...od dłuższego czasu kładę się spać późno. Sny są intensywne i złowrogie: wielki biały ekran, rzędy przypisów tasowanych w nieskończoność, według tajemnego klucza. Co chwila budzi mnie irytacja, że mój sen nie spełnia wymagań wypoczynku głębokiego i ośmiogodzinnego. Potem, na dwie godziny przed pobudką, zasypiam naprawdę. Wówczas śni mi się coś realnego, z wciągającą fabułą. Nie chce mi się wstawać.
Niedawno, dokładnie w punkcie G mojego snu, przez dwie godziny śni mi się, że jem ziemniaki. Ziemniaki są w szorstkich mundurkach: sen jest bardzo wierny sensorycznie. Buchają ciepłem i parą. Trzymam je na odległość widelca i obieram nożykiem. Opuszki mam przyjemnie poparzone. Obok mnie leży kostka twardego masła (polska kostka, nie amerykański sztyk) i otwarta solniczka. Nie taka z dziurkami, tylko w formie małego cebrzyka, wypełniona kryształkami. Zanurzam w niej palec, wilgotny od pary, i próbuję posypać obrany ziemniak. Sól zostaje mi między palcami, czule drapiąc. Kawałek masła, który dałam na czubek, rozpływa się momentalnie i zjeżdża mi w dół na dłoń.
Nie chce mi się wstawać.
Smoliste kartacze wygrzebywane kijkiem z dymiącego paleniska, na oślep, bo gorąc gryzie w oczy. Gdzieś na końcu podchodowego labiryntu, już po skwierczących kiełbasach, czarnym od ognia chlebie i wielu wielu piosenkach. (Amerykański opiekun, który szedł z nami, uznał grę w podchody z podziałem na płcie za seksistowską. Nie mógł zrozumieć sadyzmu, z jakim chłopcy i dziewczynki pastwili się nad sobą w okrutnych, zostawianych na szlaku zadaniach). Nie ma masła, jest tylko margaryna, ostatnia zemsta komunizmu. Soli jednak dostatek. Popiół wżera się kilka milimetrów pod skórkę, a potem złota skrobia. Ziemniaki jemy tuż przed powrotem. Chłopcy szczają w tlące się palenisko, niby dla pewności, że już się wszystko zagasiło. W takich chwilach warto by też mieć taką aparaturę, dzięki której można celować prosto w sczerniałe polano. Pssss! Leżę z dziewczynami w krzakach i chichoczę. Popiół między zębami, gwiazdy między wierzchołkami drzew.
Nie chce mi się wstawać.
***
Chcę przyrządzić potrawę z soczewicy, czerwoną potrawę, która sprawi, że zapomnę o moim pierworództwie. (Pierworództwo: pierwotnie urodziłam się w Polsce, w mieście zaciętych i umarłych. Mama zabierała wózek na cmentarz żydowski. Cicho-zielono. Trawa porastała groby i wózek, i niespokojne dzieje, ze stoickim spokojem. Czy to da się sprzedać? Podobno. Podobno wszystko się da). Ale nie potrafię tu znaleźć dobrych ziemniaków. W supermarkecie z białym światłem oglądam siedem różnych rodzajów, jakie mam do dyspozycji. Przerośnięte ziemniaki zalaminowane pojedynczo w folię: do mikrofali. Żółte ziemniaki pakowane po trzy na styropianowej tacce: na grilla. Są ziemniaki Yukon i ziemniaki Russet, i ziemniaki fioletowe, które po rozkrojeniu w niczym się nie różnią od zwykłych. Są ziemniaki pakowane w siatkę po dwa i pół kilo i po pięć kilo. Są też i luzem. Decyduję się na te ostatnie, bo siatki raczej nie przerobię. Z obrzydzeniem przebieram w czystych, gładkich, umytych chlorem skórkach.
Soczewica nie pachnie jak trzeba. Zamiast wąsatego korzenia selera muszę wrzucić mało aromatyczny naciowy. Pietruszki są włókniste i mydlane. Ziemniaki, primadonny potrawy, po ugotowaniu rozpadają się jak mąka. Francuska musztarda niby taka sama, ale jednak za słodka. Dziabię widelcem w nawarzonej brei i myślę, że za chwilę uformuję z tego nieszczęścia kulę i zacznę żonglować, jak ten chłopaczek z mojego dzieciństwa. (Rodzice mu powiedzieli: „Dopóki talerz nie będzie pusty, nie wstaniesz od stołu”. Mały był rozgarnięty: poczekał, aż go zostawią, po czym uformował z jedzenia wielką kulę i rzucił w sufit. Miał szczęście: przykleiła się na amen. Mały pobiegł się bawić. Kulę odkryto kilka lat później, przy malowaniu mieszkania. Sprawa „przyschła”).
Wania, Ukrainka-ekspatriantka, zachęca mnie do starania się o obywatelstwo i patrzy na mnie z niezrozumieniem, gdy mówię, że przy wypełnianiu formularzy zostawiam zawsze puste miejsce obok „kraju zamieszkania”. „Czy Polska nie uznaje podwójnego obywatelstwa?” - pyta, bo Ukraina nie uznaje. Polska uznaje. „Więc dlaczego masz opory?”
