Z Denisem Johnsonem mam problem. Przeczytałam trzy książki i nadal nie wiem, czego po nim oczekiwać. Czasem pisze szczerze i dotkliwie, czasem popisuje się grafomaństwem: przeskakuję całe sekcje i obiecuję sobie, że nigdy więcej. A jednak. Facet potrafi uwieść. Jego książka Jesus’ Son doczekała się ekranizacji i faktycznie wydała mi się najlepsza, najuczciwsza. Może dlatego, że oparta jest na doświadczeniach autora: Johnson przeżył swoje lata dwudzieste na haju i w oparach alkoholu, zanim wreszcie wrócił do domu rodziców i wyczołgał się, mozolnie, na względną prostą. Jesus’ Son – której tytuł wzięty jest ze słów do Heroiny Velvet Undergroundu – to książka świetna: zdawkowa i absurdalna, urywana i chaotyczna jak faktyczny ćpuński żywot. Straszna bez krzty dydaktyzmu. Tym razem jednak nie będzie o niej, ale o zbiorze esejów Seek: Reports from the Edges of America and Beyond.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
literatura amerykańska
Doerrowi udało się w jednym celnym, kilkunastostronicowym opowiadaniu uchwycić fenomen amerykańskiej cywilizacji. Aż chce mi się go kopnąć! Nic tu po mnie, Doerr powiedział już wszystko, i to z taką lekkością, bez dogmatu. Opowiadanie „Fourth of July” (Czwarty lipca: święto niepodległości USA) to humorystyczny opis absurdalnego zakładu między amerykańskimi członkami elitarnego klubu wędkarskiego a ich brytyjskimi kolegami. Trochę karykatura karygodnej amerykańskiej naiwności, trochę metafora nieudolnej polityki zagranicznej, opowiadanie zachwyca przenikliwym humorem i bogactwem przekomicznych, przeautentycznych szczegółów.
W Helsinkach Amerykanie spędzają kilka nocy „pijąc koniak, dzwoniąc do Ameryki i płacąc za to jak za zboże… Pracownikom hotelu zlecają kupno zaopatrzenia na [wyprawę na ryby]: 13 kartonów szwedzkich batoników musli i 36 butelek norweskiej wódki”. W Wilnie „zamawiają w barze czipsy ziemniaczane, które obsługa dostarcza do pokojów w porcelanowych wazach”. Nad Jeziorem Popradskim odkrywają wreszcie „godne miejsce do wędkowania: luksusowy hotel w górach z wypchanym rysiem nad kominkiem, gencjanami w kryształowych wazonach, uśmiechniętymi słowackimi hostessami w białych fartuchach, które prowadzą ich do pokojów wyłożonych dywanami”. Kto miał kiedykolwiek okazję towarzyszyć Amerykanom za granicą, ten natychmiast rozpozna opisy ich Gore-Texowych wdzianek i pielgrzymek do McDonalda. Ale po całym tym śmiechu, jak by nie było, na amerykański koszt, Doerrowi i tak udaje się zakończyć na tryumfalnej nucie: „Nie przegrają, nie mogą przegrać; są Amerykanami, już wygrali”.
depresja
literatura amerykańska
Zastanawiam się, czy książka Strout mogłaby powstać w Polsce? Bo przepojona jest purytańską duchowością charakterystyczną dla amerykańskiego kontynentu – i być może w większości w Polsce egzotyczną. Ta gorliwa introspekcja, to pilne tropienie w sobie ułomności i grzechu, to ocenianie motywacji każdego czynu i demaskowanie ich jako nieczystych lub po prostu nie tak doskonałych, jak mogłyby być – czy to religijne skupienie nie wydaje się aż patologiczne, aż nerwicowe, zarezerwowane tylko dla tych najświętszych i najbardziej umartwionych? A jednak, im dłużej przebywam z Amerykanami i im dłużej w ich kraju mieszkam, tym bardziej mi się wydaje, że dla wielu ludzi to wewnętrzne zmaganie to etos, norma. Nieważne, czy wierzą ortodoksyjnie czy niezobowiązująco, czy też zupełnie się tej wiary wypierają, Amerykanie mają w sobie coś takiego, co można by nazwać kompleksem Boga: kompleksem czynienia tego, co (wobec Niego) właściwe. Żartuję czasem, że nie ma lepszego miejsca na przeżycie jakiejś życiowej katastrofy niż Stany. Ci ludzie zawsze pomogą, zawsze można liczyć na ich poczucie winy, na to, że gdzieś w środku, niezależnie od wierzeń, niezależnie od przekonań, czują, że mogliby starać się bardziej, żyć lepiej, jeszcze sprawniej oddzielać groch od maku, w jeszcze większej mierze zasłużyć na swój dobry los.
literatura amerykańska
Ta nowelka – niewiele ponad sto stron – to jedna z książek dla mnie najważniejszych. Czytałam ją zaraz po wydaniu, czyli sześć lat temu. Dopiero niedawno, na potrzeby tego cyklu, przejrzałam nieliczne, krążące w internecie recenzje i z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że nowela Chang uważana jest powszechnie za książkę „o pisaniu poezji”. Jakoś tego wąskiego czytania nie kupuję – ale może to moje zboczenie. Nie potrafię poważnie potraktować idei studiów magisterskich, na których rozintelektualizowani młodzi gniewni uczą się pisać poezje i dyskutują bez ironii o tym, kim jest „prawdziwy poeta”. Być może jest to przepaść kulturowa; uniwersytety amerykańskie oferują takie i podobne studia jak najbardziej poważnie. Ale ja natychmiast uznałam, że realia opisywane przez Chang to tylko i wyłącznie pretekst do medytacji o czymś innym, głębszym. Jeśli mam rację i Chang faktycznie analizuje mit najdroższy amerykańskiemu sercu – mit sukcesu – to poezja, w której ćwiczą się główni bohaterowie, jest dla autorki tylko metaforą. Metaforą bardzo celną, bo świetnie podkreśla efemeryczność całego przedsięwzięcia. Co sprawia, że osiąga się sukces, a William Carlos Williams to kultowy amerykański poeta? Nikt nic nie wie. Talent. Warsztat. Nastrój. Wyczucie czasu. Ciężka praca. Subiektywna reakcja odbiorców. Układ gwiazd. Tabaka w rogu. W języku greckim poieo, słowo, od którego wzięła się nasza „poezja”, to po prostu „czynię, robię”. To tylko świat zachodni z biegiem czasu uznał poezję za szczyt niepraktyczności.
literatura amerykańska
rasa szkaradna
Przyciągnął mnie tytuł. Do teraz nie wiem, czy „wszystkie dzieci ciotki Hagar” to idiom powszechnie na Południu znany, czy też jest to po prostu barwne określenie należące do idiolektu cioci Penny, jednej z postaci opisywanych przez Jonesa. Tak czy inaczej, powinno dać do myślenia, że dla rozmówców Penny znaczenie tej frazy jest oczywiste. Motywy biblijne są na Południu przejrzyste nawet dla niepraktykujących. „Dzieci ciotki Hagar”: dzieci tej gorszej, dzieci niewolnicy. Oczywiście, są traktowane jednakowo. Oczywiście, nie mogą się równać z tym obiecanym, wyczekiwanym synem prawowitej żony. Oczywiście, gdy sięgną po to, co nie dla nich, prosto z przyjęcia zostaną wygnane na pustynię z jednym bukłakiem wody. Aksjomaty.
literatura amerykańska
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
Najpierw lata całe słyszymy od rodziców i mentorów, że „możemy wszystko” i z rozłożonej talii kart, jaką oferuje nam życie, możemy naprawdę wybrać każdą kartę, nawet kilka równocześnie! To jest fajny okres. Potem ani się oglądamy, a nadchodzi taki moment, gdy czas pewne opcje na amen przyklepuje. Pewne perspektywy przeterminowywują się bardzo szybko i w sposób oczywisty (nie zostanę baletmistrzem), inne – wolno i subtelnie. Teoretycznie mogę jeszcze zostać neurochirurgiem, internistą albo antropologiem sądowym: co to dla mnie! Prawdopodobnie jednak, rozwijając się w moim obecnym zawodzie i zbierając lata doświadczenia, nie starczy mi już godzin dnia ani pamięci operacyjnej na karierę na równoległym poziomie: pewien pociąg odjechał. Urok rzeczywistości złożonej z opcji binarnych.
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
literatura amerykańska
Przeżywam właśnie wielkie miłosne rozczarowanie, i to, żeby było pikantniej, z powodu kobiety: Lan Samanthy Chang. Nietłumaczona na język polski autorka trzech książek, kształcona w Harvardzie i Yale, leaureatka PEN Open Book Award. Przeze mnie odkryta w 2006 roku, w bibliotece publicznej w Phoenix. Tomik sześciu opowiadań Hunger (Głód). Później była powieść All is Forgotten, Nothing is Lost (Zapomina się wszystko, nie traci się nic). Zauważyłam w powieści kilka niedociągnięć, ale do teraz uważam ją za jedną z książek dla mnie najważniejszych. I wreszcie powieść Inheritance (Dziedzictwo). Otwarłam z ufnością i po siedemdziesięciu stronach przebijania się przez miałkie metafory odłożyłam z niesmakiem. Jest mi przykro.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

