Najpierw lata całe słyszymy od rodziców i mentorów, że „możemy wszystko” i z rozłożonej talii kart, jaką oferuje nam życie, możemy naprawdę wybrać każdą kartę, nawet kilka równocześnie! To jest fajny okres. Potem ani się oglądamy, a nadchodzi taki moment, gdy czas pewne opcje na amen przyklepuje. Pewne perspektywy przeterminowywują się bardzo szybko i w sposób oczywisty (nie zostanę baletmistrzem), inne – wolno i subtelnie. Teoretycznie mogę jeszcze zostać neurochirurgiem, internistą albo antropologiem sądowym: co to dla mnie! Prawdopodobnie jednak, rozwijając się w moim obecnym zawodzie i zbierając lata doświadczenia, nie starczy mi już godzin dnia ani pamięci operacyjnej na karierę na równoległym poziomie: pewien pociąg odjechał. Urok rzeczywistości złożonej z opcji binarnych.
Podobnie, być może, jest z zainteresowaniami. Chyba czas sobie uświadomić, że nie znam się na literaturze polskiej i jest to stan stały, a nie przejściowy. Chociaż otrzymałam w Polsce wykształcenie i napisałam godziwą rozprawkę na maturze, to nadal czuję, że po rodzimych obsesjach literackich poruszam się po omacku, z doskoku – i z biegiem czasu coraz bardziej niechętnie (bo im dłużej ten stan trwa, tym bardziej wypadam z polskiego rytmu; teraz już nawet nie podpieram ściany, jestem na zewnątrz, daleko poza dansingiem, nie słyszę już nawet muzyki). Tak, mam kilku ulubionych polskich autorów, ale tworzą oni naprawdę mały, zamknięty, ekskluzywny klub, w którym na dodatek od lat nie krąży już żadna nowa krew. Mimo wybitności jego członków panuje w nim więc trochę stęchła atmosfera.
Paradoksalnie, jako osoba regularnie pisząca po polsku, inspiruję się niemal wyłącznie twórcami anglojęzycznymi. Nie jest to krytyka autorów polskich, którym nie odmawiam talentu ani warsztatu; życie raczej tak pokierowało, że bliższa niż literatura polska jest mi literatura postkolonialna, anglojęzyczna. Najpewniej ma z tym coś wspólnego moje wychowanie: wielojęzyczne, wielokulturowe, protestanckie – w monolitycznym, katolickim społeczeństwie. Byłam skazana na inność, więc w sposób naturalny czuję miętę do literatury tworzonej przez Innych: literatury podnoszącej kwestie niejednoznacznej tożsamości narodowej, etnicznej, kulturowej, seksualnej; ciągnie mnie do rozkmniania pytań o trudną lojalność, skomplikowane poczucie przynależności i czerpanie z niewiadomego dziedzictwa.
Z tego względu, odkąd w liceum wpadła mi w ręce sczytana kopia amerykańskiego podręcznika do języka angielskiego Crossing Cultures, literatura amerykańska była i jest mi bardzo bliska, podobnie jak inna (nomen omen) literatura postkolonialna, zwłaszcza z kontynentu afrykańskiego i z Półwyspu Indyjskiego. Blog jest jednak konkretnie amerykański, a więc w ramach nowego cyklu ograniczę się do literatury amerykańskiej.
Nie uważam się za wielkiego znawcę w tym zakresie (bo skoro nie jestem w stanie ogarnąć literatury kraju czterdziestomilionowego, jakim jest Polska, to jak mogę twierdzić, że znam się jakoś niesamowicie na literaturze kraju dziesięć razy większego pod względem populacji?). Myślę jednak, że jestem w stanie umiejscowić przeczytane historie w pewnym spójnym kontekście, zanalizować je w sposób rzetelny i logiczny. (Tej krzepiącej umiejętności kompletnie brak mi w stosunku do literatury polskiej. Do pojęcia niektórych współczesnych polskich obsesji literackich potrzebny jest jakiś kod zupełnie mi obcy; niektórych treści nie jestem w stanie wziąć poważnie, mam wrażenie potężnego zgrywu).
Tradycyjnie kilka spraw organizacyjnych. Kolejność omawiania pozycji w cyklu będzie siłą rzeczy dowolna (książki rozłożone po obu stronach oceanu). Chciałabym się skupić na współczesnych autorach amerykańskich, choć być może zdarzą się jakieś wyjątki od tej reguły. Cykl nie powinien być traktowany jako historia literatury amerykańskiej w pigułce; nie będzie w nim raczej sztampowych pozycji pojawiających się na listach lektur obowiązkowych. W cyklu prawdopodobnie będą konsekwentnie pojawiać się autorzy o tak zwanej „tożsamości z dywizem” (hyphenated identity; język polski jak zwykle opisuje rzecz elegancko i na okrętkę: Amerykanie indyjskiego, chińskiego, polskiego pochodzenia). Ale nie tylko. „Osy” (WASPs: biali anglosascy protestanci) będą pojawiać się także: wnikliwa literatura nie jest zależna od koloru czy doświadczeń.
Chciałabym, aby recenzje książek moich ulubionych amerykańskich autorów pogłębiły panoramiczny obraz amerykańskiej psyche, który, mam nadzieję, systematycznie się z niniejszego bloga wyłania.
Z tego względu, odkąd w liceum wpadła mi w ręce sczytana kopia amerykańskiego podręcznika do języka angielskiego Crossing Cultures, literatura amerykańska była i jest mi bardzo bliska, podobnie jak inna (nomen omen) literatura postkolonialna, zwłaszcza z kontynentu afrykańskiego i z Półwyspu Indyjskiego. Blog jest jednak konkretnie amerykański, a więc w ramach nowego cyklu ograniczę się do literatury amerykańskiej.
Nie uważam się za wielkiego znawcę w tym zakresie (bo skoro nie jestem w stanie ogarnąć literatury kraju czterdziestomilionowego, jakim jest Polska, to jak mogę twierdzić, że znam się jakoś niesamowicie na literaturze kraju dziesięć razy większego pod względem populacji?). Myślę jednak, że jestem w stanie umiejscowić przeczytane historie w pewnym spójnym kontekście, zanalizować je w sposób rzetelny i logiczny. (Tej krzepiącej umiejętności kompletnie brak mi w stosunku do literatury polskiej. Do pojęcia niektórych współczesnych polskich obsesji literackich potrzebny jest jakiś kod zupełnie mi obcy; niektórych treści nie jestem w stanie wziąć poważnie, mam wrażenie potężnego zgrywu).
Tradycyjnie kilka spraw organizacyjnych. Kolejność omawiania pozycji w cyklu będzie siłą rzeczy dowolna (książki rozłożone po obu stronach oceanu). Chciałabym się skupić na współczesnych autorach amerykańskich, choć być może zdarzą się jakieś wyjątki od tej reguły. Cykl nie powinien być traktowany jako historia literatury amerykańskiej w pigułce; nie będzie w nim raczej sztampowych pozycji pojawiających się na listach lektur obowiązkowych. W cyklu prawdopodobnie będą konsekwentnie pojawiać się autorzy o tak zwanej „tożsamości z dywizem” (hyphenated identity; język polski jak zwykle opisuje rzecz elegancko i na okrętkę: Amerykanie indyjskiego, chińskiego, polskiego pochodzenia). Ale nie tylko. „Osy” (WASPs: biali anglosascy protestanci) będą pojawiać się także: wnikliwa literatura nie jest zależna od koloru czy doświadczeń.
Chciałabym, aby recenzje książek moich ulubionych amerykańskich autorów pogłębiły panoramiczny obraz amerykańskiej psyche, który, mam nadzieję, systematycznie się z niniejszego bloga wyłania.


Zapowiada się ciekawie! Ja z kolei o literaturze amerykańskiej mam znikome pojęcie, także chętnie się dokształcę.
OdpowiedzUsuńTeż tak ostatnio dumałam, że pewne wybory odcisnęły się już wielkim stemplem na moim czole i choć mogę dołożyć sobie drugie takie oznaczenie na policzku, to to z czoła już raczej nie zniknie.
Co do literatury w ogóle, też wydaje mi się, że okres studiów zadecydował o tym, że zbliżyłam się bardziej do autorów włoskich, pozostawiając polskich w tyle. Sumienie podpowiada mi, aby zaległości nadrobić, ale moja biblioteczka książek "w kolejce do przeczytania" mówi swoje.
Pozdrawiam ciepło, ciepło :)
No właśnie... kontekst uzależnia. Jest coś bardzo fajnego w tym, że czytając daną książkę, od razu widzi się konkretną perspektywę, konkretny krajobraz, odniesienia, zapożyczenia, motywy itd. Ja z kolei kompletnie nie znam autorów włoskich - może kiedyś coś napiszesz? Bardzo lubię czytać o literaturze :)
UsuńCzy istnieje afrykańska (postkolonialna) literatura włoska? Były tam przecież kolonie włoskie, prawda? Całkiem spore. To chyba dość niszowa dziedzina?
Myślałam już jakiś czas temu żeby wprowadzić na blogu motyw włoskiej literatury, kto wie :)
UsuńSzczerze mówiąc nie umiem odpowiedzieć Ci na pytanie czy taka literatura istnieje, ale może z ciekawości sprawdzę i zagłębię się w temat. To byłoby dość ciekawy pomysł na nowy cykl postów :)