Wzruszam ramionami. Nie mam oporów - chcę jej powiedzieć. - Żadnych oporów nie mam, naprawdę. Za wielką miskę czerwonej potrawy z prawdziwymi ziemniakami oddam ci wszystko, co chcesz.
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

No dobra, jestem sprowokowany. Zastrzegam, nie byłem w Teksasie, nie wiem co u Was sprzedają do jedzenia itp.. Za to wiem co mamy tutaj, w Ontario. Czyli wszystko a nawet więcej. Smakuje jak trzeba, gnije jak trzeba, pachnie jak trzeba. Nawet do ziemniaków sie w końcu przekonałem. Dostać w Polsce dobre ziemniaki było wyczynem na miarę sportów ekstremalnych. Tu mogę sobie dobrać pod potrawę. Do pieczenia russet, do gotowania najlepsze małe fingerlings albo duże żółte Yukony. Na mashed czyli polskie pure niezłe są białe. A poza tym w sklepach jest coś z siedem gatunków yams i słodkich ziemniaków, każda ma inny kolor i trochę inaczej smakuje. Pyszne pieczone w piekarniku skropione oliwą z pierwszego tłoczenia i posypane grubą solą morską... Mniam.
OdpowiedzUsuńMasło też wolę tutejsze, kanadyjskie. Skład? Śmietana albo śmietana i kultury bakteryjne. Ni mniej ni więcej. Nie muszę polować na wydrukowane małym druczkiem gdzieś z boku etykiety "mieszanka masła i ..." jak w Polsce. Ser żółty to ser żółty a nie wyrób seropodobny.
Seler mamy i taki i taki. Częściej ostatnio używam naciowego ale korzeń jest niezastąpiony w niektórych potrawach rzecz jasna:)
O jedzeniu to ja mogę długo.... Toronto to kulinarny raj na ziemi. Nie zamieniłbym. Za nic. Na nic.
To tak dla równowagi:)
O! O jedzeniu to ja też mogę ach... tyle pisać, swoją drogą wypadałoby coś nasmarować o kuchni Południa, bo mają tu niezłe fenomeny.
OdpowiedzUsuńA odnośnie smaku tutejszego jedzenia. Wiesz co, piszę właśnie notkę na temat mojego miasteczka i oświeciło mnie, że być może problemem jest gleba. W okolicy same rafinerie i chemikalia: Chevron, Exxon, Bayer. Molochy. Być może to jest jakiś trop. Podejrzewam, że zielenina musi do nas skądś dojeżdżać i to nie wychodzi jej na dobre. Poza tym miasteczko głównie robotnicze, więc być może jakiegoś wielkiego zapotrzebowania na świeże nie ma, wystarczą puszki, półprodukty i drive-through. Wystarczy nazwać trzy przyprawy, a już pójdzie fama, że umiesz gotować i wiesz, co robisz.
Ogólnie rzecz biorąc, najlepiej jest wtedy, kiedy nie staram się odtwarzać polskich smaków (na tym kilka razy się przejechałam, jak powyżej) i wykorzystuję to, co jest. Z ziemniaków faktycznie najbardziej lubię bataty, ich jakość jest łatwa do przewidzenia. Świetne są pieczone, z domowym coleslawem. Cieszę się, że jest tyle zieleniny, bo jestem jaroszem. W Polsce zwykle był wybór między sałatą lodową a pekińską, a tutaj cała chłodnia różnokolorowych liści. No i lubię kuchnię meksykańską, którą z kolei trudno mi odtworzyć w Polsce.
Trochę też trzeba utrafić w miejsce, to fakt. W Seattle zaopatrywałam się w nabiał w rosyjsko-polskim sklepie. A w Houston polski sklep to głównie produkty suche i w słoikach. Jest też i rosyjski, ale nie wiem, czy to nie front dla jakiegoś innego biznesu, bo przesiadujący tam Rosjanie patrzą na klientów z ogromną konsternacją (jak to? przyszli coś u nas kupić?).
Z tego wszystkiego podejmuję ważną decyzję: jutro robię tortilla soup :) To jest Bardzo Pozytywna Myśl.
Miłego weekendu, Res Varia :)
Wszędzie są smaki nie do zastąpienia. To co polskie tylko przygotowane z polskich składników będzie miało polski smak. Ta sama potrawa przygotowana z (tutaj wstaw kraj) składników będzie miała... tamtejszy smak. Nie lepszy, nie gorszy, ale tamtejszy. I to samo dotyczy potraw zagranicznych. Ciężko jest odtworzyć ich prawdziwy smak w kraju innym niż ojczysty :)
OdpowiedzUsuńAle na szczęście też są polskie sklepy, w których możemy się zaopatrzyć w to, czego tak boleśnie nam brak i co, wydawać by się mogło, jest niezastąpione :) Pozdrawiam Cię :)