![]() |
| Henrietta Chamberlain King. Odziedziczyła po mężu wielkie ranczo liczące pół miliona akrów (i zadłużone na pół miliona dolarów). Ranczo istnieje do dziś jako legendarne King Ranch. Źródło |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teksaski Paszport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teksaski Paszport. Pokaż wszystkie posty
Teksaski Paszport
To, że większość wypasu bydła w Teksasie odbywała się historycznie w egalitarnym systemie open range, jest często powtarzanym mitem. W istocie rancza istniały od zawsze, to znaczy odkąd biały człowiek przybył na ziemie obu Ameryk z tym absurdalnym – dla czerwonoskórych – pomysłem, że ziemię można zawłaszczać, posiadać i odgradzać (kto by pomyślał?). Przydziałów w nowo utworzonej kolonii udzielała już korona hiszpańska, chociaż nieprzyjazne terytoria na północ od Rio Grande odstraszały wielu śmiałków. Ci, którzy osiadali w twardej rzeczywistości amerykańskich kresów, musieli być równie nieprzejednani. Już w tym wczesnym okresie mamy do czynienia ze stosunkowo dużą ilością kobiet-ranczerek. Według prawa hiszpańskiego, kobiety cieszyły się wieloma prawami, mogły dziedziczyć ziemię i rozporządzać nią według swojej gestii, niezależnie od męża i krewnych.
Teksaski Paszport
Kolejny termin, którego zdecydowałam się w Teksaskim Paszporcie nie tłumaczyć, choć byłoby to akurat w tym przypadku stosunkowo łatwe. Na szybko, bez przeglądania literatury powiązanej, mógłby być to po polsku „wolny wypas”. Z tym, że… w języku polskim staje się to natychmiast termin wąski, techniczny, nieprzyjemnie hodowlany i nadal nie do końca trafny. Tymczasem range ma po angielsku cały wachlarz (= range!) znaczeń: sygnalizuje jakąkolwiek przestrzeń otwartą bądź nie, a także przestrzeń metaforyczną w sensie zakresu, przekroju i możliwości. Open range jest więc terminem stricte związanym z amerykańską mitologią. Według niej Stany Zjednoczone to kraj, w którym wszystko jest możliwe, kraj wolny i w swojej wolności wyjątkowy. Na blogu wypominam czasem Ameryce ten samozachwyt dość zgryźliwie. Ale moje wypominki nie zmieniają faktu, że ta wiara to poczesny element amerykańskiej kultury, stały rys amerykańskiego autoportretu i miara, jaką przykładają Amerykanie do innych „starych” kultur.
![]() |
| Znak drogowy informujących o tym, że wjeżdżamy na teren, na którym obowiązuje wolny wypas bydła, tzn. mogą bezkarnie wchodzić nam na drogę. Tu w Arizonie. By User:$1LENCE D00600D, CC BY-SA 3.0. Źródło |
Teksaski Paszport
Powiedzmy sobie szczerze: poza granicami stanu, opinia o Teksasie nie jest najlepsza. Teksas uchodzi za stan ultrakonserwatywny, ultrarepublikański i ultrazacofany, taki amerykański odpowiednik krainy moherowych beretów, tyle że oczywiście w Teksasie każdy moher posiada broń! Jest to trochę przykre, ale też trochę zabawne. Pamiętam, jak raz w nowojorskiej restauracji miałam nieszczęście usiąść przy stoliku obok grupy rozchełstanych, rozemocjonowanych garniturów. W pewnym momencie jeden z podchmielonych panów zaczął opowiadać o nieobecnym koledze: „Wiecie, gdzie on się urodził? W jakiejś zapadłej dziurze na Południu, w Teksasie!” – tu przerwał dla efektu i ściszył głos, jakby zdradzał zebranym jakąś fantastyczną zbrodnię. Poza tym, nikt w Nowym Jorku nie wierzył, że jesteśmy z Teksasu. Wyglądaliśmy chyba zbyt normalnie: ani kapelusza, ani kowbojek, ani transparentów z Sądem Ostatecznym; gęby też w miarę inteligentne, więc skąd Teksas? Po chwili dezorientacji padało pytanie: „Aha… pewnie z Austin?”. Bo gdzieś tam w skołowanej nowojorskiej łepetynie mrygała lampka, że Austin, stolica Teksasu, to ostoja liberalizmu i hipsterskości pośród morza „republikańskiego uwstecznienia”. No ale to jest Nowy Jork: nieprzeciętnie brudny, wręcz plugawy, głośny, prostacki i prowincjonalny. Zwłaszcza dla kogoś, kto przyzwyczaił się do klimatu Południa, gdzie ludzie, chociaż może i „zacofani”, może i „konserwatywni”, może i głosują, o zgrozo, prawicowo, ale odnoszą się do innych z szacunkiem i nie zapominają o dobrych manierach. No i zawsze cię nakarmią.
![]() |
| Symbole partii republikańskiej i demokratycznej. Barwą republikańskiej jest czerwień, demokratycznej: błękit. By DonkeyHotey, CC BY 2.0. Źródło |
Teksaski Paszport
Nikt dokładnie nie wie, kto powiedział to pierwszy, ale w Stanach powtarzano to z przekonaniem już na początku wieku XX. W Stanach Zjednoczonych wszystko wydaje się większe: „małe” mieszkania pomieściłyby kilka rodzin, biurowce giną w chmurach, porcja dla jednej osoby nakarmiłaby dwie albo trzy, dwupasmowa jednokierunkowa szosa jest już ciasnawa. Więc dlaczego akurat „wszystko jest większe w Teksasie”? Prawdopodobnie ma to coś do czynienia ze spektakularnym rozmiarem samego stanu, który do momentu kupna Alaski szczycił się mianem największego stanu w całej unii (i dla nieuków, którzy przespali to wydarzenie, nadal nim jest). A może jest to kwestia rozległych przestrzeni i wielkich rancz, które uczyniły Teksas tym, czym jest teraz. W każdym razie Teksańczycy (i inni Amerykanie) z upodobaniem to hasło powtarzają. Pamiętam, że gdy przejeżdżałam przez jakieś pasmo górskie w Kolorado, natrafiliśmy na wielkie usypisko pokryte ogromnymi wapiennymi kamulcami. Wyglądało to niemal jak składowisko asfaltowych bloków przed rozpoczęciem budowy. Przewodniczka, która zdążyła nam już kilkakrotnie oznajmić, że pochodzi z Teksasu, ogłosiła przez megafon: „A teraz proszę spojrzeć za okno, po lewej stronie widzicie państwo to, co my w Teksasie zwykle nazywamy żwirem”.
Teksaski Paszport
No wreszcie! Na ten temat ostrzyłam sobie zęby (sic!) już od dawna, tylko nigdy nie mogłam się zdecydować, od jakiej strony go ugryźć :)
A teraz nadarza się świetna okazja, bo za każdym razem, gdy przyjeżdżam z powrotem do Teksasu, odkrywam tutejszą kuchnię na nowo. Zabawne jest to, że zmieniając kontynent, z dnia na dzień praktycznie zaczynam jeść zupełnie inaczej. (Poza owsianką. Dzień bez owsianki na śniadanie to dzień na opak. Lepiej więc nie kusić licha). Chociaż w Polsce można obecnie dostać wiele produktów dostępnych w Teksasie, to i tak niektóre potrawy pozostają niezastąpione. W Polsce zwłaszcza brakuje mi cudownie dojrzałych awokado, taniutkich batatów, świeżej kolendry na zawołanie, zatrzęsienia różnorodnej zieleniny, a także… całej alejki pełnej puszek z gotowaną fasolą (czarna! biała! masłowa! nakrapiana! z oczkiem! adzuki! szparagowa! cieciorka! w sosie! w innym sosie! w jeszcze innym sosie! z bekonem! bez soli! organiczna! Mała rzecz, a niesamowicie ułatwia przygotowywanie wszelkich potraw, bo nie trzeba się bawić w żmudne namaczanie i kilkugodzinne gotowanie fasoli, w moim przypadku zawsze połączone z wielkim kipieniem i obsmarowaniem całego garnka).
Teksaski Paszport
Największą klęską żywiołową w dziejach Stanów Zjednoczonych nie była Katrina, lecz bezimienny huragan nazywany przez Teksańczyków po prostu „wielkim sztormem 1900 roku”. Życie straciło przynajmniej 6 tys. ludzi; niektóre źródła podają dwa razy tyle. Huragan zniszczył niemal doszczętnie przepiękny port Galveston, ówczesnego tygrysa Zatoki Meksykańskiej, którego główna ulica nosiła nawet kiedyś dumną nazwę Wall Streetu Południa. Miasto z czasem odbudowano. Leży około czterdziestu minut drogi od Houston i w sezonie letnim pełni rolę ośrodka wypoczynkowego dla okolicznych wczasowiczów. Rozwija się prężnie. Zwłaszcza od 2008 r., kiedy do miasta zaczęły wpływać niemałe środki z pomocy federalnej i z prywatnych kieszeni charytatywnych – po zniszczeniach zadanych przez huragan Ike, który podwoił liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego w nadbrzeżnych teksaskich hrabstwach. Mieszkańcy Galveston wyczekują kolejnego huraganu. Taki wielki zdarza się średnio raz na 15 lat. Czyli to tylko kwestia czasu, kiedy coś znowu łupnie.
Po upartej złej passie wyczerpujących wiadomości i przeżyć, podładowuję się pozytywnie. Dziś temat dla niektórych być może trochę egzotyczny, ale dla Teksańczyków jak najbardziej realny!
![]() |
| Widok na zalane Galveston. Architektura charakterystyczna dla nadwodnych domów. By USAF Sgt. James L. Harper {{PD}} via Wikimedia Commons |
Teksaski Paszport
Kolejny wpis, który pół roku spędził w twórczym inkubatorze i dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Zwłokę należy tym razem przypisać prawdopodobnie temu, że z Margaritami mam wybitnie nie po drodze, jak i z całą resztą przesłodzonych napojów - i alkoholowych, i dziewiczych. Dobra (czyt. klasyczna) Margarita nie jest zła, ale, jak podsumował ironicznie magazyn Texas Monthly, „zbyt często to, co podaje się jako Margaritę, wygląda jak slurpee, smakuje jak lemoniada i uderza do głowy mniej więcej tak samo, jak poncz na baptystycznym weselu”. (Porównanie środowiskowe. Powszechne na amerykańskim Południu ugrupowanie protestanckie Southern Baptists uchodzi za bardzo konserwatywne w sprawach obyczajowych, więc siła uderzeniowa ponczu na kościelnym przyjęciu byłaby - jeśli to możliwe - wręcz ujemna).
Teksaski Paszport
Dawno nie było nic z serii Teksaskiego Paszportu, a więc śpieszę naprawić ten problem - pomysł na wpis o rodeo już dawno podsunęła mi Karolina z zaprzyjaźnionego bloga Pora Arbuza (o słonecznej Italii). Z powodu moich wojaży wpis ciągle odkładany na „półkę jutra” aż do teraz, gdy nadchodzi teksaska wiosna, a wraz z nią sezon na rodeo. Tak, w Teksasie luty i marzec to początek sezonu wiosennego, ulubionego przez wszystkich, bo nie tak upalnego jak nieznośne letnie temperatury, ciągnące się czasem aż do października. Czas więc najwyższy na wpis!
![]() |
| Otwarcie rodea dla juniorów w Indianie. Flaga! |
Teksaski Paszport
Kiedy kilka lat temu Mike dowiedział się, że obchody amerykańskiego Dnia Niepodległości będą sponsorowane przez koncern British Petroleum, nie posiadał się ze szczęścia. „Czy ty rozumiesz tę ironię?” - pytał mnie raz za razem. - „To tak, jakby Deutsche Bank sponsorował obchody zakończenia II wojny światowej”. I chichotał w kułak, jakby chodziło o animozje jak najbardziej aktualne, a nie sprzed trzystu lat. Coś mu tam chciałam powiedzieć, ale poczułam się ostatecznie rozbrojona. Jest coś w tym, że narody, które swoją niepodległość wywalczyły na drodze pospolitego ruszenia, są z tego powodu niesamowicie dumne. Francuzi do teraz chyba czują się z powodu swojej rewolucji narodem wybranym, mimo wielu niechlubnych kart tamtego okresu. Teksańczycy natomiast mogą być dumni podwójnie: jako Amerykanie mogą się, oczywiście, poszczycić Rewolucją Amerykańską, ale mają także swoją własną: Rewolucję Teksaską.
Teksaski Paszport
Dziś post króciutki, ale treściwy (gdyby tak można było zawsze w polityce!). Z okazji zawirowań okołowyborczych, w polskich mediach zrobiło się bardzo zjadliwie, bardzo zgryźliwie i bardzo konfrontacyjnie, a więc atmosfera idealna, by pomówić o amerykańskich naklejek na zderzaki. Według Amerykanów, tylny zderzak to świetne miejsce do podzielenia się ze światem swoimi przekonaniami - politycznymi, religijnymi i społecznymi, najlepiej w sposób jak najbardziej ironiczny i zaczepny. Swoją drogą, ciekawe, czym chcieliby się podzielić ze światem Polacy, gdyby zwyczaj zaklajstrowywanego zderzaka przyjął się w Polsce? Czy w ogóle takie niczym nie skrępowane wyrażanie własnych opinii miałoby szansę u nas przetrwać? (Downloading... Please wait...).
Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)
Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)
Teksaski Paszport
O moim pickupie pisałam na blogu jakoś na samym jego początku, bo chyba musiałam się wygadać; od tamtego czasu niewiele się zmieniło, nadal siedzi się wysoko i parkuje wszawo, ale poza tym bardzo tego potwora lubię. Jest zaskakująco zwrotny i wbrew pozorom całkiem oszczędny; części (dla Dodge’a) są tanie, a konstrukcja mało skomplikowana, więc przyjazna wszelkim naprawom. Tyle z wynurzeń osobistych. Już przy pisaniu tamtej notki wiedziałam jednak, że do tematu powrócę, bo trudno o coś bardziej amerykańskiego, a zarazem bardziej teksaskiego niż pickup! Spokojnie można założyć, że jeśli na ulicach widać więcej pickupów niż osobówek, a przed budynkami powiewa więcej flag z dumną samotną gwiazdą niż z pozostałymi pięćdziesięcioma, to niechybny znak, że właśnie wwiało was do Teksasu. ¡Bienvenidos y’all!
| Takie znalezisko, na parkingu w Houston. Właściciel autentycznie jeździ nim codziennie do pracy, więc to nie żaden muzealny eksponat, żeby nie było |
Mex w Tex
Teksaski Paszport
Niestety, okazało się, że Meksykanie wykorzystują swoje zwycięstwa równie dobrze jak Polacy: bitwa pod Pueblą nie zapobiegła okupacji francuskiej, która trwała w Meksyku dwa lata. Z Francuzami ostatecznie rozprawił się Benito Juárez. Cinco de Mayo natomiast, jako święto, zostało odkryte na gruncie amerykańskim przez ruch Chicano, aktywny w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Zjawisko jest oczywiście o tyle zabawne, że jest to chyba jedyne święto obchodzone w Stanach, które nie ma nic wspólnego z amerykańską historią. Mimo tego drobnego szczegółu, obchodzone jest dosyć hucznie, zwłaszcza w rejonach, które historycznie mają z Meksykiem wiele wspólnego, czyli między innymi właśnie w Teksasie.
Wszystkiego najlepszego z okazji Cinco de Mayo, czyli meksykańskiej majówki! Jest to święto o tyle ciekawe, że o wiele chętniej obchodzone za granicą niż w rodzimym Meksyku. Cinco de Mayo upamiętnia bitwę pod Pueblą z 1862 r., kiedy to mizerne siły meksykańskie przeciwstawiły się doborowemu wojsku francuskiego najeźdźcy - i wygrały! Dwa tysiące Meksykanów pokonało sześciotysięczną armię, która na dodatek od pięćdziesięciu lat nie znalazła sobie równej na kontynencie europejskim. Jest moc, jak to mówi dzisiejsza młodzież!
Niestety, okazało się, że Meksykanie wykorzystują swoje zwycięstwa równie dobrze jak Polacy: bitwa pod Pueblą nie zapobiegła okupacji francuskiej, która trwała w Meksyku dwa lata. Z Francuzami ostatecznie rozprawił się Benito Juárez. Cinco de Mayo natomiast, jako święto, zostało odkryte na gruncie amerykańskim przez ruch Chicano, aktywny w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Zjawisko jest oczywiście o tyle zabawne, że jest to chyba jedyne święto obchodzone w Stanach, które nie ma nic wspólnego z amerykańską historią. Mimo tego drobnego szczegółu, obchodzone jest dosyć hucznie, zwłaszcza w rejonach, które historycznie mają z Meksykiem wiele wspólnego, czyli między innymi właśnie w Teksasie.
Mex w Tex
Teksaski Paszport
Określenie Tejano, Tejana pojawiło się na blogu kilkakrotnie jako pewien skrót myślowy z mojej strony, ale nigdy go do końca nie wyjaśniłam. Wypadałoby jednak napisać trochę więcej, bo chodzi o ważną kartę historii Teksasu - tak ważną, że bez niej trudno dalej ciągnąć uiszczanie Teksaskiego Paszportu. Później ma być A jak Alamo, ma być M jak Meksyk, ma być R jak republika i jak ranczo, z którym kojarzy się przecież Teksas - ale zanim przy ognisku usiadł cowboy z menażką kawy w dłoniach, był meksykański vaquero i jego historia, i jego kultura, która w tym zakątku świata - w Teksasie - splotła się nierozerwalnie z historią Stanów Zjednoczonych. Zatem najpierw T jak Tejanos - kilka najważniejszych maźnięć w tle, zanim z czasem przejdziemy - mam nadzieję - do zawiłych konkretów. Lubię układać takie mozaiki.
| David Moreno, Mona Maya, 2000. W: Arte Tejano |
Teksaski Paszport
Jednym z moich ulubionych filmów o amerykańskim Dzikim Zachodzie jest epickie (prawie trzygodzinne) dzieło z Gregorym Peckiem, Charltonem Hestonem i Jean Simmons w rolach głównych: western „The Big Country” (Wielki kraj) z 1958 roku. (Gregorym Peckiem zaraził mnie Tata. Do teraz opowiada, jak w starym, komunistycznym telewizorze, w starym, komunistycznym M-1 („M” jest tu ewidentnym naciągnięciem znaczenia) oglądał ze swoim ojcem okrojoną wersję filmu „Działa Nawarony”. Akcja tak ich przejęła, że finał oglądali na stojąco, przestępując z nogi na nogę: nie mogli wytrzymać napięcia).
Tytuł filmu wziął się od zwrotu, który bohater, James McKay, słyszy na Zachodzie wiele razy. Jako outsider nie jest oczywiście zaznajomiony z realiami miejsca, do którego przyjechał. Dziwi go wiele rzeczy, a tubylcy odpowiadają mu, jakby to było wytłumaczenie uniwersalne: „Cóż, to wielki kraj”.
![]() |
| Źródło |
Teksaski Paszport
Jakiś czas temu znajoma pożyczyła mi książkę „Wałkowanie Ameryki” Marka Wałkuskiego (korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie). Gdzieś na początku tego pokaźnych rozmiarów tomu, autor opisuje przemówienie ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a W. Busha. Wałkuski jest zdumiony, że prezydent nie jest w stanie „prawidłowo” wymówić słowa „nuclear” i zamiast [nukliar] mówi [nukiular], a dziennikarze jakby tego błędu nie słyszeli. Na tej podstawie Wałkuski snuje daleko idące teorie dotyczące nastawienia, jakie media i naród amerykański w ogóle mają względem warstwy rządzącej. A tymczasem to właśnie kłania się południowy akcent, którego Bush, mimo lat spędzonych w Białym Domu, nigdy się nie wyzbył. Drobne przeinaczenia w wymowie „nuclear” i wielu innych słów, to nie błędy czy wada wymowy, ale dobro właściwe dialektu, którym posługuje się na co dzień ludność ponad piętnastu stanów amerykańskiego Południa (i nie tylko, istnieje np. spora grupa użytkowników tego dialektu na południu Kalifornii, gdzie w latach trzydziestych XX w. osiedlili się robotnicy z tzw. Dust Bowl, co opisuje Steinbeck).
Teksaski Paszport
Z country tak jak z jazzem: jego odcieni jest naprawdę sporo, a historia gatunku długa, złożona i nawarstwiona jak tatarski sękacz; Descarga Cubana rewelacyjnego Cachao różni się dość znacznie od całuśnych standardów Jane Monheit, a i tak obie płyty mogą leżeć obok siebie w sklepie muzycznym i w sumie obie można mieć. Na potrzeby tej notki interesuje mnie głównie country w odsłonie najbardziej popularnej, bo to ona właśnie pełni w Teksasie rolę muzyki uniwersalnej. Do niej się pije w barze, do niej się tańczy two-stepa i jive’a, do niej się stoi w popołudniowym korku, do niej się ogląda rodeo i je krwistego steka w jednej z licznych teksaskich restauracji serwujących grillowane mięsiwo. To właśnie country puszcza się na cały regulator w trailerhoodach (skupiskach mieszkalnych przyczep kempingowych, zamieszkiwanych przez tzw. białe śmieci) i podczas tailgate’ów, czyli pikników wyprawianych na opuszczonych tylnych klapach od pickupa.
Teksaski Paszport
Bardzo nie lubię zostawiać w tekście nieprzetłumaczonych słów, ale bez sensu też rzecz przekłamywać. Diner (czyt. /dainer/, nie mylić z „dinner”, obiadem) to ani stołówka, ani jadłodajnia, ani bar mleczny, ani restauracja. Na ścianie mojego ulubionego lokalu tego typu widnieje nawet napis: „‘Dobry wieczór’ w restauracji, ‘Jak leci?’ w dinerze”. I co z tym fantem zrobić?
W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś kolejną sprawę z gatunku podstawowych.
Mesdames et messieurs, D jak diner!
Bardzo nie lubię zostawiać w tekście nieprzetłumaczonych słów, ale bez sensu też rzecz przekłamywać. Diner (czyt. /dainer/, nie mylić z „dinner”, obiadem) to ani stołówka, ani jadłodajnia, ani bar mleczny, ani restauracja. Na ścianie mojego ulubionego lokalu tego typu widnieje nawet napis: „‘Dobry wieczór’ w restauracji, ‘Jak leci?’ w dinerze”. I co z tym fantem zrobić?
![]() |
| Al Mac's Diner w Massachusetts. Konstrukcja charakterystyczna dla wczesnych dinerów. Źródło |
historie prawdziwe
Teksaski Paszport
Niestety nie jest to historia zasłyszana, lecz znaleziona raz w internecie i później nieopatrznie zgubiona. Szukałam jej ostatnio dość intensywnie, bo chciałam się upewnić, że dobrze ją pamiętam, ale bez skutku. Miała być prawdziwa, opowiedziana przez naocznego świadka. Rzecz wydarzyła się w Walmarcie i za każdym razem, gdy zdarza mi się wejść w jego zacne podwoje, przypominam sobie jej puentę i nie mogę powstrzymać wewnętrznego chichotu.
„Moja znajoma i ja robiłyśmy zakupy w Walmarcie, gdy zobaczyłyśmy jakieś zbiegowisko w dziale „wszystko dla domu”. W tym akurat sklepie był on umiejscowiony pod ścianą, bardziej na uboczu. Oczywiście poszłyśmy sprawdzić, co się tam dzieje. Okazało się, że w alejce z materacami uciął sobie drzemkę jakiś mężczyzna.
„Moja znajoma i ja robiłyśmy zakupy w Walmarcie, gdy zobaczyłyśmy jakieś zbiegowisko w dziale „wszystko dla domu”. W tym akurat sklepie był on umiejscowiony pod ścianą, bardziej na uboczu. Oczywiście poszłyśmy sprawdzić, co się tam dzieje. Okazało się, że w alejce z materacami uciął sobie drzemkę jakiś mężczyzna.
Teksaski Paszport
W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś sprawę podstawową i niebagatelną.
Walmart - niby nic takiego szczególnego, ale jednak panuje w tym ponurym hangarze pewien hamerykański mikroklimat, o który trudno w innych bardziej normalnych supermarketach jak Kroger czy HEB. (Dodam, że w mojej okolicy małe biznesy typu „sklepiki cioci Emmy” praktycznie nie istnieją w branży spożywczej, więc nawet jeśli potrzebuję tylko jajek do właśnie robionych naleśników, muszę złożyć pokłon jakiemuś molochowi i odstać swoje przed kasą).
Mesdames et messieurs, W jak Walmart!
![]() |
| Źródło |
Teksaski Paszport
Z wielkim podekscytowaniem oznajmiam, że inauguruję na blogu nowy cykl krajoznawczy! Teksaski Paszport będzie subiektywnym zbiorem pojęć i zjawisk, których znajomość jest (moim zdaniem) niezbędna do prawdziwego przeżywania teksaskiej hamerykańskości. Pomysł ściągnęłam od autorki ciekawego bloga Subiektywny Słownik Słowackiego. Dvebodky była na uprzejma, że nie rościła sobie żadnych praw do idei słownika, a wręcz pozwoliła mi go skopiować, co ochoczo zrobiłam! (A do tytułu zainspirowała mnie dwupłytowa pozycja Sony Jazz Passport, którą przy okazji polecam wszystkim, a zwłaszcza tym macającym się przedwstępnie z tą cudowną muzyką).
Subskrybuj:
Posty (Atom)









