jest dane raz na zawsze, rowniez ruch bezwizowy dla Polakow. Wystarczy przypomniec kraje, ktore stracily ruch bezwizowy z USA czy Kanada.
Usuń/ps. pisze z innego komputera i nie mam polskich znakow, przepraszam/
Znam tą procedurę! Byłam w szoku na lotniskach Chicago I NY - człowiek numer! Mieszkam od 18 lat w Niemczech - jadę do USA na 10 - 14 dni nigdy więcej czasmi 7 .....a za każdym razem jestem podejrzana o pozostanie w kraju DREAM na zawsze???? - dlaczego? bo mam polski paszport..... - na szczęście za drzwiami lotniska - jest miło powierzchownie i zawsze sympatycznie.....więc traktuję amerykańskie lotniska jako rodzaj amerykańskiego obrządku ;-)
OdpowiedzUsuńładnie napisane!czytałam z ciekawością!
Hej, takjakelle... Miło, że zajrzałaś do mnie. Faktycznie, jeśli jedzie się do Stanów tylko na krótki czas, jakoś ten obrządek nie mierzi. Zanim osiadłam w USA na stałe, nie przeszkadzał mi; w końcu każdy kraj ma swoje dziwactwa. Tyle że teraz, gdy tu mieszkam i stoję wobec ogromu tych dziwactw, zaczynam patrzeć na wszystko trochę inaczej. Może w tym roku jakoś się to zmieni. Wszystkiego dobrego w Twoich pięknych wojażach :)
Usuń