H jak huragan

piątek, 15 kwietnia 2016

Po upartej złej passie wyczerpujących wiadomości i przeżyć, podładowuję się pozytywnie. Dziś temat dla niektórych być może trochę egzotyczny, ale dla Teksańczyków jak najbardziej realny!

Największą klęską żywiołową w dziejach Stanów Zjednoczonych nie była Katrina, lecz bezimienny huragan nazywany przez Teksańczyków po prostu „wielkim sztormem 1900 roku”. Życie straciło przynajmniej 6 tys. ludzi; niektóre źródła podają dwa razy tyle. Huragan zniszczył niemal doszczętnie przepiękny port Galveston, ówczesnego tygrysa Zatoki Meksykańskiej, którego główna ulica nosiła nawet kiedyś dumną nazwę Wall Streetu Południa. Miasto z czasem odbudowano. Leży około czterdziestu minut drogi od Houston i w sezonie letnim pełni rolę ośrodka wypoczynkowego dla okolicznych wczasowiczów. Rozwija się prężnie. Zwłaszcza od 2008 r., kiedy do miasta zaczęły wpływać niemałe środki z pomocy federalnej i z prywatnych kieszeni charytatywnych – po zniszczeniach zadanych przez huragan Ike, który podwoił liczbę osób żyjących poniżej minimum socjalnego w nadbrzeżnych teksaskich hrabstwach. Mieszkańcy Galveston wyczekują kolejnego huraganu. Taki wielki zdarza się średnio raz na 15 lat. Czyli to tylko kwestia czasu, kiedy coś znowu łupnie.

Widok na zalane Galveston. Architektura charakterystyczna dla nadwodnych domów. By USAF Sgt. James L. Harper {{PD}} via Wikimedia Commons
Przy takiej historii chyba nic dziwnego, że Teksańczycy, zwłaszcza ci mieszkający w rejonach nad Zatoką Meksykańską, traktują perspektywę huraganu bardzo poważnie. Znajdują się przecież dokładnie na linii rażenia i ze zniszczeniami i chaosem muszą radzić sobie niemal co roku. Nie jest to kwestia uniknięcia szkód, a jedynie jak największego ich zminimalizowania. 

Sezon huraganowy na Atlantyku trwa od czerwca do listopada. Co to znaczy? Statystycznie rzecz biorąc, to wtedy tworzą się na Oceanie największe zawirowania. Nie zawsze są to poważne huragany, czasem skończy się „tylko” na kilkudziesięciu burzach, kilkunastu powodziach, kilku podmyciach i kilku osuwiskach terenu. Mowa wtedy o sezonie łagodnym. Ale i na te mniej drastyczne kłopoty należy być plus minus przygotowanym, dlatego od czerwca do listopada wszędzie w Houston na wielkich elektronicznych tablicach wiszących przy autostradach miga wielki napis: „Zaczął się sezon huraganowy! Czy jesteś na niego gotowy?”. (Nie jest to jedyny krzepiący napis migający na tablicach. Inne to na przykład: „875 wypadków śmiertelnych na teksaskich drogach w tym roku. Uważaj na siebie i innych!”. Albo lakoniczne: „Pasy albo mandat!”. Albo: „Pij. Prowadź. Do więzienia”).

Tematy poruszane w ramach Teksaskiego Paszportu traktowane były zwykle z pewnym przymrużeniem oka, ale jak widać tym razem kwestia jest jak najbardziej poważna. Jak należy się przygotować na sezon huraganowy w ramach Teksaskiego Paszportu? (Zaznaczam tu – tak po amerykańsku – że poniższe wytyczne są jedynie orientacyjne, bardzo nieformalne i na pewno nie wyczerpujące. Jeśli planujecie wybrać się do nas na serio, zacznijcie na przykład tutaj).

Przede wszystkim: zasilacz z ochroną przed przepięciami, czyli niezbędny niezbędnik służący ochronie naszej drogocennej elektroniki. Był to jeden z pierwszych, jakże romantycznych prezentów, jakie dostałam od Mężczyzny, i przyznam, że przyjęłam go z pewną konsternacją. Mieszkałam w centrum Warszawy i nie za bardzo rozumiałam, jak zwykła burza miałaby zaszkodzić mojemu laptopowi. Oświeciło mnie dopiero wtedy, gdy pojechałam do Teksasu i podczas mojej pierwszej burzy z piorunami gospodyni zapukała do pokoju i poinformowała jakby nigdy nic, że za chwilę wyłącza prąd. I faktycznie, za kilka minut cały dom pogrążył się w mroku i ciszy niezakłóconej nawet buczeniem klimatyzatora; słyszeliśmy tylko żywioł szalejący na zewnątrz. Z czasem okazało się, że nie wszystkie domy w Teksasie posiadają piorunochrony, a wyładowanie elektryczne potrafi usmażyć wszystkie sprzęty podłączone do gniazdek elektrycznych. Większe firmy inwestują oczywiście w profesjonalne zabezpieczenia odgromowe, ale szaracy radzą sobie po prostu odłączając wszystko od prądu i czekając, aż burza zelżeje.

To prowadzi więc do punktu drugiego, czyli gdy burza przybiera na sile, odłączcie wszystko od prądu, a jeśli macie taką możliwość, wyłączcie prąd w całym domu lub budynku. Tak, wiem, że macie już wypasione zasilacze, ale lepiej nie testować ich skuteczności na drogich urządzeniach typu skaner, drukarka albo router. Ja osobiście zwlekam z odłączeniem prądu do ostatniej minuty (czyli do momentu, w którym naprawdę nie poczuję, że jestem w oku cyklonu), ale odkąd w wyniku uderzenia pioruna znajoma straciła przepiękną maszynę do szycia za ponad tysiąc dolarów, a jej piekarnik zaczął żyć własnym życiem, zdecydowanie łatwiej mnie do tego przekonać.

W związku z powyższym, zaprzyjaźnijcie się z latarkami. W moim mieszkaniu znajduje się ich prawdopodobnie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, porozkładanych po szufladach, torebkach i oczywiście w pobliżu łóżka. Poza tym mamy także wielkie, ładowalne świece halogenowe. Wydawało mi się to przesadą, aż którejś nocy zeszłego roku całe osiedle pogrążyło się znienacka w upiornej ciemności... dopiero wtedy, z westchnieniem ulgi włączając halogeny, doceniłam geniusz Mężczyzny. Świece należy oczywiście periodycznie ładować, a obok latarek przechowywać baterie (albo zakupić na przykład latarkę, którą ładuje się potrząsając nią… to model bardzo fajny w obsłudze). Dodatkowy bonus: dobrą, solidną latarką można skutecznie zdezorientować jakiegoś napastnika, a poza tym wykorzystać jej obudowę jako broń.

Poza tym, dobra prądnica lub inny generator prądu zawsze w cenie! Tak, mam w domu dwa. Jak dotąd używane jedynie w celach rekreacyjnych i mam nadzieję, że tak zostanie.

Na wypadek ewakuacji warto mieć w domu zapas wody pitnej i suchego prowiantu. Tyle teoria, w praktyce jednak zapasu tej pierwszej nigdy nie mam (bo zwykle wypijam na bieżąco); suchy prowiant natomiast znajduje się w wielkim kartonie w okropnej postaci żołnierskich posiłków w proszku, do których ponoć wystarczy dodać wodę, by przemieniły się w strogonowa, lazanię czy jakieś inne świecące od chemii cudo. Posiłki takie rozdaje podczas katastrof amerykańska FEMA.

Uwaga na wysoką wodę. W warunkach teksaskich naprawdę nie trzeba huraganu, aby wywołać katastrofalną w skutkach powódź. (Słynny przebój teksaskiego bluesmana Steviego Ray Vaughna Texas Flood rozpoczyna się właśnie lamentem, że powódź zerwała linie telefoniczne i nie ma jak zadzwonić do ukochanej dziewczyny). Warunki sprzyjające powstaniu powodzi to rzęsiste tropikalne deszcze, niemal całkowity brak systemu odpływowego wzdłuż autostrad i dróg, a także nisko sadowione domy z drewna, które nie tak znowu trudno jest podmyć. Podczas powodzi rowy, koryta rzek i kanały burzowe błyskawicznie wypełniają się wodą, a niżej położone ulice i wiadukty potrafią się okazać zwodniczymi i często śmiertelnymi pułapkami. Nawet niezbyt wysoka woda potrafi porwać samochód; wartki strumień sięgający goleni potrafi zwalić z nóg, a wtedy nietrudno zrobić sobie krzywdę albo chociażby napić się bakterii.

Niezależnie od pogody należy słuchać komunikatów awaryjnych. Osoby żyjące w wiecznym towarzystwie włączonego telewizora lub radia mają ułatwione zadanie, bo system powiadomień włącza się automatycznie niezależnie od aktualnych audycji, więc siłą rzeczy je usłyszą. Reszta oderwanych od świata dziwaków musi pamiętać o śledzeniu stron internetowych, które powinny nas powiadomić o ryzyku powodzi (flash floods) w miejscu naszego zamieszkania. W przypadku wystąpienia takiego ryzyka, nie panikować. Życie zwykle toczy się dalej, o ile nie ma nakazu ewakuacji. Sama jechałam samochodem przy ryzyku powodzi i w tropikalnym deszczu, nie raz i nie dwa. Oczywiście najlepiej jest siedzieć wtedy w wysoko zawieszonym pickupie, ale mały samochodzik też da radę, o ile będziemy ostrożni. Faktem jest, że niezależnie od parametrów naszego wehikułu trzeba naprawdę uważać za dwóch – a już zwłaszcza nocą, na mniej oświetlonych, mniej uczęszczanych polnych drogach. Wystarczy, że w ciemności między jedną latarnią a drugą nie zauważymy zakrętu i zjedziemy z drogi do wypełnionego wodą rowu, albo pomylimy drogę i chcąc zawrócić, zjedziemy na którąś z niżej położonych serpentyn – i już sytuacja może stać się bardzo poważna.

Radar Dopplera naszym przyjacielem. Jeśli trwa sezon huraganowy, a wybieracie się akurat w dłuższą podróż, najlepiej sprawdzić, co zbliża się w naszą stronę, na przykład tutaj. Wiele można znieść na krótki dystans, ale jeśli widzimy, że dłuższy czas będziemy jechać w naprawdę mało bezpiecznych warunkach, lepiej nie kusić licha i poczekać (albo, jeśli ta opcja odpada, pojechać odpowiednio wcześniej, wyprzedzić żywioł albo załapać się tylko na jego ogon lub bok).

Typowy krajobraz pohuraganowy. Takie zniszczenia dachu widuję do dziś: kto ma pieniądze, ten naprawia je na bieżąco; kto nie ma, cóż, pozostawia jako pomnik na długie lata. Tu teksaska Kemah: miasto niedalekie od mojego, słynące z pięknej promenady i hucznych obchodów karnawału. {{PD}} Źródło
Na koniec, zostaje nam jeszcze przymusowy nakaz ewakuacji (w przypadku faktycznego zagrożenia huraganem, a nie „tylko” burzą czy powodzią). Tego jeszcze nie przeżyłam i z moimi podróżami być może uda mi się go uniknąć, choć statystycznie rzecz biorąc, przy dłuższym mieszkaniu nad Zatoką jest on nieunikniony. Podawany jest za pomocą radia i telewizji, dlatego w sytuacjach awaryjnych warto mieć ze sobą radioodbiornik, na wypadek gdyby wyłączono już prąd. „Przymusowość” tego nakazu to raczej wyraz asekuracji ze strony władz, bo de facto nie jest on egzekwowany; oznacza po prostu, że kto zostaje, czyni to na własną odpowiedzialność, bo z zagrożonej okolicy ewakuowane są szpitale, jednostki policji, personel aptek itd. Ewakuowani przemieszczają się, zwykle samochodami, do krewnych zamieszkałych na terenach niezagrożonych huraganem, aż minie niebezpieczeństwo, a tereny zostaną poddane rządowej kwarantannie. Oczywiście, ewakuacja oznacza dantejskie sceny na drogach i stacjach benzynowych: znam to tylko z opowiadań znajomych i mam szczerą nadzieję, że nigdy nie będę musiała opisywać tego z autopsji. Dom należy zabezpieczyć na dłużej, bo nie wiadomo nigdy, czy dane nam będzie do niego wrócić za tydzień czy za kilka miesięcy; na opuszczonych terenach lubią też grasować rabusie, bo dla nich krajobraz poewakuacyjny to oczywiście Gwiazdka w lipcu. To, jak szybko można wrócić, zależy od siły uderzenia i zniszczeń, stopnia podmycia terenu, badań epidemiologicznych, etc.

Brzmi poważnie? No cóż, Teksas nie jest dla wszystkich, tylko dla tych, co się odważą :)

A oto wieżowiec Morgan Chase Tower w Houston po uderzeniu Ike'a. By Adam Baker, CC BY 2.0, źródło
PS. Kilka dni po opublikowaniu posta, bardzo a propos, dopadły nas intensywne tropikalne deszcze (w ciągu 24 godzin w Houston spadło 445 mm deszczu... w Warszawie na przykład spada średnio 500 mm w skali roku). Jak widać, nie potrzeba sezonu huraganowego, żeby mieć oficjalny stan katastrofy. Oba lotniska w Houston zamknięte, zalane całe połacie ziemi (jechałam z San Antonio i widziałam z autostrady wodę sięgającą parterów budynków, lśniące pola, przelewające się rowy). Kilka śmierci, kilka osób zaginionych, kilkanaście tysięcy domostw bez prądu. Teksas. Nie dla strachliwych, zaiste.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo