![]() |
| Źródło |
Tak sobie myślę, że etos „wielkiego kraju” i nieskończonej przestrzeni, z której można sobie pracą własnych rąk wykroić dla siebie dowolny fałatek, został w Amerykanach do dziś. O to właśnie chodziło w „Nowym Świecie” - żeby móc się urządzić na swoich własnych zasadach. Mieć szansę stworzenia od podstaw własnego imperium - i niezależnie od jego wielkości i jakości mieć prawo go bronić i domagać się dla niego szacunku. (Wypisz, wymaluj amerykański sen!). Geneza oczywiście trudna do udowodnienia, palcem po wodzie pisana jak większość takich dywagacji. Jednak nie trzeba specjalnie udowadniać faktu, że Amerykanie, jako naród, mają specyficzną koncepcję przestrzeni i własności - koncepcję, która dość znacznie różni się od realiów europejskich, a zwłaszcza polskich. Z tą koncepcją łączy się oczywiście zestaw konkretnych zachowań, które nazwałam etykietą przestrzenną.
Oczywiście prawidła tej etykiety zmieniają się zależnie od miejsca (w sklepach Nowego Jorku na przykład czułam się jak w Polsce!), ale jest ona jak najbardziej aktualna tam, gdzie przestrzeni jest sporo, czyli na pewno w Teksasie. Cóż więc należy wiedzieć o etykiecie przestrzennej w ramach Teksaskiego Paszportu?
Przestrzeń osobista nade wszystko!
Zdaje się, że to antropolog Edward Hall opowiada zabawną anegdotę o panamerykańskiej konferencji biznesowej (niestety moje źródła są obecnie w Polsce i nie jestem w stanie stwierdzić tego dokładnie). Podczas zjazdu odnotowano nadzwyczajną ilość wpadnięć do basenu, ale wyłącznie wśród biznesmenów amerykańskich. Okazało się, że biznesmeni latynoscy chcieli sobie podczas lunchu pogadać z Amerykanami, ale w kulturach hiszpańskojęzycznych, dystans między rozmówcami nie jest duży; wręcz przeciwnie, bliskość oznacza ufność, zażyłość, otwartość. Amerykanie natomiast, bliskość odczytują inwazyjnie - cofali się więc, żeby utrzymać komfortową, ich zdaniem, odległość. Zdezorientowani tym gestem Latynosi, robili krok w przód. Amerykanie znów - krok w tył. I tak aż na brzeg basenu, bo konferencja organizowana była, oczywiście, w kilkugwiazdkowym kurorcie z lazurowym zbiornikiem pośrodku wspólnej przestrzeni. Ta historyjka (ponoć prawdziwa) świetnie pokazuje, jak bardzo czuli są Amerykanie na punkcie swojej „przestrzeni osobistej” (body space). Zależnie od osoby, wynosi ona około pół metra w każdą stronę; dla niektórych osób będzie to nawet więcej. Nieuprawnione wejście w tę prywatną (w amerykańskim odczuciu) sferę jest gestem niegrzecznym, a nienaprawienie tego gestu przeprosinami czyni go wręcz wrogim.
Znajomi ekspatrianci, Amerykanie mieszkający w Polsce, opowiadali mi, jak bardzo trudno było im przyzwyczaić się do zachowań odbieranych przez nich jako ciągłe gwałcenie ich przestrzeni osobistej. Ich odczucia były wówczas dla mnie zupełnie abstrakcyjne, ale teraz, gdy wracam do Polski, pierwsze kilka tygodni również żyję w ciągłym stanie niemiłego zdziwienia i poddenerwowania. Irytują mnie ludzie, którzy w alejkach sklepowych niemal na mnie wchodzą, zioną oddechem na szyję, sięgają po towar tuż przed moimi oczami i siadają bardzo blisko na ławeczce w autobusowej wiacie. Wszystko bez słowa przeprosin, nawet bez kontaktu wzrokowego, jakby w ogóle mnie nie było! Oczywiście na poziomie intelektualnym wiem, że moja irytacja jest zupełnie bezpodstawna, ale emocje pojawiają się automatycznie, bezwarunkowo.
