rekonesans rutyny

wtorek, 12 kwietnia 2016

Jeśli rezygnacja to pierwszy stopień do szczęścia, to jestem niemal w połowie.

Wpuszczono mnie do kraju bez problemów, jedynie z upomnieniem, że coś tam, i następnym razem mam załatwić jakieś niesamowicie ważne dokumenty, bo coś tam. Znając życie, będzie to kolejny kwadratowy przepis, który nie przewidział mojego rozwartokątnego życia. Ale czym mam się martwić dziś, będę się martwić dopiero za jakieś trzy-cztery miesiące, więc mam mnóstwo czasu swawolnego. Już drugiego dnia byłam w moim ulubionym sklepie indyjskim, narkotyzując się cynamonem, kurkumą i sandałowcem. Zdecydowanie są takie przyjemności, które pomagają mi przełknąć tę amerykańską pigułkę goryczy.

Mieszkanie przetrwało; budynek zmienił jedynie kolor. (I nadal zmienia. Od mojego przyjazdu mijają trzytygodnie, a meksykańscy robotnicy w szczelnie obandażowanych twarzach zdążyli już pomalować go dwa razy, a drzwi już nawet nie pamiętam ile. Malują bez uprzedzenia, w biały dzień, zwykle kiedy ja siedzę w środku, słucham skrobania we framugę i zastanawiam się, czy mogę już wyjść, czy dostanę w nos pędzlem pełnym farby. Prawdopodobnie część tych warstw to baza i utrwalacze, ale nadal wydaje mi się to trochę rozrzutne, zwłaszcza że na osiedlu przydałoby się wiele innych, nie tak kosztownych usprawnień, na przykład wymiana pralek w pralni, z takich działających od czasu do czasu na takie bardziej spolegliwe. No ale).

Carlosa już nie ma; nie widuję jego pickupa z dumnym napisem „La Raza” i trochę mi smutnawo. Moje nazwisko znikło ze skrzynki na listy; widocznie listonosz się na mnie obraził, bo przez tyle miesięcy nie opróżniałam skrytki z reklamowego śmiecia; oficjalnie rzecz biorąc, w mieszkaniu pozostał jedynie Mężczyzna, a paczki kierowane do mnie są odsyłane z powrotem. Moje kosmetyki, minerały i kilogramy oleju kokosowego dostaje więc teraz Henry: zawsze to miły pretekst do odwiedzin.

Na osiedlu mieszka coraz więcej Meksykanów. Wieczorami, a zwłaszcza w weekendy, nie słychać już rapu, tylko znajomy poleczkowy rytm muzyki tejano. Rozczula mnie jakoś ten hałas. Zarząd osiedla wetknął nam w wizjer zawiadomienie, że w bliżej nieokreślonym krótce należy wystarać się u nich o plakietki uprawniające do parkingu na posesji. Mężczyzna prychnął na karteluszek z pogardą. „Czy oni nie wiedzą, że tu mieszkają Meksykanie? Życzę szczęścia w egzekwowaniu”. Jak dotąd nic z tym nie zrobiliśmy, tak jak większość parkowanych przy nas samochodów.

Jak na tę porę roku, jest ciepło. Zabiłam już trzy wielkie chrząszcze (klapkiem, z hukiem), które odważyły zapuścić się z dworu w głąb mojej łazienki. Sama nie wiem, co zabijam, bo to chyba nie karaluchy. (Może jakiś zdziczały rodzaj, żyjący na wolności). W każdym razie ich obecność to pewny znak, że wiosna jest w pełnym rozkwicie, a temperatury zaczynają osiągać trzydziestkę.

W okolicy przetrwały moje ulubione knajpy, zwłaszcza jamajski bar, gdzie można dostać fantastycznie ostrego kurczaka z pieczoną kapustą i plantanem, a dla odważnych: wołowe ogony, krowie racice, flaczki, kozi łeb i genitalia. Ta ostatnia potrawa nosi wdzięczną nazwę Mannish Water (Męska woda) i ponieważ uważana jest za afrodyzjak, podawana jest tylko osobom od lat szesnastu. Poza tym, otworzył się europejski supermarket Aldi. Ze zgrozą mówiono o nim, że trzeba tam płacić za wózki, choć „opłata” to znana nam zwykła kaucja, którą odbiera się po odstawieniu wózka na miejsce. Zamknął się spożywczy, w którym robiłam zwykle zakupy; otworzył się większy trochę dalej.

Krajobraz miasteczka jest nadal rafineryjny. Trudno o większe brzydactwo. Absurdy nadal niepojmowalne. Wczoraj rano telefon: Henry ostrzegł nas, żebyśmy nie wychodzili na zewnątrz, bo ulicę dalej uzbrojeni bandyci obrabowali punkt upłynniania czeków i jeszcze ich nie złapano. Takie tam drobne amerykańskie chuligaństwo, dokładnie jak w Polsce, tyle że w Polsce sprawcy będą mieć może nóż, a tu mają półmaszynówkę i nic do stracenia. Ale i dla nas jest to coraz bardziej rutyna. Odczekaliśmy dwie godziny lege artis i zadzwoniliśmy do Henry’ego. „Złapałeś już drani?” – zapytaliśmy. „Nie” – odparł Henry – „ale leżę na sofie z bronią ręczną na piersi, wszystko przede mną”. Raz kozie śmierć. Wyszliśmy.
Share /

Brak komentarzy

Prześlij komentarz

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo