biel:
świadomość

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Cykl rozważań o bieli zainspirowany został The Whiteness Project. Reżyser projektu, Whitney Dow, w jednym z wywiadów oświadczył: „Rasa to cecha definiująca...”. Nie, przepraszam, użył rodzajnika określonego: „Rasa to jedyna, podstawowa cecha definiująca”.

Odcinek pierwszy: Czy czuje pani przynależność do rasy białej? Jak odczuwa pani swoją biel?

Wzrastałam w Europie Środkowo-Wschodniej, na początku lat 90. W kraju, w którym przedstawiciele ras innych niż kaukaska nadal stanowią znikomy procent mieszkańców, trudno mówić o świadomości rasowej w sensie przynależności czy znacznika. Świadomość rasowa kształtuje się raczej negatywnie: dość szybko wiedziałam, że nie jestem ani czarnoskóra, ani czerwonoskóra, ani nawet ciemnoskóra. Chodziłam do podstawówki w epoce supermodelek: koleżanki zachwycały się Naomi Campbell. Ja się nie zachwycałam, bo Mama nigdy nie kupowała telewizyjnych gazetek; natomiast razem z siostrą uwielbiałyśmy bawić się w Indian. Z blokowiskowego podwórka przynosiłyśmy gołębie pióra i wtykałyśmy sobie w opaski; w lesie skakałyśmy po bezdrożach, czatowałyśmy na wrogie plemiona, uprawiałyśmy zapasy i wydawałyśmy dzikie okrzyki. Ach, ci Indianie to mieli życie! Później przyszła fascynacja Romami. Chciałam jak Esmeralda tańczyć z bębenkiem na ulicach Paryża. Rzeczywistość była jednak nieubłagana: w lustrze normalność i absencja koloru (choć jeszcze nie biel. Biel była dużo później. Kto wie, być może nigdy jej do końca nie przyjęłam).


Przyszły studia, podczas których zaczęłam sporo czytać o stosunkach rasowych. Przez jedną złudną chwilę wydawało mi się, że chcę się poświęcić literaturoznawstwu, a konkretnie właśnie literaturze afroamerykańskiej. Czytałam wszystkich: Chestnutta, DuBois, Hurston. Zakochałam się w zamotanej prozie Toni Morrison. „Inny kraj” Jamesa Baldwina zaliczam do teraz do książek dla mnie najważniejszych. Dużo zawdzięczam Alice Walker. Równocześnie zaczęłam sporo czasu spędzać z afrykańskimi studentami mieszkającymi w Poznaniu. Nadal jednak wydawało mi się, że - praktycznie rzecz biorąc - nie mam rasy. Używając żargonu lingwistycznego, moja rasa nie była cechą naznaczoną: nie niosła ze sobą żadnego znaczenia. Gdy wychodziłam na miasto z moimi ciemnoskórymi znajomymi, to oni przyciągali wzrok - to oni mieli rasę. Fascynacja, jaką generowali, była wręcz zabawna. Pamiętam, jak raz, gdy spacerowałam po Starym Rynku z moją czarnoskórą koleżanką, podeszła do niej jakaś starsza pani i bez słowa wyjaśnienia, za to z wielkim, bezzębnym uśmiechem, zaczęła dotykać jej skóry. Znajomi reagowali różnie. Większość się do tej uwagi przyzwyczajała, choć niektórzy nie wytrzymywali psychicznie. W tym akurat przypadku Kalinene zdrętwiała. Przeraziła ją ta bezczelność (prawdopodobnie niezamierzona). Wzięłam ją za rękę i uciekłyśmy w którąś z wąskich uliczek.

Na studiach portugalistycznych po raz pierwszy w życiu usłyszałam pytanie: „Qual é a sua cor?”. Jaki jest pani kolor? Jakiego jest pani koloru? (Kolor, nie rasa. W języku portugalskim używa się obu pojęć). Mimo mojego oczytania, pytanie wydało mi się zbędne. Jaki jest mój kolor, każdy widzi. Tak jak większość grupy odpowiedziałam z uśmiechem: „Biały”. Choć mimowolnie myślałam: Kolor nie-kolor. Taki jak wszystkich, Przezroczysty i Neutralny. Pamiętam, że siedziała tam również z nami pewna wykładowczyni, carioca (pochodząca z Rio) i mieszkająca od kilku lat w Polsce. W odpowiedzi na pytanie wykładowcy, zaczęła się śmiać: „W Brazylii powiedziałabym, że biała, ale oczywiście tutaj jestem parda”. To utkwiło mi w pamięci. Pardo, parda: swoisty wytrych językowy, określenie koloru ciemniejszego niż biel, a jaśniejszego niż czerń. W teorii, bo w praktyce często używa się go odnośnie wszystkich osób niebiałych. Nawet tych o kolorze skóry tak ciemnym, że aż granatowym.

Naprawdę biała poczułam się dopiero w Brazylii... (Nie, nie biała. Nie do końca. Kolorowa. Nieprzezroczysta). Drugiego lub trzeciego dnia po przyjeździe zaciągnięto mnie do salonu kosmetycznego. Było to bardzo radosne, tętniące życiem miejsce, przypominało mi ryneczek. Na powitanie podano mi małą czarną z solidną ilością cukru, po czym podsunięto wózeczek wyładowany różnokolorowymi lakierami. Podałam kosmetyczce perłowy beż. Ta z niesmakiem spojrzała na buteleczkę. „Naprawdę? Z pani kolorem?”

Zupełnie zbiło mnie to z tropu. Do tego czasu zdążyłam już być kilka razy w Stanach Zjednoczonych i regularnie współpracowałam z Amerykanami; wiedziałam, jaka paranoja otacza w kulturze amerykańskiej pojęcie rasy i koloru. A tu kolor sam wyrywa się do odpowiedzi. Pytam więc: „A co mi pani radzi?” Dziewczyna wybrała ciemną śliwkę. „W ten sposób podkreśli Pani jasną skórę”. Uwaga niby subtelna, ale w tym momencie nagle zyskałam kolor: cechę wymierną i na swój sposób atrakcyjną. Później wielokrotnie słyszałam podobne komentarze i zaczęłam wyłapywać również uwagi na temat innych osób. Bahia mieniła się kolorami. Każdy miał swój. Każdego można było określić inaczej. Brazylijczycy wydają się pod tym względem o wiele bardziej bezpośredni, przynajmniej w porównaniu z Amerykanami. Pod żadnym pozorem nie oznacza to braku problemów na tle rasowym, ale inną ich specyfikę.

Pozostawieni samym sobie, w otwartym kwestionariuszu Brazylijczycy określają swój kolor na blisko dwieście różnych sposobów. W boksie „rasa” wpisują na przykład: moreninho (brunecik), queimado (spalony słońcem), cor-de-leite (koloru mleka), bem escuro (bardzo ciemny), crioulo (dosł. kreolski, ale też pochodzenia afrykańskiego). Gdybym brała udział w podobnym kwestionariuszu, mogłabym na przykład określić swoją rasę jako morena clara (jasna brunetka), galega (Galicjanka lub osoba o biotypie Galicjanki), pálida (blada), albo pouco queimada (mało opalona). Oczywiście istnieją określenia „klasyczne”: branco (biały), preto (czarny, choć jest formalne i może uchodzić za obraźliwe, więc jest jeszcze negro), mulato (Mulat), caboclo (Metys), ale nawet one są radośnie modyfikowane i uprecyzyjniane zależnie od percepcji mówiącego (branquiiiiinho: bardzo biały lub, przewrotnie, bardzo czarny). Rasa to w Brazylii przede wszystkim kolor, a nazywanie wszelkich kolorów wymyka się regułom. Color is in the eyes of the beholder: kolor zależy od patrzącego.

Obecnie mieszkam w Stanach Zjednoczonych. Rasa jest tu następstwem innej umowy społecznej, inaczej uwarunkowanej historycznie. Rasa, nie kolor: color w Stanach Zjednoczonych jest w odniesieniu do rasy pojęciem przestarzałym, obraźliwym. W formularzach, w ankietach, na stronach internetowych wszyscy są zainteresowani moją rasą, w celach stricte statystycznych oczywiście. Gdzie mogę, to nie wypełniam, bo szlag mnie trafia, gdy widzę mizerność moich opcji. Gdy muszę, siłą rzeczy zaznaczam biel: White/Caucasian. Biel ogarnia mnie z tyłu i z przodu i kładzie na mnie swoją rękę. Rasa to z jednej strony podstawowa cecha charakterystyczna, z drugiej nagość: wszyscy (udają, że) odwracają od niej wzrok. Niezależnie od tego, co o tym myślę, nie jestem już outsiderem, szydzącym sobie na marginesie z amerykańskiej paranoi: jestem częścią tekstu. Wiem dokładnie, jaki algorytm otwiera sobą w głowie patrzącego moja biel. Wiem także (skrycie i wstydliwie), jaki algorytm otwiera sobą czyjś kolor - ciemniejszy niż mój.

Obecnie mieszkam w Stanach Zjednoczonych, na Południu. Teksas jest o tyle nietypowym Południem, że instytucja niewolnictwa nigdy nie rozwinęła się tu w stopniu tak zaawansowanym, jak w innych stanach Konfederacji. Na dodatek terytoria te tworzyły również prowincję Nowej Hiszpanii, a później Meksyku, Coahuila y Tejas. Zaludnione są Latynosami, notorycznie trudnymi do zakwalifikowania pod względem rasowym. Piszący w latach 30. socjolog Max Handman określił to dość szczerze: „Społeczność amerykańska przewiduje miejsce dla rasy czarnej i rasy białej: Meksykanie nie zaliczają się do pierwszej, a biali odmawiają im przynależności do drugiej”. (Do teraz oficjalne formularze czynią rozróżnienie: należy zaznaczyć White/Caucasion albo White/Hispanic. Biel i prawie biel). Tę ambiwalencję pamięta moja teściowa-tejana; owszem były posegregowane fontanny w San Antonio, ale za bardzo się to nie sprawdzało, bo jak tu dociec, czy ten Meksykanin jest czarny, czy biały? (Azúcar marrón: brązowy cukier, café con leche: kawa z mlekiem, niektóre hiszpańskie określenia różnych odcieni brązowej karnacji). Brązowego cukru nie ma w formularzu. A przecież istnieje w rzeczywistości. Tak jak czerń i biel, w amerykańskim kontekście kulturowym automatycznie otwiera sobą w głowie postrzegającego długi i wstydliwy algorytm.

Zgłosiłam się na wolontariat. Siedzę sobie w poczekalni, wypełniam tonę papierów. Oprócz mnie jest jeszcze jedna kobieta. (W Brazylii powiedziałabym: morena bronzeada. Gdybym była rasy czarnej, powiedziałabym: yellow. Przyciśnięta do muru w Stanach, określiłabym: b/Black. Język polski rozważa w tej chwili, czy Murzyn może odejść, powiedzmy więc: ciemnoskóra). Różowy T-shirt, długa peruka typu ombre, asymetryczna kitka, japonki. Koordynator wolontariatu przyszedł z nami pomówić, zadaje nam różne pytania. Moja towarzyszka jest w moim wieku, troszkę starsza. Bezrobotna. Trzech synów, lat 17, 15, 11 (tak, w myślach wykonuję obliczenia). Niezamężna. Mieszka z ojcem po zawale, pijącym. W pobliskim koledżu publicznym uczy się na asystentkę pielęgniarki, stopień associate (dwuletni, niższy niż licencjat). Nie wie, jakie ma zainteresowania.

Skuliłam się ze wstydu i przerażenia, bo nic mnie w tym algorytmie specjalnie nie zaskoczyło. A ja - w tym kontekście też okazało się, że jestem białą kliszą.

Statystyki:
Schwartzmann, Simon. 1999. „Fora de foco: diversidade e identidades étnicas no Brasil”, Novos Estados CEBRAP 55, ss. 83-96.

Cytat Handmana:
Koegel, John. 2002. „Crossing Borders: Mexicana, Tejana, and Chicana Musicians in the United States and Mexico”, w: Clark, ss. 97-120.
Clark, Walter Aaron (red.). 2002. From Tejano to Tango. London: Routledge.
Share /

12 komentarzy

  1. to chyba nie dokońca tak jest ... przed godziną wróciłem z ceremonii nagród w liceum mojej córki .. jedną z mówczyń była Teksanka o całkowicie azjatyckich rysach .. to co i jak mówiła i jej akcent były na wskroś teksańskie bardzo wiele się zmienia jest wiele małżeństw mieszanych .. być może jeszcze czarno białych nie aż tak wiele ale podobnie jest i w Płd Ameryce ale już biało-latino czy biało-azjatyckich bardzo dużo .. jestem w takim związku ...
    to prawda, że sytuacja biało czarna jest specjalna poprzez przeszłość

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, pewnie, że bardzo wiele się zmienia! Też jestem w związku mieszanym... i masz rację, jest ich sporo i będzie takich jeszcze więcej. Najważniejsze to postarać się o jeszcze większą dostępność do wykształcenia, które jak wiadomo "is the great leveler" :)

      W tym akurat blisko mi do stanowiska Obamy, który jak wiesz dosyć zdecydowanie piętnuje zachowania rasistowskie, a równocześnie sam podkreśla, że jego historia i jego sukces są typowe dla Stanów Zjednoczonych i nie byłyby możliwe nigdzie indziej... być może nie sformułowałabym tego tak ekskluzywnie, ale jednak jest w tym wielka prawda.

      Różne zabawne perypetie odnośnie bycia "prawie białym" w Stanach Zjednoczonych opisał Rick Najera (aktor amerykański o pochodzeniu meksykańskim): książka "Almost White", bardzo polecam, lekka i przystępna, połknęłam w kilka godzin w Barnes and Noble :) Opisuje te wszystkie układy z dużym dystansem i humorem.

      Usuń
  2. zapomniałem dodać, że Twój blog wygląda pięknie! .. bardzo ciepło pozdrawiam :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :) Zainspirowały mnie zmiany u Ciebie :) Pozdrawiam bardzo serdecznie :)

      Usuń
  3. Widzę, że przechodziłyśmy te same etapy fascynacji. Ja też uwielbiałam bawić się w Indian. Przede wszystkim fascynowała mnie magia szamanów i rozmowy ze zwierzętami ;)
    Mam koleżankę (białą), która jakiś czas temu powiedziała mi, że czuje się czarna. Dużo czasu spędzała też w towarzystwie swoich ciemnoskórych przyjaciół. Także w zupełności masz rację pisząc "kolor nie-kolor". W ogóle katalogowanie w jakikolwiek sposób czy to przez kolory/rasę, przekonania religijne czy jeszcze inne, choć być może w punkcie wyjścia miało mieć oddźwięk pozytywny, ostatecznie staje się podkreśleniem różnic. A te w konsekwencji dzielą, oddalają i dziwią do tego stopnia, że obca kobieta podchodzi i dotyka skóry Twojej koleżanki, zupełnie jak gdyby dotykała w zoo lwiej grzywy.
    Pozdrawiam Cię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałam posta, wchodzę na BBC i patrzę, że w Europie wrze w tej chwili od dyskusji na tematy emigranckie... I ta ostatnia tragedia, której jesteś tak blisko (bliżej niż ja przynajmniej :). No właśnie, czy w tej dyskusji jest w ogóle miejsce na rasę? Być może jest to anachronizm, być może ciekawostka historyczna, tło do problemów gospodarczych, zagadanień centrum i peryferiów, może tylko notatka na marginesie. A jednak do teraz katalogujemy różnice, jak to fajnie ujęłaś. Różne. Niekoniecznie rasowe. Uh. Ciężka sprawa.

      Dziś jest mi tak jakoś refleksyjnie. Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Myślę, że ludzie tak długo będą katalogować różnice jak długo będą na świecie inne języki, religie i kultury. Tak długo jak status społeczny wyznaczać będą kanony, jakie by nie były. Czyli chyba zawsze niestety. Nie jest to specyfika naszej europejskiej kutlury bynajmniej. Płyny wybielające w Indiach i Pakistanie. różne kategorie "czarności" w Sudanie czy zakaz wjazdu do Mekki dla niemuzułmanów, "don't speak white" wśród czarnych Amerykanów nie różnią się wiele od białej ignorancji i rasizmu. Często ignorancja właśnie a nie rasizm są głównym problemem w Polsce. Ludzie nie pomyślą, że ich ignorancja może kogoś zaboleć albo irytować. Oczywiście rasizm też istnieje, jak wszędzie.
    Mój szwagier jest Azjatą. Oboje rodzice to Koreańczycy. Koreańczycy są rasistami, wielkimi. O ile są w stanie zaakceptować (z oporami) związek z Chińczykiem, Japończykiem albo białym to związek z Hindusem, Arabem albo czarnym jest niemile widziany.
    Akceptacja akceptacją, ale każdy taki związek to problemy kulturowe. Nie będę wchodził w szczegóły przez szacunek dla prywatności mojej siostry i jej rodziny, ale łatwo czasem nie jest, choć wszyscy się starają.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kremy wybielające można sobie tutaj kupić w każdym dziale kosmetycznym... a więc trend zdecydowanie ma się dobrze.

    Piszesz o swojej siostrze. A rodzina mojego męża powiedziała mu: "Ona jest z tobą tylko dla zielonej karty, jak już ją dostanie, to odejdzie". I za każdym razem, gdy wybieram się do Polski (sama), słyszę niby żartobliwe: "I co, już tam zostaniesz? Nie wrócisz?". Być może nie rasizm (choć rasa jest kwestią umowną: skoro Latynosi mogą być odrębną rasą, to czemu nie podzielić sobie świata na rasę amerykańską vs. całą resztę), ale na pewno katalogowanie i ignorancja.

    OdpowiedzUsuń
  6. Karolino cieszę się z Twoich podróży i troszkę ich zazdroszczę: Brazylia, Teksas, Meksyk...i Szwajcaria brata - jakie to malownicze...To dopiero kolory:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taki los mi się przydarzył... bardzo bym chciała związać się bardziej stale z Brazylią, ale póki co wygląda na to, że rzuca mnie gdzie indziej... zdecydowanie zawsze jest kolorowo :)

      Usuń
  7. Czytając ten wpis myślałam cały czas o "Hebanie" Kapuścińskiego i jak opisuje, kiedy odkrył, że jest "biały". Tak jak mówisz, dopóki nie wyjedziesz z Polski (gdzie nawet na tle innych europejskich krajów jesteśmy bardzo mało zróżnicowani), nie zdajesz sobie z tego sprawy. Miałam podobne doświadczenia z wpisywaniem "rasy" do urzędniczych papierów i też nie wiedziałam, o co chodzi.
    http://axolotlmex.blogspot.mx/search/label/o%20rasizmie

    Pozdrowienia!

    Ps. Cały "Heban" Kapuścińskiego to niezwykła przygoda plus dzięki tej książce zrozumiałam bardzo też Meksyk:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Heban" wywarł na mnie ogromne wrażenie. Pomógł mi zrozumieć Brazylię, jakby nie było, też kraj kolonialny... Ja zapamiętałam też "szósty zmysł" czekania: bardzo adekwatne w wielu miejscach na świecie. To tylko u nas na Zachodzie ten zmysł zanika, a czas staje się uporządkowaną komódką z rzeczami do załatwienia :)

      Myślę jednak, że doświadczenia z rasą w Meksyku (a dla mnie w Brazylii) nie przygotowują na zderzenie z amerykańskim podejściem do rasy. Jestem bardzo ciekawa Twoich przemyśleń, gdy spędzisz tu trochę czasu :) Serdecznie Cię pozdrawiam i cieszę się, że mogłyśmy się poznać!

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo