Liście w Teksasie nie mają warunków na butwienie. Ledwie trochę zmokną, już kolejna, szybka fala ciepła suszy je na wiór, w trymiga czyni z nich bezwonne teksaskie potpourri. Nie to co w Polsce. Liście marynują się całymi tygodniami: a to w pokapującym deszczu, a to w wilgotnych, pochmurnych dniach między jedną mżawką a drugą. Po wielokrotnych zmianach koloru wreszcie osiągają docelowy odcień: śliwkowych powideł. Zapach tylko niespożywczy, kliniczny: permanentnie niewyschniętych akwareli nałożonych jedna na drugą, zespolonych, cieknących burą farbą i treścią. Gdy wreszcie przyjdzie zima, taka uczciwa, z temperaturami poniżej zera, zacznie się długi proces zamrażania i rozmrażania powideł, aż wreszcie pochłonie je łasa na słodycze ziemia
Lublana
Słowenia
wojaże
Miguel zaprasza nas na mszę do św. Jakuba, jednego z najstarszych kościołów w mieście, dwie minuty od rzeki. W listopadzie obchodzono w nim czterysetletnie urodziny parafii. Raz w miesiącu ojciec Rafael z hiszpańskiej Galicji prowadzi w barokowym wnętrzu mszę dla małej argentyńskiej diaspory mieszkającej w Lublanie. Trudno mi go zrozumieć, bo nie dość, że sepleni przy niektórych głoskach, jak przystało na Galicyjczyka, to jeszcze nie trafia w mikrofon. Jego głos rozmywa się w akustycznych murach kościoła jak niewyraźny szept. Ratuje mnie jedynie tekst liturgii, wyświetlany na cyfrowym wyświetlaczu na białej ścianie po prawej stronie ołtarza - i ciche głosy wokół mnie, odpowiadające rytmicznie kapłanowi.
historie prawdziwe
Ślub był huczny. Matka pana młodego wydała na ten szczytny cel wszystkie swoje skromne oszczędności i kilka przyszłych rent, żeby nie stracić twarzy. Wesele wyprawiono w małym miasteczku niedaleko San Antonio, o egzotycznej niemieckiej nazwie. W XIX wieku osiedlali się w tych stronach emigranci, a teraz urokliwa architektura zaspanych zabudowań nakręca biznes turystyczny: w małych drewnianych domkach otwierają się hipsterskie hotele, butiki, ekskluzywne spożywczaki z miodem, mydłem i olejami lokalnej produkcji, restauracje, a także sklepy z antykami i różnorodnym artystycznym fiu-bździu. Większość tych przedsiębiorstw otwiera podwoje jedynie w sezonie turystycznym, bo Amerykanie tradycyjnie bardzo się starają, aby ich święte prawa wolnego rynku chroniły rozwój tylko wielkich korporacji; zwiedzanie małych przedsiębiorstw staje się więc coraz częściej li i jedynie atrakcją dla znudzonych wielkimi markami turystów.
Lublana
Słowenia
wojaże
Z nosem na szybie taksówki przyglądam się, jak ogrodnik montuje ozdobne zielone kule rosnące w donicach przed hotelem. Dzień jest pochmurny; ogrodnik także. Zaabsorbowany jest swoimi kulami, przygląda się im zza grubych okularów; poza podłużnym gruboziarnistym klombem nie ma dla niego świata. Nie wiedziałam, że te kule są puste w środku; że okrągłe, wiecznie zielone listki ostrokrzewu rosną na solidnych łupinach przypominających zdekonstruowane astrolabium. Ogrodnik ma chyba trudności z przymocowaniem jednej półkuli do drugiej. Próbuje różnych kątów nacisku; kręci głową, stęka. Wokół niego, na wąskiej ulicy, parkują taksówki, samochody, hotelowi goście taszczą walizy, ciągną trzeszczące metalowe wózki, z których zwisają garnitury i płaszcze.
firmowe rozkminki
Kupiłam je w podwarszawskim outlecie. Ceny nie pamiętam, ale znając siebie, nie mogła być zbyt wygórowana. Nie pamiętam też marki. Powinnam była zapisać i ślubować wierność. Meldować się co pięć lat i kupować to samo, bo dobre. Choć być może w obecnych czasach to już niemożliwe. Modowe koło fortuny kręci się dalej: sześć lat później, szukam podobnego fasonu i kręcę nosem. Białe podeszwy, psiakrew. Skórka cienka jak plastik: nie znoszę tego lateksowego efektu. Na złączeniach widzę rozmazany smark kleju. Czy to-to się nie rozleci, gdy się z nim kilka razy przebiegnę po mieście?
(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).
(Bo ja po ziemi stąpam twardo: piętami uderzam mocno w podłoże, odpycham się zawzięcie z palców stóp. Po jednym sezonie na większość obuwia trzeba przybić nie tylko nową zelówkę, ale i odbudować część obcasa. Szewcy cmokają z dezaprobatą. Tańsze, cieńsze, bardziej giętkie podeszwy sandałków i trampek pękają bezpowrotnie).
Lublana
Słowenia
wojaże
„Fajnie byłoby opublikować te zdjęcia, zanim się kompletnie zdezaktualizują...” - pomyślałam, kiedy dostałam te zdjęcia od brata na początku listopada, podczas ostatnich barwnych podrygów jesieni.
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Lublana
Słowenia
wojaże
Zima zwlekała z przyjściem. Ponoć w pierwszych tygodniach listopada spada w Lublanie pierwszy śnieg, a tu nic i nic. Listopad piękniejszy wręcz od października, mniej pluchowaty, cieplejszy. Schowałam prochowiec, chodziłam w jesiennym płaszczyku. Dla tubylców rzecz niepojęta, bo przecież zima tuż tuż, a ona w maleńkich skarpetkach, z gołymi kostkami na wietrze i oczywiście bez czapki. Znajomy z biura sądząc, że nie mam żadnych zimowych rzeczy, przyniósł mi z domu od żony wielką siatę swetrów, szalików i wełnianych skarpet. Jestem urzeczona tym gestem, więc nie przyznaję się, że cieplejsze rzeczy co prawda mam, ale oszczędzam na prawdziwe mrozy, bo gdy biegnę przez miasto przy czterech stopniach powyżej zera, nie potrzebuję nawet swetra. Poza tym, czyż mama nie mówiła, że najważniejsze to aby było ciepło w nerki, szyję i stopy? To mam solidnie zapatulone. Znajomy jednak swoje wie.
firmowe rozkminki
„Spotkanie w Samarze” to dla wprawionych literatów, okazuje się, bardzo rozpoznawalna metafora. A ja zetknęłam się z tą historią dopiero niedawno i jak zwykle przypadkiem. Przytacza ją w jednym ze swoich dramatów William Somerset Maugham i ta chyba wersja znana jest najbardziej (?). Na Bliskim Wschodzie opowiada się ją jednak od dawna. Od dobrego tysiąca lat, albo i dłużej. Zawiera ją babiloński Talmud. Opowiada ją wielki sufita Fudail ibn Ayad, żyjący na przełomie VIII i IX w. n.e. Podaje ją Idrys Shah, wspomniany już Maugham, John O’Hara, Victor Frankl, a nawet Terry Pratchett. Zmieniają się miasta, bohaterowie i szczegóły, sens pozostaje.
Lublana
Słowenia
wojaże
Mżawi tu regularnie. Co tam Londyn, co tam Seattle! To właśnie Lublana powinna otrzymać tytuł miasta, w którym zawsze pada. Dlaczego nikt nic mi o tym nie powiedział? Jednego takiego mżawiącego dnia wchodzę do biura z mokrymi włosami (wypadłam bez parasola), przemoczonymi nogami (wysłużone kozaki mają swoje lata i przepuszczają wodę dość przewidywalnie, zwłaszcza gdy właścicielka prze na oślep przez kałuże) i ogólnie z podkulonym ogonem. W nastroju pod tytułem: „Nie odzywaj się do mnie, aż nie wyschnę”. Mokry prochowiec rzucam na sofę i patrzę za okno. Szary półmrok, szara gorycz, szary letarg sączy się z tej aury prosto w rozespany jeszcze krwioobieg. A tu dopiero dziewiąta rano, krótko po dziewiątej, bo trochę się przez ten deszcz spoźniłam. Dramat! Jęczę w duchu i chyba też, mimowolnie, trochę na głos, bo od biurka obok obraca się do mnie José, znajomy Argentyńczyk, z którym porozumiewam się firmową mieszanką portugalskiego i hiszpańskiego. Obraca się, ale z taką energią i z taką miną, że jakbym patrzyła w lustro. Patrzymy na siebie w milczeniu, oboje nastroszeni, zziębnięci i przemoczeni, oboje pełni głębokiej urazy do życia i do tej paskudnej słoweńskiej mżawki, i cóż: po kilku sekundach wybuchamy spontanicznym, współczującym śmiechem przegranych. Jak pech, to pech! W rozpaczy tylko śmiech pozostaje.
![]() |
| Niby ładnie, ale jak widać słońce wyraźnie zapomniało wstać. Tu tak zwany poranek |
Lublana
Słowenia
wojaże
Ze Szwajcarii przyjechał brat, przywiózł urządzenie, które powinno stanowić niezbędny element wyposażenia każdej domowej apteczki: plastikowy lejek do robienia kawy przelewowej. Być może trudno w to uwierzyć, ale pierwszy miesiąc pobytu w Lublanie okazuje się miesiącem intensywnego kawowego głodu. Symptomy tłumione trochę licznymi stresami związanymi z obecnym projektem, ale w krótkich chwilach międzystresowego relaksu uderzają ze zdwojoną siłą. „Kave z mlekom” można dostać, owszem, i to w każdej praktycznie instytucji gastronomicznej, w rozsądnej cenie (plus minus) jednego euro; można dostać też americano i nieco lepszą dla mnie longo, ale kawy przelewowej, aka „filtrowej”, próżno szukać. Wszyscy piją malutkie espresso lub jakiś jego podejrzany wariant. Kto lubi, tego zysk. Kto nie lubi, ma odwyk. Jak ja. Espresso nie podnieca mnie zupełnie, w żadnej swojej odmianie. Wodniste, cienkie, mało aromatyczne, zwykle - ze względu na swój rozmiar - w okolicach trzeciego łyka już zimnawe; jakieś takie, brzydko powiem, niedopieprzone. O kawie niby przebąkuje, niby ją w tyle języka nadmienia, ale na dwuznacznym peep show się kończy: człowiek pozostaje niezaspokojony i z tym większą chcicą. Można oczywiście espresso i dwoić, i troić - smak zyskuje na ostrości, ale nie na głębi. Uderza w bebechy i już go nie ma, żałość nadal nieutulona.
Lublana
Słowenia
wojaże
Niby jestem wielojęzyczna, niby napisałam pracę magisterską z bilingwizmu, przez dobrych kilka lat siedziałam zasypana najróżniejszymi artykułami naukowymi i rozkminiałam, jak działa wielojęzyczny mózg - a i tak zaskakują mnie figle, jakie płata mi mój umysł w nowym środowisku językowym. Przystaję nad Ljubljanicą, piję espresso z papierowego kubka, z każdym łykiem przechylam się trochę do przodu przez balustradę, bo zawsze mam wrażenie, że kawa na pewno skapnie i poplami mój jasny prochowiec. I nagle na najbliższej latarni zauważam reklamę z napisem: „Zaplujte z nami”. I chociaż już zdążyłam się zorientować, że chodzi o przejażdżkę statkiem albo promem, to oczywiście wizualizację mam zupełnie inną: widzę raczej roześmianych ludzi plujących z rozmachem w pochmurną o poranku rzekę i zachęcających mnie do spróbowania moich sił. Nie mogę się powstrzymać od chichotu.
Lublana
Słowenia
wojaże
Smoczy Most jest ponoć jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków w Lublanie. Tymczasem moim słoweńskim znajomym musiałam kilka razy tłumaczyć, o co dokładnie mi chodzi. Dragon Bridge? Co to takiego? Dopiero po chwili rozjaśniają im się twarze. „Aaaa! Zmajski most!”. Przez Smoczy Most przechodzę codziennie do pracy. A raczej mogłabym przechodzić codziennie, bo zwykle wolę przez Ljubljanicę przechodzić gdzie indziej: przez Trójmostowie (Tromostovje) przy placu Prešernova (Prešernov trg), albo przez obwieszony kłódkami Most Rzeźników (Mesarski most), albo jeszcze przez jakiś inny, mały, którego nazwy nie pamiętam. Smoczy Most ma, oczywiście, swój urok, ale odejmują mu go samochody, które z kapitalistycznym rykiem kursują między Starym Miastem a Nowym. W tych okolicznościach nie można mu nawet zrobić ładnego zdjęcia, bo w kadr ładuje się a to autobus, a to osobówka; trudno też jakoś dobrze się do zdjęcia ustawić, bo przecież ruch nie staje dla nawiedzonego turysty z aparatem, który znalazł kadr idealny trochę w bok od pasów dla pieszych. Ponoć gdy przez most przechodzi dziewica, smoki machają ogonami; niestety, jeszcze się na to widowisko nie załapałam; smutny jest chyba stan europejskich moralności!
![]() |
| Zdjęcie zrobione z narażeniem życia, pozycja niemal mostka, tzn. mocny odchył do tyłu |
Lublana
Słowenia
wojaże
W mieszkaniu wita mnie stęchły piwniczny zapaszek, pseudoakt na ścianie w kuchni i notka zostawiona na parapecie: „Hvala, ker ne kadite v apartmaju” (Dziękujemy za niepalenie w mieszkaniu). Obok, na niskim stoliku ustawionym przy sofie, leży tania szklana popielniczka.
(Czyżby postkomunistyczny humor? Kiedy ze Słoweńcami rozmawiamy o minionym ustroju, bawi nas, jak wiele mamy wspólnych doświadczeń, choć dzielą nas kilometry, kultura i język).
(Czyżby postkomunistyczny humor? Kiedy ze Słoweńcami rozmawiamy o minionym ustroju, bawi nas, jak wiele mamy wspólnych doświadczeń, choć dzielą nas kilometry, kultura i język).
Lublana
Słowenia
wojaże
Tuż przed moim wylotem do Lublany, kolega przesyła mi kilka ostatnich szczegółów dotyczących projektu, a potem dodaje: „Próbuję ustawić plan dnia, ale to zupełnie inny... wiersz, jak to mówimy w Słowenii”.
Jestem przygnieciona górą problemów, które jak zwykle pojawiają się w ostatniej chwili przed wyjazdem, ale to mnie rusza. Odpisuję mu mimo późnej pory: „Po polsku mówimy, że to inna para kaloszy. Po angielsku, że to inny kocioł ryb. Słoweński zdaje się ujmować sprawę z większą dystynkcją”. To taki pierwszy smaczek, dzięki któremu zapominam na chwilę o tym, że do Lublany jadę przede wszystkim do pracy. Budzi się we mnie detektywistyczna żyłka lingwisty-antropologa. W samolocie przeglądam pdfy z kursami słoweńskiego i chichoczę w duchu na widok zabawnych podobieństw do języka polskiego.
Jestem przygnieciona górą problemów, które jak zwykle pojawiają się w ostatniej chwili przed wyjazdem, ale to mnie rusza. Odpisuję mu mimo późnej pory: „Po polsku mówimy, że to inna para kaloszy. Po angielsku, że to inny kocioł ryb. Słoweński zdaje się ujmować sprawę z większą dystynkcją”. To taki pierwszy smaczek, dzięki któremu zapominam na chwilę o tym, że do Lublany jadę przede wszystkim do pracy. Budzi się we mnie detektywistyczna żyłka lingwisty-antropologa. W samolocie przeglądam pdfy z kursami słoweńskiego i chichoczę w duchu na widok zabawnych podobieństw do języka polskiego.
![]() |
| W Ljubljanie co i rusz natykam się na kapitalne rzeźby. Tu kamienne kaczki gardzą kamiennym chlebem. W tle katedra (Ljubljanska stolnica), siedziba arcybiskupstwa |
Warszawa jedyna
Wpadam do Warszawy jak po ogień, z ciałem zmaltretowanym transatlantyckim lotem i duszą wymiętą i pokonaną. Przez ostatnie dwa miesiące, niepostrzeżenie zrobiłam się stara. Dokopywał mi każdy dzień. Czuję okropne przeświadczenie, że już nigdy w życiu nie spotka mnie już żadne dobro. Nie chce mi się o nic walczyć, o nic ujadać, nie chce mi się zbawiać świata, chce mi się tylko zwinąć w kłębek i pokazać wszystkim tyły.
Przede wszystkim chce mi się spać. Zaspać na wszystkie najważniejsze sprawy świata.
Przede wszystkim chce mi się spać. Zaspać na wszystkie najważniejsze sprawy świata.
Albuquerque
Nowy Meksyk
wojaże
Dochodzi szósta po południu, a słońce nadal niesezonowo praży. Skręcamy w wąską uliczkę między kwadratowymi zabudowaniami z gliny adobe i po prawej stronie widzimy tyły niewielkiego, białego kościoła. Przed budynkiem rozciąga się spora prostokątna plaza, a wzdłuż tego prostokąta więcej kwadratowych domów z gliny. Wszystkie zamieszkane. W małych, drewnianych oknach - kolorowe firanki. Przed wieloma drzwiami zaparkowane są poobijane pickupy, nagrzewające się w upalnym słońcu. Na zewnątrz żywej duszy. Ot, jeden staruszek marynujący się w upale, przycupnięty przy ścianie narożnego domu, gdzie akurat pada cień. Eric macha mu uprzejmie ręką i staruszek kiwa głową, bez emocji. Jesteśmy na terenie rezerwatu, ale ponieważ kościół to dość sztampowa atrakcja turystyczna, mieszkańcy prawdopodobnie przyzwyczaili się do obcych.
firmowe rozkminki
Przeglądając mity pod kątem cyklu „indiańskie bajanie”, natykam się na historię stworzenia świata, opowiadaną przez plemię Kruków. Stwórcą jest Stary Człowiek Kojot, któremu towarzyszy młodszy brat, Cirapé. Poniżej rozmowa, która odbyła się między braćmi po stworzeniu człowieka i obdarowania go narzędziami do pracy.
„Młodszy bracie, i jak? Jesteś zadowolony?”.
„Nie, zdecydowanie nie. Ludzie, których stworzyłeś, mówią tym samym językiem, a nie można przecież walczyć z kimś, kto mówi twoim językiem! Powinna być wojna, powinna być nienawiść”.
„A po co niby wojna?”.
Mex w Tex
San Antonio
W niedzielę zrobiłam sobie chwilkę odpoczynku od notatek z Albuquerque (notatek trochę mentalnych, trochę zapisywanych idiolektycznymi skrótami na marginesie materiałów szkoleniowych, trochę wypunktowanych na hotelowych bloczkach, które namiętnie zbieram). W ciągu ubiegłego miesiąca zaliczyłam cztery amerykańskie miasta: Albuquerque, Houston, Austin (króciutko, Piotrze!) i San Antonio. Natomiast w przerwie między wojażami zdołałam najwyraźniej sprowokować gniew wszystkich mocy piekielnych, bo ilość awarii i nieszczęsnych splotów okoliczności przeszła wszelkie ludzkie pojęcie: siadł klimatyzator, spontanicznie ciekła woda w zlewie łazienkowym, na pięć dni padł samochód, fochy strzelał komputer, niebacznie upgrejdowany do Windows 10, i tak dalej. A to tylko złośliwość rzeczy martwych, bo tej od ludzi wcale nie brakowało.
historie prawdziwe
Nowy Meksyk
„On, zdaje się, już nie poluje tak często, jak kiedyś. Teraz głównie tropi. Jak się okaże, że zwierz jest mniejszy od tych, które ustrzelił wcześniej, to przestaje mu zależeć” - tak mi ktoś o Calebie powiedział.
W wielkim, pustym salonie, ze ścian patrzą na mnie jelenie, kozice i barany. Blisko dwadzieścia różnych zwierząt i gatunków. Ze zdziwieniem rozpoznaję dwa afrykańskie: brodatą owcę z długimi, półokrągłymi rogami, a także oryksa o niemal idealnie prostym porożu. Oba sztucznie rozpowszechnione na kontynencie amerykańskim. Za owcą chodził bardzo długo, zwierzak niebywale zwinny, płochliwy, wspina się na niemal pionową skałę. Ustrzelił ją w końcu, leżąc płasko na brzuchu i celując w dół urwiska. Mnóstwo czasu mu zajęło odnalezienie padłego zwierzęcia.
W wielkim, pustym salonie, ze ścian patrzą na mnie jelenie, kozice i barany. Blisko dwadzieścia różnych zwierząt i gatunków. Ze zdziwieniem rozpoznaję dwa afrykańskie: brodatą owcę z długimi, półokrągłymi rogami, a także oryksa o niemal idealnie prostym porożu. Oba sztucznie rozpowszechnione na kontynencie amerykańskim. Za owcą chodził bardzo długo, zwierzak niebywale zwinny, płochliwy, wspina się na niemal pionową skałę. Ustrzelił ją w końcu, leżąc płasko na brzuchu i celując w dół urwiska. Mnóstwo czasu mu zajęło odnalezienie padłego zwierzęcia.
Albuquerque
Nowy Meksyk
wojaże
„Ten odcinek drogi to dla kierowców prawdziwa zasadzka” - wyjaśnia Eric, wskazując palcem kolejny samochód zatrzymany na poboczu. W pierwszej chwili nie kojarzę, o co mu chodzi. Eric zabiera mnie do biura kilka razy w tygodniu i już nie pierwszy raz zauważam, że na wysokości Islety wyraźnie zwalnia. Z komfortowej stówki nagle zaczynamy ślamazarzyć się sześćdziesiątką, i to gdzie: na trójpasmówce, na terenie kompletnie niezabudowanym, wśród czerwonawych nowomeksykańskich wzgórz, przez dobre kilkanaście kilometrów. O dziwo, większość samochodów cierpliwie wlecze się z nami. Kurtuazyjnie powstrzymuję się od komentarzy, ale moja irytacja emanuje chyba ze mnie w sposób bardzo wymowny, bo za którymś razem Eric wreszcie decyduje się mnie oświecić. „Robili to od zawsze. Nie ma żadnego powodu, by jechać tu sześćdziesiątką, to aż nienaturalne. Ale dla nich to po prostu kolejny sposób zarobienia pieniędzy dla plemienia”.
mieszkanko blues
W tym domu nie ma światła. Wnętrza oświetlane jedną zaćmioną żarówką są jeszcze bardziej przygnębiające niż egipski mrok. Zastanawiam się, czy ja też będę tak mieszkać, kiedy będę starsza i stawanie na stołku z rękami nad głową będzie dla mnie wyczynem dnia, przyprawiającym o palpitacje serca bardziej niż gorący seks. Czy ja też będę do żyrandola na cztery żarówki wkładać jedną-dwie, najniższy wat, najniższy koszt. Migoczący telewizor też przecież rozpędza mrok.
Albuquerque
Nowy Meksyk
wojaże
Początkowo sądzę, że suchość zauważam tylko ja, że tylko ja budzę się w środku nocy z mózgiem wyschniętym na wiór. Ale gdy swoim zwyczajem zaczynam zadawać tubylcom pytania, odkrywam, że jest to pierwsza rzecz, na jaką się uskarżają, bez żadnych sugestii z mojej strony. Po kilku dniach upału, niebo nad Albuquerque zaciąga się chmurami i tak sobie trwa przez cały kolejny tydzień. Znajomy marszczy czoło, patrzy w górę i macha ręką. „To właśnie są burze w Albuquerque” - mówi ze zniecierpliwieniem. - „Chmurzy się cały dzień, spadną trzy krople i ot, cała nasza ulewa”. Wracamy właśnie do domu i na przedniej szybie pojawiają się sporadyczne maźnięcia. Trzy dosłownie, jakby na zamówienie niebo zesłało argument do jego tezy. Potem znów nic: śluzy zawarte, luźna śrubka na powrót przykręcona. Znajomy posiada piękny ogród, który codziennie rano i wieczorem podlewają automatyczne zraszacze. Bez nich zamiast ogrodu miałby krajobraz pustynny, porosły niskimi, okrągłymi krzewami i kaktusem.
Albuquerque
Nowy Meksyk
wojaże
Jest gorąco. Bardzo gorąco. Gorąco z tego paradoksalnego powodu, że w Nowym Meksyku wcale gorąco nie bywa. Wysokie temperatury, na jakie natrafiam podczas mojego pobytu w Albuquerque, są pewną anomalią. Trzydzieści stopni - można powiedzieć, co to dla mnie? W teksaskie lato normą jest ponad trzydzieści pięć, co w połączeniu z wysoką wilgotnością powietrza działa jak chloroform. Tylko że w Nowym Meksyku, w przeciwieństwie do Teksasu, niewielu mieszkańców inwestuje w centralny system chłodzący za kilkanaście tysięcy dolarów. Po co? Na te kilka dni w roku, gdy robi się naprawdę gorąco, wystarczy mały klimatyzator za dwie setki, który wstawia się w okno i cześć. Ba, u ciepłolubnych uciągnie nawet stary dobry wiatrak. Gdy tylko chowa się słońce, w Albuquerque robi się chłodno, choćby dzień był najgorętszy. Po co więc wydawać pieniądze?
Strasznie miło być na blogu ponownie. I ponownie pisać!!!
Tu moje notatki z pierwszych dni spędzonych w Nowym Meksyku.
Jest gorąco. Bardzo gorąco. Gorąco z tego paradoksalnego powodu, że w Nowym Meksyku wcale gorąco nie bywa. Wysokie temperatury, na jakie natrafiam podczas mojego pobytu w Albuquerque, są pewną anomalią. Trzydzieści stopni - można powiedzieć, co to dla mnie? W teksaskie lato normą jest ponad trzydzieści pięć, co w połączeniu z wysoką wilgotnością powietrza działa jak chloroform. Tylko że w Nowym Meksyku, w przeciwieństwie do Teksasu, niewielu mieszkańców inwestuje w centralny system chłodzący za kilkanaście tysięcy dolarów. Po co? Na te kilka dni w roku, gdy robi się naprawdę gorąco, wystarczy mały klimatyzator za dwie setki, który wstawia się w okno i cześć. Ba, u ciepłolubnych uciągnie nawet stary dobry wiatrak. Gdy tylko chowa się słońce, w Albuquerque robi się chłodno, choćby dzień był najgorętszy. Po co więc wydawać pieniądze?
Houston
Jest cisza. Niebo rozciera się cukierkowo, suchymi pastelami. Iglica kościoła prezbiteriańskiego wyraźnie się odcina od tego taniego, pudrowego koloru. Tyle w tym kraju kościołów. Po kilka w każdej dzielnicy. W Polsce są katolickie, w Brazylii zielonoświątkowe, w Stanach protestanckie. To okolica się zmienia, ja stoję ciągle w jednym miejscu. To tylko planety wirują wokół mnie, nieruchomej. Zachód słońca na chwilę jest, a zanim zdążę dojść na koniec parkingu, gdzie zaparkowana jest moja półciężarówka - już go nie ma.
Houston
Jest cisza. Dzieje się u mnie sporo dziwnych rzeczy. Taki to wolny kraj, że nie mogę ich tu dosadnie opisać. Taki to kraj ludzi odważnych, że na dopuszczenie krytyki odwagi już nie starcza.
Na marginesie.
Wychodzimy ze szklanego biurowca w skwar teksaskiego lata. Wydaje mi się, że powoli osiągamy poziomy upału pozwalające na smażenie jajek na betonie. Zapaleńcy wypróbowują również, czy białko zetnie się na trawniku, rozgrzanym od południowego słońca. Zaparkowaliśmy w rogu parkingu, w cieniu rozłożystego dębu, który stoi na sąsiedniej posesji i przytula się do metalowej siatki okalającej parking. Zaglądam ciekawie przez bluszcz i widzę nagrobki na estetycznie przystrzyżonym wzgórzu. Cmentarz?
„Czekaj” - mówi Mężczyzna, zatrzymując się wpół gestu przy drzwiach do pickupa. - „Czy to nie jest ten cmentarz, na którym pochowany jest Howard Hughes?”.
Na marginesie.
Wychodzimy ze szklanego biurowca w skwar teksaskiego lata. Wydaje mi się, że powoli osiągamy poziomy upału pozwalające na smażenie jajek na betonie. Zapaleńcy wypróbowują również, czy białko zetnie się na trawniku, rozgrzanym od południowego słońca. Zaparkowaliśmy w rogu parkingu, w cieniu rozłożystego dębu, który stoi na sąsiedniej posesji i przytula się do metalowej siatki okalającej parking. Zaglądam ciekawie przez bluszcz i widzę nagrobki na estetycznie przystrzyżonym wzgórzu. Cmentarz?
„Czekaj” - mówi Mężczyzna, zatrzymując się wpół gestu przy drzwiach do pickupa. - „Czy to nie jest ten cmentarz, na którym pochowany jest Howard Hughes?”.
indiańskie bajanie
Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia ukształtował świat na wschodzie. Potem powoli przemieszczał się na zachód, po drodze powołując do życia ludzi i rzeźbiąc teren tak, jak mu podpowiadała fantazja. Każdą grupę obdarzył innym językiem, bo taką miał akurat melodię. Wreszcie zaszedł na północny zachód, tam, gdzie wielka słona woda wrzyna się klinem w ląd i przeplata się z nim jak łyko z łykiem w rękach zręcznej koszykarki. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia tak się zacudował własnym dziełem, że postanowił zatrzymać się tam na dłużej. Zostało mu jednak sporo języków do rozdania. Zniecierpliwiony, opróżnił zanadrze na raz i rozsypał pozostałe języki po całej okolicy. Dlatego właśnie wokół słonego estuarium mieszka tyle plemion mówiących różnymi językami. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia wybrał sobie małą wysepkę, cieszył oko wielobarwnymi zachodami słońca i przyglądał się, jak w słonej wodzie baraszkują wielkie orki.
[bajka plemienia Snohomish]
Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia ukształtował świat na wschodzie. Potem powoli przemieszczał się na zachód, po drodze powołując do życia ludzi i rzeźbiąc teren tak, jak mu podpowiadała fantazja. Każdą grupę obdarzył innym językiem, bo taką miał akurat melodię. Wreszcie zaszedł na północny zachód, tam, gdzie wielka słona woda wrzyna się klinem w ląd i przeplata się z nim jak łyko z łykiem w rękach zręcznej koszykarki. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia tak się zacudował własnym dziełem, że postanowił zatrzymać się tam na dłużej. Zostało mu jednak sporo języków do rozdania. Zniecierpliwiony, opróżnił zanadrze na raz i rozsypał pozostałe języki po całej okolicy. Dlatego właśnie wokół słonego estuarium mieszka tyle plemion mówiących różnymi językami. Ten-Który-Stwarza-i-Zmienia wybrał sobie małą wysepkę, cieszył oko wielobarwnymi zachodami słońca i przyglądał się, jak w słonej wodzie baraszkują wielkie orki.
San Antonio
wojaże
San Antonio poznaje się tak: jadę trzy godziny międzystanówką I-10, sto dwadzieścia, sto trzydzieści kilometrów na godzinę; wpadam w taki ponadstówkowy trans, że gdy tylko jakiś samochód plącze się zbyt blisko, to czuję się nieswojo i dodaję gazu, i nagle po tych trzech godzinach ruch odczuwalnie zwalnia. W okolicach Houston przy dozwolonej prędkości sto kilometrów, jedzie się przeciętnie sto dziesięć, sto dwadzieścia. I mimo to non stop ktoś miga z tyłu światłami, że mam się przesunąć z pasu szybkiego ruchu, bo jemu się spieszy. Więc ta zmiana w San Antonio jest momentalnie wyczuwalna: natychmiast mimowolnie ładuję się komuś na zderzak, a potem otrząsam się, zwalniam do dziewięćdziesiątki i zatapiam się w miłym, sennym letargu razem z resztą ospałych kierowców. Autostrada kołysze mnie łagodnie w górę i w dół i w pewnym momencie, gdy wynurzam się na wierzchołek kolejnego wzgórza, w dolinie przede mną ukazuje się Miasto. Nie ma, nie ma i nagle jest.
Jeszcze dziesięć minut, i po prawej stronie widzę sylwetkę centrum, z charakterystyczną Wieżą Ameryk (Tower de las Americas), która króluje wśród biurowców i hoteli.
Jeszcze dziesięć minut, i po prawej stronie widzę sylwetkę centrum, z charakterystyczną Wieżą Ameryk (Tower de las Americas), która króluje wśród biurowców i hoteli.
firmowe rozkminki
„Lew Lechistanu” i obrońca wiary, Jan III Sobieski, doczekał się w Polsce własnej marki papierosów i wódki. (Swoją drogą ciekawe, dlaczego akurat on. Ja tam bym wolała Jagiełłę. Ale to ja).
Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
Jestem niepaląca, więc nie wiem, czy Sobieskie się jeszcze sprzedaje. Sprzedawały się w każdym razie dość prężnie, kiedy byłam w podstawówce. Tata, widząc, że wyrastam na niepoprawną idealistkę, zwyczajem ojców drżał o to, że jego mała dziewczynka strasznie się z czasem pokaleczy. Spali się z wielkim świstem i hukiem, szybciutko jak zbyt krótka petarda. Powtarzał mi więc: „Kochanie ludzi to piękna sprawa. Tylko wiesz, ludzie są paskudni, zobaczysz. Jak chcesz ich kochać, to kochaj. Ale kochaj sobie, dla siebie. Kochaj, bo ty chcesz, a nie ze względu na nich. Wiesz, tak jak w tej reklamie... Kochaj Sobie”.
mieszkanko blues
San Antonio
Kobiety na dziedzińcu obsiadły kamienne donice, śmieją się, rozmawiają i z wyraźną przyjemnością palą papierosy. Wokół nich biegają dzieci. Bawią się w berka, puszczają bańki mydlane. Są szczęśliwe, że żaden dorosły nie zwraca na nie uwagi, że nikt ich nie uspokaja. Hassan wychodzi na zewnątrz z okrągłą tacą zastawioną małymi szklaneczkami do herbaty. Pękate brzucho srebrzystego dzbanka połyskuje w białym świetle latarni. Przy stole na dziedzińcu, na uboczu, jakiś mężczyzna, wyciągnięty w twardym ogrodowym krześle, pali z namysłem sziszę. Bliżej, w kręgu święta, stoją roześmiani mężczyźni. Przyglądają się biegającym dzieciom i rozmawiają. Niektórzy ubrani w typowy mundur amerykańskiego biznesmena, czyli koszulę i spodnie khaki z ciemnym paskiem fatalnie podkreślającym tuszę wieku średniego. Inni są w jasnych tunikach i szarawarach tego samego koloru, z taquiyą (czapeczką modlitewną) na głowie. W środku restauracji, w sali bankietowej wynajmowanej na imprezy i specjalne okazje, wielki stół zastawiony słodyczami. Ściany są ze szkła, więc widać gości dobierających sobie kawałki baklawy, kwadratowe porcje ciasta ze zmielonych orzechów i moje ulubione kruche ruloniki z ciasta francuskiego.
Nowy Orlean
wojaże
Moi Brazyliczycy nie chcieli mnie zabrać do centrum Salwadoru. Bardziej ekscytowały ich nowiutkie centra handlowe na suburbiach. Mercado Modelo? Po co chcę oglądać były targ niewolników? Tam ciężkie jest nawet powietrze. Swoim zwyczajem odsuwali wypad jak najdalej w czasie, aż wreszcie udało mi się pójść dopiero w ostatni weekend przed wyjazdem. W wielkiej, historycznej hali urządzono teraz pchli targ; rmożna sobie kupić etniczną biżuterię, japonki ozdobione muszlami, barwne sarongi, afrykańskie rzeźby, figurki świętych candomblé. Po stromych uliczkach prowadzących w dół do portu chodzą baiany, kobiety w majestatycznej bieli, z turbanami na głowie; sprzedają gorące acarajé: wielkie bomby z czarnej fasoli smażone w oleju palmowym, nadziewane pastą z krewetek.
![]() |
| Sprzedaż niewolników w hotelu St. Louis. Z czasem rycina stała się kultowym obrazem "szczególnej instytucji" (peculiar institution), jakim było amerykańskie niewolnictwo. Źródło |
firmowe rozkminki
wojaże
Znam to. Jeśli chodzi o wyrzucanie rzeczy bezużytecznych, to bryluję. Wyrzucam regularnie i skrupulatnie. Wyrzucam papiery, pamiątki, pocztówki, prezenty nie do użytku, duperele robiące za przyciski do papieru, tandetną biżuterię kupioną lub otrzymaną, ubrania noszone raz kiedy. Mój styl życia - przyszpilenie w tymczasowości - to być może okoliczność łagodząca dla mojej bezwzględności. Wyrzucając (porzucając), czuję pewien wewnętrzny sprzeciw, zwłaszcza przy rzeczach quasi-pamiątkowych. Ale ignoruję go. Porzucając, decyduję się na sakramentalne „nie”. Nie, nie zagłębię się nigdy w majańskie logogramy. Nie, nie będę już nikogo uczyła angielskiego. Nie, o tym człowieku już nigdy nie pomyślę.
Użytkowość rzeczy martwych przesądza o ich zbywalności: kończy się użytek, kończą się one same.
Znam to. Jeśli chodzi o wyrzucanie rzeczy bezużytecznych, to bryluję. Wyrzucam regularnie i skrupulatnie. Wyrzucam papiery, pamiątki, pocztówki, prezenty nie do użytku, duperele robiące za przyciski do papieru, tandetną biżuterię kupioną lub otrzymaną, ubrania noszone raz kiedy. Mój styl życia - przyszpilenie w tymczasowości - to być może okoliczność łagodząca dla mojej bezwzględności. Wyrzucając (porzucając), czuję pewien wewnętrzny sprzeciw, zwłaszcza przy rzeczach quasi-pamiątkowych. Ale ignoruję go. Porzucając, decyduję się na sakramentalne „nie”. Nie, nie zagłębię się nigdy w majańskie logogramy. Nie, nie będę już nikogo uczyła angielskiego. Nie, o tym człowieku już nigdy nie pomyślę.
mieszkanko blues
Pierwszy czwarty lipca w Ameryce? Ponad dziesięć lat temu. Nie pamiętam dokładnie, kiedy. Rok 2001? Myślę, że po trzydziestce zacznę rysować sobie na ścianie markerem jakąś oś czasu, tak dla porządku, żeby nie strzelać datami w ciemno. Przyda się też Mężczyźnie, bo potem niczego nie pamięta i wmawia mi, że pomyliłam go z kimś innym, że to przecież nie z nim. W każdym razie pierwszy amerykański Dzień Niepodległości świętowałam w Nebrasce. Małe miasteczko nazwane na cześć Johna C. Fremonta, polityka i podróżnika, który jako jeden z pierwszych odkrywców opisał okolice obecnego Las Vegas. Razem ze znajomą przeszłyśmy kilka ulic, aż dotarłyśmy do miejsca, gdzie pod białym namiocikiem, wprost na chodniku, rozłożył majdan sprzedawca sztucznych ogni. Kupiłyśmy fajerwerków za ponad dwadzieścia dolarów. Dolar stał wtedy około cztery złote, więc suma wydała mi się astronomiczna: dwa bite miesiące sumiennie zarabianego kieszonkowego.
Denver
wojaże
W Kolorado od półtora roku marihuana jest całkowicie legalna, zarówno na użytek rekreacyjny, jak i leczniczy. Wybieramy się więc w Denver do odpowiedniej „zielarni”. Schludna fasada, nowoczesna grafika na ścianach w środku. Ja, oczywiście, jak to ja, z głową w chmurach, w ogóle bym się nie zorientowała, że to tu. Wielki szyld z zielonym aptecznym krzyżem. Wchodzimy. Dziewczyna za kontuarem pyta: „Rekreacyjnie czy medycznie?”. „Orientacyjnie” - wyrywa mi się, bo chcemy głównie zobaczyć, co i jak.
Denver
wojaże
Mam słabość do dobrze napisanych reportaży - inteligentny reportaż uwiedzie mnie z o wiele większym powodzeniem, niż miałka powieść z listy bestsellerów. Do moich ulubionych pozycji tego typu należy „Among the Believers” (Wśród wierzących) noblisty V.S. Naipaula, zbiór zapisków z podróży po trzech bardzo różnych krajach, które uchodzą za muzułmańskie: po szyickim Iranie, ortodoksyjnym Pakistanie i progresywnej Indonezji. Polecam całą książkę, choć rozdział dotyczący Pakistanu jest dla mnie chyba najbardziej frapujący. Być może dlatego, że interesują mnie eksperymenty, a Pakistan jest - do pewnego stopnia - tworem eksperymentalnym, młodziutkim, powstałym dopiero w 1930 roku. Na dodatek, jako idea kraju dla prześladowanych indyjskich muzułmanów, narodził się w głowie poety. (Fakt ważki i niebezpieczny, bo coś w tym jest, że taki mózg jak Platon zakazał jednak artystom wstępu do swojego modelowego państwa).
indiańskie bajanie
Pewnego dnia stało się nieszczęście: mężczyzna pokochał kobietę. Kobieta była piękna, a on niepozorny; słowa stawały mu w gardle jak ości z nieoprawionej ryby, a więc nawet słowami nie potrafił jej zaczarować. Ona natomiast ze śmiechem parowała jego niezgrabne zaloty. Może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, ile dla niego znaczyła: kobiety myślą o tylu rzeczach na raz, potrafią być takie roztrzepane. Chciałoby się czasem zamachać im ręką przed oczami: Posłuchaj, zobacz.
(opowiadanie z plemienia Czirokezów)
Nowy Orlean
wojaże
Śmierć w Nowym Orleanie to wyjątkowo kosztowna impreza. Tak kosztowna, że nasza pani przewodnik z całą powagą oświadcza nam, że od kilku lat stara się o miejsce w grobowcu, w którym spoczywają już szczątki kilkunastu obcych jej ludzi. Na nagrobku długa kolumna imion, a nazwisko jednej osoby jest takie same, jak jej. Być może to tylko przypadkowa zbieżność, bo Kari nie ma pojęcia, kim jest zmarła. Ale całkiem możliwe, że parafia opiekująca się cmentarzem uzna tożsame nazwisko za dowód pokrewieństwa i pozwoli Kari skorzystać z grobowca. To znacznie ograniczyłoby koszty pochówku. Niektóre osoby potrafią za rodzinny grobowiec zapłacić aż 200-250 tys. dolarów. Przy okazji zakupu, warto też szarpnąć się na opcję wiecznej opieki: parafia będzie dbać o grób przez teoretyczne wieki. Znacznie zwiększa to cenę grobowca, ale należy to traktować jako pewną inwestycję. Z zakupu może później korzystać cała rodzina, przez dobrych kilka pokoleń. Warto więc o tym pomyśleć.
Audio-blog
Kiedy z blokowiska na Grunwaldzie przeprowadziliśmy się za miasto, przez pierwsze miesiące trudno mi było zasnąć. Było tak cicho! Cisza wypełniała szczelnie wszystkie kąty jak miękki zamszowy izolator. Na jej tle odzywało się od czasu do czasu stłumione szczekanie okolicznych psów. Nad ranem piał kogut, bo jeszcze wtedy przy pętli autobusowej było takie quasi-gospodarstwo. W wietrzne dni w pokoju odzywały się przeciągłe tąpnięcia: to wiatr zasysał niedokończone listwy przypodłogowe.
firmowe rozkminki
Prawnik, który kilka lat temu zajął się naszą sprawą, załamał na tę informację ręce. „Żadnych zdjęć?” - powtarzał. - „Żadnych, naprawdę żadnych zdjęć?”. Wtedy mieliśmy chyba jedno wspólne, zrobione komórką przez znajomego. Musieliśmy go namierzyć z drugiego końca świata i prosić o wysłanie fotki w eter. Prawnik pokręcił nad nami głową, pocmokał z dezaprobatą i wreszcie zwrócił się do mnie z tą uprzejmą impertynencją, typową dla zawodów skazanych na pracę w warunkach wysoko nacechowanych emocjonalnie: „A może jest pani w ciąży? Bo to by mi bardzo ułatwiło zadanie”.
Teksaskie skarby
Aby oszczędzić na prochu i nie nadużywać zbytnio swojej rusznicy, Jim Bowie przywykł chwytać swoją zdobycz na lasso, a potem dobijać ją nożem, z bliska i intymnie. Oczywiście nie wiedział, że z czasem jego nazwisko stanie się znane na cały świat jako nazwa długiego noża z solidnym trzonkiem i wymodelowanym ostrzem. W swojej długości i poręczności nóż Bowie jest być może wcieleniem szkockiego sztyletu, bo właśnie z tamtych stron pochodziła rodzina Jima. Ale na dobrą sprawę jego początki i ewolucja są niepewne - tak jak niepewne są fakty z życia człowieka, od którego nóż bierze swoje imię. Bowie zostawił po sobie niewiele dokumentów i zginął stosunkowo wcześnie, na dodatek w okolicznościach, które niemal momentalnie stały się kanwą wielkiej teksaskiej legendy - jakby mało było opowiastek krążących na temat jego życia!
![]() |
| Komiks autorstwa Joe Simona i Jacka Kirby'ego: twórców m.in. Kapitana Ameryki. Źródło |
Nowy Orlean
wojaże
W świetle dnia Nowy Orlean nie jest już tak fotogeniczny, jak wieczorem; wychodzi na jaw popękany asfalt, szczerbaty chodnik, wypaczone drewno drzwi i okien, farba łuszcząca się na framugach, fasady nadgryzione zębem czasu. Za dnia szczególnie kłują w oczy samochody, parkujące równolegle na wąziutkich uliczkach Francuskiej Dzielnicy: zdecydowanie stwierdzam, że mogłaby zostać zamknięta dla ruchu, bo trudno zrobić ładne zdjęcie staremu budynkowi, gdy stoi przed nim nowoczesny automobil. Knajpka, której szukam, nazywa się, dość banalnie, Fleur-de-lis: kwiat lilii. Motyw wszechobecny w Nowym Orleanie, dostał się nawet na flagę miasta: trzy złote kwiaty lilii na szerokim białym tle, z wąskim niebieskim paskiem na dole i wąskim czerwonym paskiem na górze. Flaga powiewa z wielu budynków, zwykle w towarzystwie trzech innych: amerykańskiej, francuskiej i stanowej, luizjańskiej: na niebieskim tle biały pelikan, chrześcijański symbol Zbawiciela i pobożności.
Nowy Orlean
wojaże
Jak na osobę, która przynajmniej raz w miesiącu leci gdzieś albo jedzie, to wcale nie lubię podróżować. To taki mój mały sekret, który ukrywam przed światem zewnętrznym. Czasem zdarza mi się, że ktoś pyta mnie o radę, jak się spakować, co zabrać, czego oczekiwać. Padają słowa: „Bo dla ciebie to już pewnie taka rutyna”. Trochę oczywiście prawda, ale jednak wcale nieprawda. Ja lubię w konkretnym miejscu być i żyć, na dłużej. Miesiąc przynajmniej, a najlepiej to ponad. Dwa dni spędzone w centrum konferencyjnym i hotelu to w moich oczach bardzo oszukana podróż. Lubię wracać do nowo poznanych miejsc, za każdym razem tę znajomość pogłębiać. Tworzenie „listy życzeń” z miejscami i miastami do sukcesywnego odhaczania nie ma dla mnie większego sensu: nie ta osobowość. Być może nie pociągają mnie przygody na jedną noc. Jestem raczej typ mocno relacyjny: czujny słuchacz i cierpliwy obserwator.
Taka pluskwa, którą przykleja się pod biureczko na dłużej, żeby jej żaden ważny szczegół nie umknął.
historie prawdziwe
Większość swojego krótkiego życia, ojciec Grega pracował dla rafinerii Exxonu nad Zatoką Meksykańską; wspinał się po tych nadwodnych rusztowaniach, które nocą wyglądają jak lipna panorama Nowego Jorku i odbijają się tysiącem świateł w gęstej od zanieczyszczeń tafli zatoki. Wspinał się, wspinał, aż powinęła mu się noga i spadł z dużej wysokości. Do końca życia Greg dostaje teraz od Exxonu rentę za zmarłego ojca. Całkiem sporą rentę. W sumie to nie musi pracować, co bardzo dobrze się składa, bo w wieku nastoletnim zaczął eksperymentować z narkotykami i teraz oprócz comiesięcznej wypłaty ma także schizofrenię. Mieszka razem z matką, ojczymem i przyrodnią siostrą w małej dwupokojowej przybudówce. Ostatnio odwiedziła ich policja, bo Greg zupełnie stracił głowę i zaczął grozić nożem sobie i małej Hester. Jednak do czasu, gdy pojawili się funkcjonariusze, Greg zupełnie się uspokoił. Nóż schował w sobie tylko znane miejsce. Nic nie można było zrobić. Policjanci zatrzymali go na dobę, a potem wypuścili bez stawiania żadnych zarzutów - ku wielkiemu rozczarowaniu jego ojczyma, Jethro.
Teksaski Paszport
Kiedy kilka lat temu Mike dowiedział się, że obchody amerykańskiego Dnia Niepodległości będą sponsorowane przez koncern British Petroleum, nie posiadał się ze szczęścia. „Czy ty rozumiesz tę ironię?” - pytał mnie raz za razem. - „To tak, jakby Deutsche Bank sponsorował obchody zakończenia II wojny światowej”. I chichotał w kułak, jakby chodziło o animozje jak najbardziej aktualne, a nie sprzed trzystu lat. Coś mu tam chciałam powiedzieć, ale poczułam się ostatecznie rozbrojona. Jest coś w tym, że narody, które swoją niepodległość wywalczyły na drodze pospolitego ruszenia, są z tego powodu niesamowicie dumne. Francuzi do teraz chyba czują się z powodu swojej rewolucji narodem wybranym, mimo wielu niechlubnych kart tamtego okresu. Teksańczycy natomiast mogą być dumni podwójnie: jako Amerykanie mogą się, oczywiście, poszczycić Rewolucją Amerykańską, ale mają także swoją własną: Rewolucję Teksaską.
firmowe rozkminki
Seriale oglądam tylko w Stanach, w Europie w ogóle. Przestaję z dnia na dzień, a później z dnia na dzień zaczynam od nowa. Być może to ta cisza ścieląca się gęsto po kątach mieszkania. Na jej tle irytuje mnie głośny klimatyzator i akustyka nędznego amerykańskiego budownictwa. Ściany z dykty wibrują jak niskie akordy modulowane na strunach gitary. Buczą drzwiczki do łazienkowych szafek. Rezonuje przestrzeń małej garderoby. Drzwi do niej muszą być otwarte pod określonym kątem, w przeciwnym razie dźwięk potężnieje i kołuje tak, że nie sposób spać.
A muzyka nie wszystkie te problemy rozwiązuje. Ciszę zakłóci skutecznie tylko dobra fabuła: otumani wyostrzone nocą zmysły i zmartwienia.
A muzyka nie wszystkie te problemy rozwiązuje. Ciszę zakłóci skutecznie tylko dobra fabuła: otumani wyostrzone nocą zmysły i zmartwienia.
mieszkanko blues
Parkujemy przed oszklonymi drzwiami gabinetu podiatrycznego; na drzwiach długa lista specjalistów, nazwiska sugerują rejon Indii: może Nepal, może Pakistan? W rejonie NASA sporo jest takich klimatów. Gdy pojedzie się trochę dalej, to na autostradzie nr 3 trafi się na trzy wielkie indyjskie spożywczaki, niemal jeden za drugim. Można kupić ryż w ogromnych dziesięciokilogramowych pakach, mięso halal, korzenie hurtem, kadzidło w setkach duszących zapachów, wodę różaną i pomarańczową, hennę, amlę, suplementy ajurwedyjskie, Brooke Bonda, ziołowe oleje do włosów... dopiero zielonkawe banknoty przypominają współrzędne geograficzne. Gabinet, przed którym parkujemy, jest ciemny, w głębi pełni nocną straż posępna jarzeniówka. Wchodzimy pod arkady w stronę restauracji. „Pachnie Polską” - szepce Mężczyzna. I faktycznie, od kuchni pachnie ciepłym oleistym biryani, tak jak w naszej ulubionej indyjskiej knajpie w Warszawie na Jana Pawła. I te arkady niemal takie same. Chodziliśmy tam wiernie, aż knajpę zamknięto z powodu awarii wodociągu i już nigdy jej nie otwarto. Dawno już, a i tak czuję przykrość. Na tym odcinku zawsze trudno było utrzymać biznes. Poza sexshopami i striptizerniami mało co urzęduje tam konsekwentnie. Chyba tylko Kebab King.
indiańskie bajanie
Pewnego dnia, kobieta z plemienia Tolowa wyszła z dzieckiem szukać pożywienia. Słońce wspięło się już wysoko i w południowym upale dziecko wydawało jej się coraz cięższe; postawiła więc nosidełko na ziemi i wbiła jego drzewce w ziemię, żeby trochę sobie ulżyć. Pomyślała: „Przeszukam okolicę, nie odejdę daleko”. Ale wtem zauważyła, jak na niskim krzewie przysiada piękny motyl. Na mgnienie oka rozwarł skrzydła i błysnął kolorami. Zamierzyła się, by go chwycić, ale chybiła: motyl umknął. Dostrzegła go między drzewami. Trzepotał się jak rozdygotane serce. Nie myśląc, rzuciła się za nim w pogoń. Po drodze zrzuciła swoją pelerynę; sztywna skóra krępowała jej ruchy. Już-już miała go w rękach, ale on za każdym razem odfruwał coraz dalej. Pomyślała: „Dosięgłabym go, gdyby nie ta ciężka spódniczka”. Zdjęła ją więc i goniła za motylem, dopóki cienie nie zaczęły się wydłużać, a światło słońca nie zamieniło się w miód. Kobietę ogarnęła ogromna senność. Położyla się pod drzewem i natychmiast zasnęła. O dziecku zupełnie zapomniała.
Z okazji setnego posta mam coś, co dawno już chodziło mi po głowie: początek serii „Indiańskie bajanie”, z mitami i legendami rdzennych Amerykanów.
Dzisiejsze opowiadanie pochodzi z plemienia Maidu, zamieszkującego pierwotnie rejony północnej Kalifornii.
Pewnego dnia, kobieta z plemienia Tolowa wyszła z dzieckiem szukać pożywienia. Słońce wspięło się już wysoko i w południowym upale dziecko wydawało jej się coraz cięższe; postawiła więc nosidełko na ziemi i wbiła jego drzewce w ziemię, żeby trochę sobie ulżyć. Pomyślała: „Przeszukam okolicę, nie odejdę daleko”. Ale wtem zauważyła, jak na niskim krzewie przysiada piękny motyl. Na mgnienie oka rozwarł skrzydła i błysnął kolorami. Zamierzyła się, by go chwycić, ale chybiła: motyl umknął. Dostrzegła go między drzewami. Trzepotał się jak rozdygotane serce. Nie myśląc, rzuciła się za nim w pogoń. Po drodze zrzuciła swoją pelerynę; sztywna skóra krępowała jej ruchy. Już-już miała go w rękach, ale on za każdym razem odfruwał coraz dalej. Pomyślała: „Dosięgłabym go, gdyby nie ta ciężka spódniczka”. Zdjęła ją więc i goniła za motylem, dopóki cienie nie zaczęły się wydłużać, a światło słońca nie zamieniło się w miód. Kobietę ogarnęła ogromna senność. Położyla się pod drzewem i natychmiast zasnęła. O dziecku zupełnie zapomniała.
firmowe rozkminki
Przedwczoraj portal informacyjny Globo wita mnie wieścią, że w odległym zakątku brazylijskiego stanu Minas Gerais odnaleziono ciało lokalnego dziennikarza. Evany José Metzker miał skrępowane ręce, a jego głowę znaleziono jakieś sto metrów od ciała. Nie zabrano portfela, dowodu osobistego ani kosztowności. Kilka źródeł podaje, że ciało wykazywało ślady tortur. Kilka innych, że poza dekapitacją nie było żadnych ran.
Wchodzę na bloga Metzkera i po raz kolejny uderza mnie, jak daleko, mimo całego entuzjastycznego gadania o globalnej wiosce, leży Zachód od krajów rozwijających się. Strona krzykliwa i naćkana, w pierwszej chwili trudno mi się w niej połapać, bo jestem w trybie zachodnim i oczekuję porządku i przejrzystości pojmowanego na sposób zachodni.
Wchodzę na bloga Metzkera i po raz kolejny uderza mnie, jak daleko, mimo całego entuzjastycznego gadania o globalnej wiosce, leży Zachód od krajów rozwijających się. Strona krzykliwa i naćkana, w pierwszej chwili trudno mi się w niej połapać, bo jestem w trybie zachodnim i oczekuję porządku i przejrzystości pojmowanego na sposób zachodni.
Teksaskie skarby
Prawo zwlekało z przyjściem na najdalej wysunięte fronteras Nowej Hiszpanii; zanim w 1729 r. generał Pedro de Rivera y Vilallón dokonał gruntownej inspekcji nowohiszpańskich presidios (twierdz granicznych) i zaczął egzekwować zakaz niewolenia Indian, zdążono podjąć wiele arbitralnych, uwarunkowanych potrzebami chwili decyzji, a i później nie zawsze się tej oficjalnej wersji prawa trzymano. Weźmy na przykład takie Presidio de San Vicente, położone na południowym brzegu Rio Grande, około trzydzieści kilometrów od Emory Peak w górach Los Chisos. Presidio założono pierwotnie jako przyczółek walk z wędrownymi plemionami Komanczów i Apaczów; jak w każdej twierdzy tego typu, stacjonował tam oddział żołnierzy, garstka przyjaznych, nawróconych na chrześcijaństwo Indian i oczywiście kilku księży, a w samym środku tej niedużej, kwadratowej najczęściej osady stał imponujący kościół.
![]() |
| Kaplica Presidio La Bahia w obecnym Goliad, w Teksasie. Zdjęcie z 1936 r. Źródło |
Teksaski Paszport
Dziś post króciutki, ale treściwy (gdyby tak można było zawsze w polityce!). Z okazji zawirowań okołowyborczych, w polskich mediach zrobiło się bardzo zjadliwie, bardzo zgryźliwie i bardzo konfrontacyjnie, a więc atmosfera idealna, by pomówić o amerykańskich naklejek na zderzaki. Według Amerykanów, tylny zderzak to świetne miejsce do podzielenia się ze światem swoimi przekonaniami - politycznymi, religijnymi i społecznymi, najlepiej w sposób jak najbardziej ironiczny i zaczepny. Swoją drogą, ciekawe, czym chcieliby się podzielić ze światem Polacy, gdyby zwyczaj zaklajstrowywanego zderzaka przyjął się w Polsce? Czy w ogóle takie niczym nie skrępowane wyrażanie własnych opinii miałoby szansę u nas przetrwać? (Downloading... Please wait...).
Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)
Panie i Panowie, teksaski krajobraz poglądowy przez pryzmat najciekawszych naklejek na zderzaki. Niektóre pamiętałam z realu, inne zasłyszałam od znajomych, jeszcze inne znalazłam w internecie. Miłego przymrużania oka :)
Teksaski Paszport
O moim pickupie pisałam na blogu jakoś na samym jego początku, bo chyba musiałam się wygadać; od tamtego czasu niewiele się zmieniło, nadal siedzi się wysoko i parkuje wszawo, ale poza tym bardzo tego potwora lubię. Jest zaskakująco zwrotny i wbrew pozorom całkiem oszczędny; części (dla Dodge’a) są tanie, a konstrukcja mało skomplikowana, więc przyjazna wszelkim naprawom. Tyle z wynurzeń osobistych. Już przy pisaniu tamtej notki wiedziałam jednak, że do tematu powrócę, bo trudno o coś bardziej amerykańskiego, a zarazem bardziej teksaskiego niż pickup! Spokojnie można założyć, że jeśli na ulicach widać więcej pickupów niż osobówek, a przed budynkami powiewa więcej flag z dumną samotną gwiazdą niż z pozostałymi pięćdziesięcioma, to niechybny znak, że właśnie wwiało was do Teksasu. ¡Bienvenidos y’all!
| Takie znalezisko, na parkingu w Houston. Właściciel autentycznie jeździ nim codziennie do pracy, więc to nie żaden muzealny eksponat, żeby nie było |
firmowe rozkminki
meta-media
Rzecz zadziała się w małej wiosce, której nazwę zna tylko powieściopisarz: być może David Davidar, być może Arundhati Roy. Nie mam niestety ze sobą mojego księgozbioru, żeby rzecz zweryfikować. Wioski nie widać jej na mapie, wpadła gdzieś w jakieś zagniecenie obszernego Półwyspu Indyjskiego, a poza tym i tak była tak maleńka i trudno dostępna, że zawieruchy zewnętrznego świata przewalały się obok niej, ledwo na nią wpływając. Życie w wiosce od dziesięcioleci toczyło się swoim własnym, niespiesznym rytmem; mieszkańcy utrzymywali się z płodów ziemi i lasu, przestrzegali starożytnych tradycji i szanowali strefy tabu. Aż nadeszły późne lata 90. Jeden z synów tego zapomnianego przez wszystkich kawałka ziemi, powrócił do domu z wielkiego miasta i aby zrobić przyjemność matce-staruszce, zainstalował jej w domu telewizor i podłączył kablówkę. I tak oto nagle, bez uprzedzenia, do maleńkiej wioski wdarł się świat. Spikerzy z kamienną twarzą opisujący niezrozumiałe wydarzenia w niezrozumiale skonstruowanych miastach, nieodgadnione mapy z nieodgadnioną legendą; produkty, bez których nie sposób osiągnąć szczęścia, rozebrane kobiety tańczące bez wstydu do agresywnej muzyki, historie pełne obcych namiętności, ludzie bełkoczący obcymi językami; niewytłumaczalne sploty ciał; jasnoczerwona farba tryskająca ze zmaltretowanych manekinów.
Cały świat, bez retuszu, zaćmienia, prezerwatywy ani litości.
Teksaskie skarby
Drodzy Czytelnicy! Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka „Texas Tales of Lost Mines and Buried Treasures” (Teksaskie opowieści o zagubionych kopalniach i pogrzebanych skarbach). Napisana przez zawodowego poszukiwacza skarbów, Carlosa Savoya, ma raczej mało wspólnego z literackością. Widać jednak po niej, że autor dość gruntownie zbadał krążące po Teksasie opowieści i legendy. Podaje wiele drobiazgowych szczegółów i łączy ze sobą różne wersje w jedną spójną całość. Według niego, to właśnie w Teksasie znajduje się najwięcej autentycznych, a nieodkrytych jeszcze bogactw. Tylko szukać i brać!
Mimo dość przewidywalnego stylu, książkę połknęłam i z ogromną (!!!) przyjemnością stwierdziłam, że niektóre opowieści Savoya są łudząco podobne do fabuł Karola Maya, którym zaczytywałam się jako dziecko. Niebezpieczne kaniony, ciągnące się kilometrami pustkowia (w tym znane z „Old Surehanda” Llano Estacado), Komancze żywcem skalpujący swoich wrogów, zaginione wśród skał złoto Apaczów Mescalero, doświadczeni traperzy i gotowi na wszystko bandyci. Jest nawet więcej: azteckie złoto, bogactwa Meksyku, karaibscy piraci i różni bohaterzy ludowi. Niektóre historie aż proszą się o ponowne opowiedzenie, tym razem z innej perspektywy; nie tak zafiksowanej na skarbach per se, ale na ludzkich snach - wcale nie wyłącznie amerykańskich; przeciwnie: bardzo przystępnych i bliskich. I cóż - nie oparłam się temu wołaniu. Uległam!
Zapraszam zatem na jedną z teksaskich historii o skarbach, a kto chce, niech przyjeżdża do mnie z kilofem, a nuż szczęście się do niego uśmiechnie. Jak to mówi mój znajomy-tejano... „od stu drzwi odeślą cię z kwitkiem, otworzą ci sto pierwsze”.
Mimo dość przewidywalnego stylu, książkę połknęłam i z ogromną (!!!) przyjemnością stwierdziłam, że niektóre opowieści Savoya są łudząco podobne do fabuł Karola Maya, którym zaczytywałam się jako dziecko. Niebezpieczne kaniony, ciągnące się kilometrami pustkowia (w tym znane z „Old Surehanda” Llano Estacado), Komancze żywcem skalpujący swoich wrogów, zaginione wśród skał złoto Apaczów Mescalero, doświadczeni traperzy i gotowi na wszystko bandyci. Jest nawet więcej: azteckie złoto, bogactwa Meksyku, karaibscy piraci i różni bohaterzy ludowi. Niektóre historie aż proszą się o ponowne opowiedzenie, tym razem z innej perspektywy; nie tak zafiksowanej na skarbach per se, ale na ludzkich snach - wcale nie wyłącznie amerykańskich; przeciwnie: bardzo przystępnych i bliskich. I cóż - nie oparłam się temu wołaniu. Uległam!
Zapraszam zatem na jedną z teksaskich historii o skarbach, a kto chce, niech przyjeżdża do mnie z kilofem, a nuż szczęście się do niego uśmiechnie. Jak to mówi mój znajomy-tejano... „od stu drzwi odeślą cię z kwitkiem, otworzą ci sto pierwsze”.
Mex w Tex
Teksaski Paszport
Niestety, okazało się, że Meksykanie wykorzystują swoje zwycięstwa równie dobrze jak Polacy: bitwa pod Pueblą nie zapobiegła okupacji francuskiej, która trwała w Meksyku dwa lata. Z Francuzami ostatecznie rozprawił się Benito Juárez. Cinco de Mayo natomiast, jako święto, zostało odkryte na gruncie amerykańskim przez ruch Chicano, aktywny w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Zjawisko jest oczywiście o tyle zabawne, że jest to chyba jedyne święto obchodzone w Stanach, które nie ma nic wspólnego z amerykańską historią. Mimo tego drobnego szczegółu, obchodzone jest dosyć hucznie, zwłaszcza w rejonach, które historycznie mają z Meksykiem wiele wspólnego, czyli między innymi właśnie w Teksasie.
Wszystkiego najlepszego z okazji Cinco de Mayo, czyli meksykańskiej majówki! Jest to święto o tyle ciekawe, że o wiele chętniej obchodzone za granicą niż w rodzimym Meksyku. Cinco de Mayo upamiętnia bitwę pod Pueblą z 1862 r., kiedy to mizerne siły meksykańskie przeciwstawiły się doborowemu wojsku francuskiego najeźdźcy - i wygrały! Dwa tysiące Meksykanów pokonało sześciotysięczną armię, która na dodatek od pięćdziesięciu lat nie znalazła sobie równej na kontynencie europejskim. Jest moc, jak to mówi dzisiejsza młodzież!
Niestety, okazało się, że Meksykanie wykorzystują swoje zwycięstwa równie dobrze jak Polacy: bitwa pod Pueblą nie zapobiegła okupacji francuskiej, która trwała w Meksyku dwa lata. Z Francuzami ostatecznie rozprawił się Benito Juárez. Cinco de Mayo natomiast, jako święto, zostało odkryte na gruncie amerykańskim przez ruch Chicano, aktywny w Stanach Zjednoczonych w latach 60. Zjawisko jest oczywiście o tyle zabawne, że jest to chyba jedyne święto obchodzone w Stanach, które nie ma nic wspólnego z amerykańską historią. Mimo tego drobnego szczegółu, obchodzone jest dosyć hucznie, zwłaszcza w rejonach, które historycznie mają z Meksykiem wiele wspólnego, czyli między innymi właśnie w Teksasie.
mieszkanko blues
W sobotę rano na moje osiedle zajeżdża jakiś kamikadze i zaczyna puszczać tejano: typowo teksaski, rześki miks poleczki i akordeonu z hiszpańskimi słowami. Muzyka jest głośna, tak głośna, że trochę boję się o jego życie. Jakby nie było, spluwę może mieć tu teoretycznie każdy, a głośna muzyka w weekendowy poranek to nie bagatelka, zwłaszcza jeśli normalnie wstaje się do pracy przed szóstą. Z drugiej strony, na osiedlu, które z szerokimi ramionami przyjmuje osoby z fatalną zdolnością kredytową, większość mieszkańców jest być może dostatecznie udupiona i woli się losowi nie narażać. W pozwy, sądy, kryminały to mogą sobie pykać ludzie plus minus ustawieni. Kto ma, ten chce jeszcze więcej; kto nie ma, ten woli chronić tę żałość, co myśli, że ma.