W Stanach Zjednoczonych niepisane prawo jest takie, że przestrzeni osobistej należy się szacunek. Jeśli się ją narusza, należy przeprosić. Na przykład, jeśli w supermarkecie stoję przed jakąś półką, to moje terytorium obejmuje całą przestrzeń ode mnie do tej półki. Oczywiście, inny klient może tamtędy przejść, ale powinien przeprosić. Z tego powodu często przepraszają się nawet osoby mijające się w supermarkecie, choć miejsca jest sporo i alejki są o wiele szersze niż w wielu polskich Żabkach. Zdejmowanie czegoś z półki sprzed nosa osoby, która stoi przed nią i dokonuje swojego wyboru, jest po prostu niedopuszczalne. Jeśli ktoś wystaje przed półką naprawdę długo, należy stanąć w odpowiedniej odległości od niego i cierpliwie czekać. Zwykle osoba ta zauważy naszą dyskretną obecność i przesunie się albo zapyta, czy czekamy na nią. Zachowanie to tak weszło mi w krew, że gdy wracam do Polski i poruszam się w publicznym ruchu, chociażby na chodniku, przez cały czas łapię się na tym, że przy bliskim kontakcie szepczę do siebie: „Excuse me. Excuse me”. To odruch silniejszy ode mnie.
Rozmowa na odległość półtora ręki
Kolejna sprawa to utrzymywanie fizycznego dystansu w rozmowie czy interakcji. Globalnie Amerykanie nie są macantami; ich słynne „bear hugs” są kościste i bezosobowe (sztywna, asertywna rama jak w fokstrocie!), a koleżeńskie poklepanie po ramieniu może okazać się (zwłaszcza w kontekście międzypłciowym) mocno dezorientujące. Poza tym, oczywiście utrzymujemy przepisową odległość pół metra, a najlepiej więcej. Z początku było to dla mnie naprawdę trudne, bo wydawało mi się, że przestrzeń między mną a moim rozmówcą jest przesadnie duża i że on (na pewno!) odsuwa się tak daleko z jakiegoś strasznego powodu: na pewno nie umyłam porządnie zębów, nie wypłukałam ust po kawie albo muszę zmienić koszulę. Ponownie, intelektualnie wiedziałam, że ta reakcja jest bezpodstawna, ale emocje pojawiały się bezwarunkowo. Z czasem to minęło i zauważyłam, że gdy jestem w trybie amerykańskim i ktoś narusza przy mnie tę orientacyjną odległość, też pojawia się we mnie taki impuls, by dać krok w tył.
Otwieranie drzwi i inne drobne kurtuazje
Dzięki temu, że ich przestrzeń osobista jest tak duża, Amerykanie wykazują większą świadomość swojego otoczenia i interakcji, w jakich się znajdują. Zawsze bowiem może się tak zdarzyć, że niechcący wejdą w czyjąś przestrzeń, niechcący wymuszą pierwszeństwo przy skręcie albo zapatrzą się na jakąś rzecz na półce, podczas gdy za nimi w alejce robi się mały korek kurtuazyjnie czekających sklepowiczów. Dlatego Amerykanie częściej są skłonni nawiązać kontakt wzrokowy niż Polacy, bo przeprosiny oznaczają jednak pewną więź, jakkolwiek ulotną. Podobnie sprawa się ma z otwieraniem drzwi. Amerykanie przepuszczają się w drzwiach bez względu na płeć czy wiek. Para przepuszcza parę, kobieta kobietę, mężczyzna mężczyznę. Po dotarciu do drzwi wystarczy po prostu się rozejrzeć, czy przypadkiem nie ma w pobliżu kogoś, komu moglibyśmy tę grzeczność wyświadczyć. Jeśli jest, otwieramy drzwi, przytrzymujemy je, uśmiechamy się i mówimy dla jasności: „After you”. Czasem wywiąże się z tego miła rozmowa albo nawet wspólna kawa.
Nie sięgaj!
Podobna uprzejmość obowiązuje przy stole. Po zajęciu miejsc, względnie po modlitwie (tzw. grace, która może się pojawić nawet w niepraktykujących domach), każda osoba bierze najbliższy półmisek, nakłada sobie na talerz odpowiednią ilość i podaje go osobie siedzącej obok (zwykle następuje przy tym króciutki moment konsternacji, podczas którego wybierana jest strona tej obowiązkowej cyrkulacji). Uwaga, nie zabieramy się do jedzenia, dopóki półmiski nie zatoczą pełnego kręgu i każdy ma na talerzu kompletne danie. Dopiero wtedy wszyscy wspólnie zaczynamy jeść.
Podczas posiłku nie sięgamy. Naprawdę, trudno jest przecenić wagę tego prawidła. Bezpieczna reguła jest taka, że prosimy o wszystko, co nie znajduje się na wprost od nas. Nie jest to idealna wytyczna, ale jeśli coś niby znajduje się blisko, ale trochę po przekątnej, to bardzo możliwe, że sięgając po to naruszamy przestrzeń bliźniego. Wiem, że trudno o tym pamiętać, zwłaszcza że w Polsce zasady są trochę inne i w dobrym tonie jest np. nie przerywać rozmowy, wstać i samemu wziąć sobie jakiś półmisek z końca stołu, nawet jeśli znajduje się on tuż pod łokciem naszego rozmówcy! W Stanach Zjednoczonych takie zachowanie jest mocno dezorientujące. Jeśli chcemy dokładki, prosimy o konkretny półmisek, a po nałożeniu sobie stosownej ilości odkładamy go na prawowite miejsce lub oddajemy osobie, która nam go podała, a ona odkłada go na miejsce.
Wielka potrzeba trzech sypialni
W mieszkaniu lub domu Polacy liczą wielofunkcyjne pokoje, Amerykanie liczą sypialnie. Oznacza to, że mieszkanie z „dwoma sypialniami” domyślnie zawiera w sobie również kuchnię, łazienkę lub dwie łazienki, każdą dołączoną do sypialni, salon lub salon połączony z przestrzenią jadalną i być może kilka większych lub mniejszych pomieszczeń na spiżarnię i wbudowaną szafę (closet). Moje obecne lokum to na standardy amerykańskie niezbędne minimum, a i tak jest prawdopodobnie rozmiarów mieszkania, w którym dorastałam z rodzicami i dwójką rodzeństwa. Być może jest nawet większe, bo okresowo w mieszkaniu mieliśmy biuro, więc odpadał cały duży pokój. W amerykańskich realiach typowe jest, że np. bezdzietna para ma mieszkanie lub dom z trzema sypialniami. No bo gdzie położyć gości? Jak to mają z nami dzielić łazienkę? Rodzime rozwiązania typu: rozłożę leżankę, nadmucham materac albo, o zgrozo, „przecież możemy spać razem” są na gruncie amerykańskim po prostu abstrakcyjne. Zdarzają się (pamiętam spanie na pół nadmuchanym materacu w Seattle - ach, cóż to była za noc! przy przewracaniu się na prawy bok podskakiwała cała strona lewa!), ale tylko w drodze wyjątku i zwykle okraszone są wielkim poczuciem winy ze strony gospodarza. Oczywiście podejście to częściowo spowodowane jest innym poziomem materialnym, ale nie tylko: przeświadczenie jest takie, że przestrzeni gościa (a także gospodarza) należy się szacunek.
Własności nie ruszaj
Za każdym razem, gdy wracam do mojego polskiego domu, zastaję moje rzeczy w nieco odmiennej konfiguracji. Oczywiście, mój dom wiedzie żywot dość dynamiczny: ktoś się wprowadza, ktoś się wyprowadza, ktoś ma kolejny świetny pomysł i urządza studio muzyczne, pracownię rzeźbiarską albo garderobę, ktoś czegoś pilnie potrzebuje albo po prostu pilnie czegoś chce. Poza tym, skoro stoi, to co się ma marnować, przecież ja i tak tego nie używam, czyż nie? Taka nonszalancja jest w amerykańskich realiach nie do pomyślenia. Mam porównanie, bo przez kilka lat mieszkałam kątem u amerykańskich znajomych i często wyjeżdżałam. Moich rzeczy nikt nie tykał. W rzadkich przypadkach, gdy faktycznie trzeba było coś przestawić, zawsze był telefon: „Czy moglibyśmy przesunąć twoją walizkę do lewego kąta? Chcemy rozstawić choinkę”. W Polsce tymczasem, moi krewni radośnie sobie poczynają nawet z rzeczami Mężczyzny: o, ta walizka ma idealny kształt na moje potrzeby, to przepakujemy zawartość w nową, mniejszą (po co mu taka duża, skoro tylko na pół wypełniona?). O, zostawił paczkę chusteczek? Dawaj, przydadzą się! O, baterie. A mi się akurat skończyły... Czy on w ogóle chodzi w tej koszulce? I tak dalej.
Być może w tym zachowaniu daje trochę o sobie znać mentalność pawlaczowa, w myśl której człowiek zawsze kombinuje, jak by tu w ograniczonej przestrzeni wygospodarować trochę więcej miejsca. W Stanach taka dążność nie ma racji bytu. Przestrzeni nie brak: to w końcu „wielki kraj”.


Ciekawy artykuł. Wielkie przestrzenie to komfort od którego nie sposób się odzwyczaić. Ciekawie o tym piszesz w odniesieniu do Amerykanów. Ciekawe jak to wygląda w pracy, gdzie przestrzeni jest mało. Czytałam kiedyś, że dziennikarze depczą sobie niemal po piętach nawet tam, gdzie drukuje się bardzo dużo. Pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńDzięki, Elżbieto :) Nigdy nie pracowałam w amerykańskim biurowcu i nigdy nie miałam wydzielonej klitki, więc niestety nie mogę się wypowiadać o przestrzeni pracy. Jakiś czas spędziłam co prawda w ofisie, ale był on dosyć spory: każda osoba miała wręcz osobny pokój / osobiste biuro. Myślę, że co miejsce, to inna mentalność. W Nowym Jorku na przykład mieszkania są dosyć małe i realia przestrzenne bardziej "europejskie", być może więc i dziennikarze pracują w stłoczonych warunkach. No ale Nowy Jork to zupełnie inna galaktyka niż Teksas. Pozdrawiam serdecznie :)
UsuńStrasznie fajny wpis. Znowu czegoś się dowiedziałam! Z tym podawaniem różnych potraw przy stole czasem spotykam się tez we Włoszech, ale raczej nie sądzę żeby było to jakąś regułą. No i proszę, ja żyję w kraju "macantów", w którym na powitanie całują się w policzek nawet mężczyźni, a u Ciebie z kolei na odwrót :) Z tego co przeczytałam dochodzę do wniosku, że Amerykanie po prostu cenią sobie swoją przestrzeń i panuje wszechobecne "poszanowanie intymności". W sumie całkiem spoko. Pozdrawiam Cię ciepło ciepło i słonecznie :)
OdpowiedzUsuńAch, no brakuje mi tego całowania :) Co prawda z Włochami nie miałam nigdy styczności, ale Brazylijczycy też są bardzo serdeczną kulturą w tym względzie. Całusy, chodzenie za rękę, "buziaki", "uściski" rzucane przez telefon, ech, życie! Ja jestem z natury zdecydowanie macantem. Pamiętam, jak kiedyś podczas rozmowy jakiś kolega zaczął się ze mnie śmiać, bo w rozmowie z koleżanką obie dotykałyśmy swoich płaszczy, swetrów, szalików, wyglądało to, jakbyśmy sprawdzały fakturę materiału :)
UsuńU nas też dziś cieplutko i jasno, tak więc odwzajemniam słoneczne uściski!
Bardzo ale to bardzo podoba mi sirę zachowanie przestrzeni osobistej .
OdpowiedzUsuńI wiesz, jestem skłonna powiedzieć że to nie jest kwestia mentalności narodu, ale własnej kultury osobistej. NIe życze sobie by mi ktoś przed nosem sięgał po słoik gdy ja właśnie na tą półkę spoglądam, i nie robię tak przenigdy drugiej osobie, gdziekolwiek jestem, czy w PL, czy w Australii czy na Grenlandii. Nie robię, bo sama tego nie lubię. A jeśli już, to rzecz jasna przepraszam.
To się nazwya kultura i tego coraz bardziej brakuje u nas w kraju, niestety.
W Norge jest podobnie, oni sa nawet w stanie poczekać, aż Ty sobie poogląsza wszystko i nawet nie będą przepraszać by sięgać, poczekają.
Inna kwestia - przenigdy nie znosiłam jak ktoś na mnie zionął za blisko stojąc. Dostawałam wręcz białej gorączki.
W supermarketach stawałam za osobą na odelgłość która mi pasuje, a za sobą ustawiałam koszyk. problem rozwiązany, mówię o staniu np przy kasie.
Tu nikt nie staje za blisko, tu się szanuje pzrestrzeń, dlatego bardzo to doceniam i nie ukrywam daje to komfort życia.;))
Migafko, czyli jesteś w Norwegii? Faktycznie wygrzebałam właśnie z Twojego archiwum foto z charakterystycznymi domkami... ten post o śnie z ubitą pianką :) Tam musi być przepięknie!!! Ale nie przeszkadza Ci, że słońce dość konkretnie znika, i to na dosyć długo? To chyba byłoby dla mnie nie do przeskoczenia...
UsuńWiadomo, że przestrzeń osobista to sprawa indywidualna, ale myślę, że globalnie (sumując preferencje indywidualnie) można mówić o różnicach kulturowych. Wymieniasz kultury "zimne", do których moim zdaniem należy anglosaska i skandynawska. Kultury "cieplejsze" (z którym znam osobiście tylko Brazylię i Meksyk) po prostu wchodzą w te interakcje inaczej. To samo dotyczy np. punktualności i organizacji. Wszystko dzieje się w innym czasie, innym trybie. Ja akurat jestem macantem, więc dobrze się czuję w kulturach radośnie się depczących. Jestem jednak perfekcjonistką, więc brazylijskie "vamos ver" (zobaczy się) sprawiało, że dostawałam szewskiej pasji. Cóż... nie można mieć wszystkiego, a chciałoby się :)
Odnośnie "zionięcia"... latem najlepiej w ogóle zrezygnować z komunikacji miejskiej w Polsce i zacząć uprawiać miejski trekking :) Mieszkałam przy podmiejskim jeziorze i niech zasłona zapomnienia spadnie na to, czego się naoglądałam latem w autobusach ciągnących na Strzeszynek :)
" nie znosiłam jak ktoś na mnie zionął za blisko stojąc" dlatego wolałam iść pieszo niż autobusem lub tramwajem. Pozdrowienia:)
OdpowiedzUsuńświetna obserwacje Karolino .. ta przestrzeń osobista to nie tylko w TX ale takze w CA i wielu innych miejscach być może z wyjątkiem NYC i Bostonu nawet już w Chicago można ją zaobserwować ...
OdpowiedzUsuńbardzo ciekawie napisałaś ... dodam jeszcze jedno ... mijanki na chodniku (tzn tam gdzie się chodzi a nie jeżdzi :^) ) ... kiedy jestem w Europie nie tylko w PL ale i w Londynie choćby muszę się przyzwyczajić, że po prostu idę i nie ustępuję drogi bo nikt mi nie ustąpi :^) .. podnoszę wzrok i po prostu staram się nie widzieć nagle tłum się rozstępuje przede mną w odpowiednim momencie :^) ... co mnie zawsze bardzo drażni na początku pobytu w PL to nierespektowanie znaków palenie zabronione ... i zawsze zdumienie, że tak wiele kobiet pali papierosy .. chciałbym im powiedzieć, że jak dale będą palić to 40 = 55 lat :^)
Tak, Piotrze, dokładnie pamiętam te wąziutkie chodniczki w Londynie! Do teraz nie wiem, po której stronie mam po nich chodzić, żeby na ludzi nie wpadać :) Następnym razem zastosuję Twoją metodę i przeć do przodu bez względu na wszystko!
OdpowiedzUsuńMasz rację, wiele z tego, co opisałam obowiązuje w całych Stanach... być może z wyłączeniem miast Wschodniego Wybrzeża. Do teraz pamiętam, jak mój przyszywany wujek (z Oregonu) wpajał nam, żeby "NIE SIĘGAĆ!!!" :) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie!
Witaj:)
OdpowiedzUsuńMieskzałam w Stanach zaledwie 19 miesięcy, ale szacunek do przestrzeni osobistej, jaki tam zaobserwowaam ( przedmieścia Chicago) bardzo wrył mi się w zakamarki pamięci:). Empatia, uprzejmość i czekanie na własną kolejkę np podczas wchodzenia do srodków komunikacji miejsckiej jest w Polsce wciąż na dość niskim poziomie...Podobnie z obyczajami dotyczącymi jedzenia.Obawiam się, że w zbyt wielu środowiskach nadal jada się przy włączonym telewizorze.Bez przestrzegania zasad czekania aż wszyscy domownicy nałożą sobie porcję... Czyżby ludzie obawiali się, że w ciszy, która zapadnie odkryją z przerażeniem, że nie mają sobie zbyt wiele do powiedzenia? Pozdrawiam.
Musimy sobie kiedyś porozmawiać o Twoich wrażeniach ze Stanów :) Mam nadzieję, że już niedługo!! W Chicago spędziłam kilka dni, ale bardzo podobała mi się starsza część miasta. Szkoda tylko, że jest tak niebezpieczne: w tym roku z okazji czwartego lipca postrzelono tam blisko 80 osób (!!).
UsuńZdecydowanie ten szacunek dla przestrzeni staje się niemal drugą naturą. Z każdym rokiem coraz trudniej mi się przestawić, gdy wracam do Polski. Staram się pamiętać, że to sprawa kulturowa, że nikt nie wchodzi we mnie naumyślnie, ale jednak ta podświadoma reakcja jest. Pewnie z czasem napiszę jakiś artykuł o tych coraz trudniejszych powrotach, bo to ciekawa sprawa. Tymczasem pozdrawiam ciepło :)