Sobota nie jest dla mnie wolnym dniem. Ale w weekendy dzieje się na moim osiedlu sporo dobrej karmy, zwłaszcza teraz, w te ulotne, magiczne dwa-trzy miesiące między deszczową zimą a czterdziestostopniowymi upałami. Ptaki ćwierkają, trawa jest zielona i jeszcze nie spalona słońcem na rdzawy, wymęczony kolor, dzieci hasają na dworze. Czasem trafi się jakaś impreza, ale raczej z gatunku tych rozgadanych, ze śmiechami, krzykami, żartami i rozmowami o życiu i śmierci. Poza tym, jak mawiała moja znajoma, sobota międzynarodowym dniem sprzątania. Z tego powodu ani w sobotę, ani tym bardziej w niedzielę nie warto się nawet zapuszczać do osiedlowej pralni. Wszystkie sześć maytagów buczy zadziornie, a suszarki łomoczą. Raz załapałam się na pralkę, ale nie na suszarkę, więc oczywiście całe mieszkanie - klamki, krawędzie drzwi i szaf, wolne wieszaki, wystające gzymsy - słowem, wszystko zostało starannie obwieszone mokrą bielizną, T-shirtami i wielkimi płachtami pościeli, bo metalowej suszarki nie posiadam już od dawna. Od czasu tego incydentu pranie robię w dni tygodnia, gdy cała reszta świata jest w pracy. Freelancing ma swoje niezaprzeczalnie dobre strony.
Sobota nie jest dla mnie wolnym dniem. Ale w weekendy dzieje się na moim osiedlu sporo dobrej karmy, zwłaszcza teraz, w te ulotne, magiczne dwa-trzy miesiące między deszczową zimą a czterdziestostopniowymi upałami. Ptaki ćwierkają, trawa jest zielona i jeszcze nie spalona słońcem na rdzawy, wymęczony kolor, dzieci hasają na dworze. Czasem trafi się jakaś impreza, ale raczej z gatunku tych rozgadanych, ze śmiechami, krzykami, żartami i rozmowami o życiu i śmierci. Poza tym, jak mawiała moja znajoma, sobota międzynarodowym dniem sprzątania. Z tego powodu ani w sobotę, ani tym bardziej w niedzielę nie warto się nawet zapuszczać do osiedlowej pralni. Wszystkie sześć maytagów buczy zadziornie, a suszarki łomoczą. Raz załapałam się na pralkę, ale nie na suszarkę, więc oczywiście całe mieszkanie - klamki, krawędzie drzwi i szaf, wolne wieszaki, wystające gzymsy - słowem, wszystko zostało starannie obwieszone mokrą bielizną, T-shirtami i wielkimi płachtami pościeli, bo metalowej suszarki nie posiadam już od dawna. Od czasu tego incydentu pranie robię w dni tygodnia, gdy cała reszta świata jest w pracy. Freelancing ma swoje niezaprzeczalnie dobre strony.
rasa szkaradna
„Nie, synu, to nie rozmowa o tym, skąd się biorą dzieci. Chodzi nam tylko o to, żebyś wrócił do domu żywy. Jesteś jeszcze dzieckiem, ale wielu ludzi może cię wziąć za dorosłego. Za dorosłego, który może być niebezpieczny i na pewno jest winny, nawet jeśli w rzeczywistości nie zrobił nic złego. Tak więc jeśli policjant cię zatrzyma, z jakiegokolwiek powodu, zrób to, co mówi. Jeśli nie rozumiesz dobrze, o co mu chodzi, nie podchodź bliżej, żeby się upewnić. Nie wyciągaj komórki, żeby do nas zadzwonić. Nawet jeśli będzie na ciebie krzyczał, jeśli wyciągnie pistolet, jeśli to cię przestraszy: pamiętaj, nie uciekaj. Po prostu podnieś ręce do góry... Chcemy, żebyś wrócił do domu żywy”
- „The Talk”, mem Derricka Janxa umieszczony na Twitterze
po śmierci kolejnego czarnego aresztowanego w Baltimore
po śmierci kolejnego czarnego aresztowanego w Baltimore
Mex w Tex
Teksaski Paszport
Określenie Tejano, Tejana pojawiło się na blogu kilkakrotnie jako pewien skrót myślowy z mojej strony, ale nigdy go do końca nie wyjaśniłam. Wypadałoby jednak napisać trochę więcej, bo chodzi o ważną kartę historii Teksasu - tak ważną, że bez niej trudno dalej ciągnąć uiszczanie Teksaskiego Paszportu. Później ma być A jak Alamo, ma być M jak Meksyk, ma być R jak republika i jak ranczo, z którym kojarzy się przecież Teksas - ale zanim przy ognisku usiadł cowboy z menażką kawy w dłoniach, był meksykański vaquero i jego historia, i jego kultura, która w tym zakątku świata - w Teksasie - splotła się nierozerwalnie z historią Stanów Zjednoczonych. Zatem najpierw T jak Tejanos - kilka najważniejszych maźnięć w tle, zanim z czasem przejdziemy - mam nadzieję - do zawiłych konkretów. Lubię układać takie mozaiki.
| David Moreno, Mona Maya, 2000. W: Arte Tejano |
emigracja
firmowe rozkminki
...od dłuższego czasu kładę się spać późno. Sny są intensywne i złowrogie: wielki biały ekran, rzędy przypisów tasowanych w nieskończoność, według tajemnego klucza. Co chwila budzi mnie irytacja, że mój sen nie spełnia wymagań wypoczynku głębokiego i ośmiogodzinnego. Potem, na dwie godziny przed pobudką, zasypiam naprawdę. Wówczas śni mi się coś realnego, z wciągającą fabułą. Nie chce mi się wstawać.
Niedawno, dokładnie w punkcie G mojego snu, przez dwie godziny śni mi się, że jem ziemniaki. Ziemniaki są w szorstkich mundurkach: sen jest bardzo wierny sensorycznie. Buchają ciepłem i parą. Trzymam je na odległość widelca i obieram nożykiem. Opuszki mam przyjemnie poparzone. Obok mnie leży kostka twardego masła (polska kostka, nie amerykański sztyk) i otwarta solniczka. Nie taka z dziurkami, tylko w formie małego cebrzyka, wypełniona kryształkami. Zanurzam w niej palec, wilgotny od pary, i próbuję posypać obrany ziemniak. Sól zostaje mi między palcami, czule drapiąc. Kawałek masła, który dałam na czubek, rozpływa się momentalnie i zjeżdża mi w dół na dłoń.
Nie chce mi się wstawać.
Niedawno, dokładnie w punkcie G mojego snu, przez dwie godziny śni mi się, że jem ziemniaki. Ziemniaki są w szorstkich mundurkach: sen jest bardzo wierny sensorycznie. Buchają ciepłem i parą. Trzymam je na odległość widelca i obieram nożykiem. Opuszki mam przyjemnie poparzone. Obok mnie leży kostka twardego masła (polska kostka, nie amerykański sztyk) i otwarta solniczka. Nie taka z dziurkami, tylko w formie małego cebrzyka, wypełniona kryształkami. Zanurzam w niej palec, wilgotny od pary, i próbuję posypać obrany ziemniak. Sól zostaje mi między palcami, czule drapiąc. Kawałek masła, który dałam na czubek, rozpływa się momentalnie i zjeżdża mi w dół na dłoń.
Nie chce mi się wstawać.
rasa szkaradna
Cykl rozważań o bieli zainspirowany został The Whiteness Project. Reżyser projektu, Whitney Dow, w jednym z wywiadów oświadczył: „Rasa to cecha definiująca...”. Nie, przepraszam, użył rodzajnika określonego: „Rasa to jedyna, podstawowa cecha definiująca”.
Odcinek pierwszy: Czy czuje pani przynależność do rasy białej? Jak odczuwa pani swoją biel?
Wzrastałam w Europie Środkowo-Wschodniej, na początku lat 90. W kraju, w którym przedstawiciele ras innych niż kaukaska nadal stanowią znikomy procent mieszkańców, trudno mówić o świadomości rasowej w sensie przynależności czy znacznika. Świadomość rasowa kształtuje się raczej negatywnie: dość szybko wiedziałam, że nie jestem ani czarnoskóra, ani czerwonoskóra, ani nawet ciemnoskóra. Chodziłam do podstawówki w epoce supermodelek: koleżanki zachwycały się Naomi Campbell. Ja się nie zachwycałam, bo Mama nigdy nie kupowała telewizyjnych gazetek; natomiast razem z siostrą uwielbiałyśmy bawić się w Indian. Z blokowiskowego podwórka przynosiłyśmy gołębie pióra i wtykałyśmy sobie w opaski; w lesie skakałyśmy po bezdrożach, czatowałyśmy na wrogie plemiona, uprawiałyśmy zapasy i wydawałyśmy dzikie okrzyki. Ach, ci Indianie to mieli życie! Później przyszła fascynacja Romami. Chciałam jak Esmeralda tańczyć z bębenkiem na ulicach Paryża. Rzeczywistość była jednak nieubłagana: w lustrze normalność i absencja koloru (choć jeszcze nie biel. Biel była dużo później. Kto wie, być może nigdy jej do końca nie przyjęłam).
Odcinek pierwszy: Czy czuje pani przynależność do rasy białej? Jak odczuwa pani swoją biel?
Wzrastałam w Europie Środkowo-Wschodniej, na początku lat 90. W kraju, w którym przedstawiciele ras innych niż kaukaska nadal stanowią znikomy procent mieszkańców, trudno mówić o świadomości rasowej w sensie przynależności czy znacznika. Świadomość rasowa kształtuje się raczej negatywnie: dość szybko wiedziałam, że nie jestem ani czarnoskóra, ani czerwonoskóra, ani nawet ciemnoskóra. Chodziłam do podstawówki w epoce supermodelek: koleżanki zachwycały się Naomi Campbell. Ja się nie zachwycałam, bo Mama nigdy nie kupowała telewizyjnych gazetek; natomiast razem z siostrą uwielbiałyśmy bawić się w Indian. Z blokowiskowego podwórka przynosiłyśmy gołębie pióra i wtykałyśmy sobie w opaski; w lesie skakałyśmy po bezdrożach, czatowałyśmy na wrogie plemiona, uprawiałyśmy zapasy i wydawałyśmy dzikie okrzyki. Ach, ci Indianie to mieli życie! Później przyszła fascynacja Romami. Chciałam jak Esmeralda tańczyć z bębenkiem na ulicach Paryża. Rzeczywistość była jednak nieubłagana: w lustrze normalność i absencja koloru (choć jeszcze nie biel. Biel była dużo później. Kto wie, być może nigdy jej do końca nie przyjęłam).
historie prawdziwe
Już czwarty dzień w tym tygodniu Pete’a wylało z roboty. „Wylało” w sensie przez deszcz - w czasie ulewy i grzmotów nie sposób pracować na budowie. Kilkunastu robotników meldowało się co dzień na rozgrzebanej działce, bladym świtem, spoglądało w niebo i przestępywało z nogi na nogę. Będzie czy nie? Ci wierzący ściskali medaliki, a ci, którzy zwykle lubili myśleć, że są ponad takie zabobony, na trzeci dzień skłonni byli już do wszelkich paktów z bogami, duchami i diabłami. (Przy znaku „Baytown City Limits”, tradycyjnie, na rozdrożach, pod wielkim wiaduktem, przykucnął spalony teksaskim słońcem Belzebub, ogon zwinął w węzełek i schował pod wyświechtanymi portkami. Kopyto wetknął w kowbojkę, zasłonił się transparentem, „Materace za $99” albo coś. Tylko czekać, aż zjawią się klienci, desperaci z czarnymi duszami w stwardniałych dłoniach).
historie prawdziwe
zabijanie
„To było w Cloverleaf, takiej dziurze niedaleko nas. Uwierz mi, kiedy ja jeździłem tam z listami, to naprawdę było dziwne miejsce, pełne pomyleńców, śmieciarzy, zainfekowanych dziwek z wrzodami na ramionach i typków spod najciemniejszej gwiazdy. Podobno to dlatego, że kiedyś w tej okolicy bracia żenili się z siostrami. Ja tam nie wierzę w te gadki, ale to by sporo wyjaśniało. Pamiętam jedną kobietę, która po prostu mieszkała w chaszczach na czyimś zarośniętym poletku. W okolicznych sklepach nakradła wózków do zakupów i zrobiła sobie z nich chatynkę. Metalową kratkę poprzetykała gałęziami, kółeczka wkopała w ziemię. W sumie całkiem pomysłowe to było, a ile pracy! W roli dachu rozciągnęła płachtę brezentu. Mówię ci, takich rzeczy się nie zmyśla. Na skraju poletka stała, jakby nie było, całkiem przyzwoita skrzynka na listy. Co miesiąc przychodził do starej czek z emeryturą - i to wszystko. Na poczcie mówili mi: „Nie doręczaj, bo ona nie ma tam meldunku”. Ale co miałem zrobić? Ta emerytura to wszystko, co miała. Gdy tylko wkładałem list do skrzynki, babinka już wychodziła ze swojego domku. Zawsze w tej samej sukience, prawdopodobnie niemytej od wieków. Psim swędem wiedziała, że przyjechały jej pieniądze. Doręczałem listy na zmianę z jeszcze jednym gościem i oboje baliśmy się jednego: że któregoś pięknego dnia ta sukienka zaskrzypi i spadnie z niej w kawałkach, oczywiście na naszych niewinnych oczach.
Teksaski Paszport
Jednym z moich ulubionych filmów o amerykańskim Dzikim Zachodzie jest epickie (prawie trzygodzinne) dzieło z Gregorym Peckiem, Charltonem Hestonem i Jean Simmons w rolach głównych: western „The Big Country” (Wielki kraj) z 1958 roku. (Gregorym Peckiem zaraził mnie Tata. Do teraz opowiada, jak w starym, komunistycznym telewizorze, w starym, komunistycznym M-1 („M” jest tu ewidentnym naciągnięciem znaczenia) oglądał ze swoim ojcem okrojoną wersję filmu „Działa Nawarony”. Akcja tak ich przejęła, że finał oglądali na stojąco, przestępując z nogi na nogę: nie mogli wytrzymać napięcia).
Tytuł filmu wziął się od zwrotu, który bohater, James McKay, słyszy na Zachodzie wiele razy. Jako outsider nie jest oczywiście zaznajomiony z realiami miejsca, do którego przyjechał. Dziwi go wiele rzeczy, a tubylcy odpowiadają mu, jakby to było wytłumaczenie uniwersalne: „Cóż, to wielki kraj”.
![]() |
| Źródło |
firmowe rozkminki
„Dzień taki szczęśliwy.”
Wstaję wcześnie, staję w psie, staję na głowie, staję na rękach, wstawiam wodę w pękatym fajansowym czajniku. Kroję cebulkę na poranną jajecznicę. Do szeleszczącego filtra wsypuję kawę o zapachu amaretto. Rozwieram szeroko żaluzje. Szyba zimna aż strach, słońce ciepłe i wiosenne. Dzień, jakby powiedział Tata, idealny na odkurzenie całego mieszkania: powietrze pełne świetlistego pyłu. Zapatruję się. Wdycham głęboko pył: oskrzeliki budzą się jak ukwiał. Zastygam w oczekiwaniu na świst. Najpierw zażenowany oddech astmatyka stojącego w kręgu modlitewnym. Potem gwizdanie na palcach, tryumfalne i zbuntowane, które wwierca się w powietrze jak dłuto. Czajnik młodnieje mi w uszach. Przywołuję go do porządku. Zalewam kawę i owsiankę.
Filter popuszcza, cicha woda, kap kap kap kap kap.
Wstaję wcześnie, staję w psie, staję na głowie, staję na rękach, wstawiam wodę w pękatym fajansowym czajniku. Kroję cebulkę na poranną jajecznicę. Do szeleszczącego filtra wsypuję kawę o zapachu amaretto. Rozwieram szeroko żaluzje. Szyba zimna aż strach, słońce ciepłe i wiosenne. Dzień, jakby powiedział Tata, idealny na odkurzenie całego mieszkania: powietrze pełne świetlistego pyłu. Zapatruję się. Wdycham głęboko pył: oskrzeliki budzą się jak ukwiał. Zastygam w oczekiwaniu na świst. Najpierw zażenowany oddech astmatyka stojącego w kręgu modlitewnym. Potem gwizdanie na palcach, tryumfalne i zbuntowane, które wwierca się w powietrze jak dłuto. Czajnik młodnieje mi w uszach. Przywołuję go do porządku. Zalewam kawę i owsiankę.
Filter popuszcza, cicha woda, kap kap kap kap kap.
mieszkanko blues
Kto czyta bloga od początku jego istnienia, ten pamięta, że do jego powstania wydatnie przyczynił się ważki problem roztoczy unoszących się w powietrzu i zagadka odkurzacza stojącego przy drzwiach mojego sąsiada. (Dwa miesiące temu doczekałam się wreszcie rozwiązania: ku wielkiemu rozczarowaniu mojego wewnętrznego id, odkurzacz faktycznie okazał się zepsuty. Sąsiad postawił go obok osiedlowego śmietnika, gwałcąc przy tym wyraźny zakaz wyrzucania tam wszelakich sprzętów AGD. Ale cóż: przepisy sobie, a my muzom. Typowe).
Tata poinstruował mnie przez telefon, że mam kupić odkurzacz marki Miele i tylko Miele. Oczywiście, tata ma zawsze rację, ale ja pomyślałam sobie cichaczem, że jasny szlag mnie trafi, jeśli coś jednak stanie się z tym fantastycznym odkurzaczem i będę zmuszona wysłać go do serwisu w innym stanie w wielkiej i kosztownej paczce. „A co ma się stać? Nic się nie stanie” - zapewnił mnie optymistycznie mój rodzic. - „Miele się nie psuje”. Ja jednakowoż celowo kupiłam plastikowe badziewie dostępne w supermarkecie. Recenzje nie były złe, a - ponownie - jeśli coś się stanie, serwis jest na miejscu i w ostateczności nie będzie tak szkoda, jak przy odkurzaczu wartym kilkaset dolarów.
Ja chyba zawsze w moim życiu z takim upodobaniem oczekuję jakiejś tragedii.
Tata poinstruował mnie przez telefon, że mam kupić odkurzacz marki Miele i tylko Miele. Oczywiście, tata ma zawsze rację, ale ja pomyślałam sobie cichaczem, że jasny szlag mnie trafi, jeśli coś jednak stanie się z tym fantastycznym odkurzaczem i będę zmuszona wysłać go do serwisu w innym stanie w wielkiej i kosztownej paczce. „A co ma się stać? Nic się nie stanie” - zapewnił mnie optymistycznie mój rodzic. - „Miele się nie psuje”. Ja jednakowoż celowo kupiłam plastikowe badziewie dostępne w supermarkecie. Recenzje nie były złe, a - ponownie - jeśli coś się stanie, serwis jest na miejscu i w ostateczności nie będzie tak szkoda, jak przy odkurzaczu wartym kilkaset dolarów.
Ja chyba zawsze w moim życiu z takim upodobaniem oczekuję jakiejś tragedii.
firmowe rozkminki
Kiedy zapytałam Tatę o jazz, Tata mnie ofuknął. „Jazz? Co ty. Nie słuchaliśmy. Płyty były takie drogie, a my mieliśmy was. Ciężkie czasy, naprawdę ciężkie czasy. Gdzie byśmy tam słuchali jazzu”.
A jednak śpiewał mi „Summertime”. Piosenkę-zaklęcie.
Letni czas - żyje się tak prosto...
Skaczą ryby, wybujała bawełna
Tatuś jest bogaty, a mama przepiękna
Więc nie płacz, maleństwo, cicho, uspokój się
Melodia przypływa i odpływa miarowo, unosi mnie nieśpiesznie w dobrą, senną dal. Tata czasem zapominał słów; sztukował wtedy: „Pogoda jest piękna, a tatuś przystojny...”, bo do tej piosenki łatwo jest tak od niechcenia improwizować, dobrze życzyć sobie i światu.
Do teraz, gdy słyszę śnięte kadencje „Summertime”, patyna tego całego zewnętrznego jazgotu złuszcza się wielkimi płatami i zostaje tylko tamten czas - na zawsze ocalony, wciąż potrzebujący ocalenia.
A jednak śpiewał mi „Summertime”. Piosenkę-zaklęcie.
Letni czas - żyje się tak prosto...
Skaczą ryby, wybujała bawełna
Tatuś jest bogaty, a mama przepiękna
Więc nie płacz, maleństwo, cicho, uspokój się
Melodia przypływa i odpływa miarowo, unosi mnie nieśpiesznie w dobrą, senną dal. Tata czasem zapominał słów; sztukował wtedy: „Pogoda jest piękna, a tatuś przystojny...”, bo do tej piosenki łatwo jest tak od niechcenia improwizować, dobrze życzyć sobie i światu.
Do teraz, gdy słyszę śnięte kadencje „Summertime”, patyna tego całego zewnętrznego jazgotu złuszcza się wielkimi płatami i zostaje tylko tamten czas - na zawsze ocalony, wciąż potrzebujący ocalenia.
Teksaski Paszport
Jakiś czas temu znajoma pożyczyła mi książkę „Wałkowanie Ameryki” Marka Wałkuskiego (korespondenta Polskiego Radia w Waszyngtonie). Gdzieś na początku tego pokaźnych rozmiarów tomu, autor opisuje przemówienie ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a W. Busha. Wałkuski jest zdumiony, że prezydent nie jest w stanie „prawidłowo” wymówić słowa „nuclear” i zamiast [nukliar] mówi [nukiular], a dziennikarze jakby tego błędu nie słyszeli. Na tej podstawie Wałkuski snuje daleko idące teorie dotyczące nastawienia, jakie media i naród amerykański w ogóle mają względem warstwy rządzącej. A tymczasem to właśnie kłania się południowy akcent, którego Bush, mimo lat spędzonych w Białym Domu, nigdy się nie wyzbył. Drobne przeinaczenia w wymowie „nuclear” i wielu innych słów, to nie błędy czy wada wymowy, ale dobro właściwe dialektu, którym posługuje się na co dzień ludność ponad piętnastu stanów amerykańskiego Południa (i nie tylko, istnieje np. spora grupa użytkowników tego dialektu na południu Kalifornii, gdzie w latach trzydziestych XX w. osiedlili się robotnicy z tzw. Dust Bowl, co opisuje Steinbeck).
firmowe rozkminki
Nowy Orlean
Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi.
Pamiętam dni, dalekie dni, pożółkłe, zblakłe, jak ogromnie stary film,
I zapomnienia się odwija w tych marzeniach wyblakły film mych dawnych dni.
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
[Fogg, Pamiętam dni]
Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi.
Teksaski Paszport
Z country tak jak z jazzem: jego odcieni jest naprawdę sporo, a historia gatunku długa, złożona i nawarstwiona jak tatarski sękacz; Descarga Cubana rewelacyjnego Cachao różni się dość znacznie od całuśnych standardów Jane Monheit, a i tak obie płyty mogą leżeć obok siebie w sklepie muzycznym i w sumie obie można mieć. Na potrzeby tej notki interesuje mnie głównie country w odsłonie najbardziej popularnej, bo to ona właśnie pełni w Teksasie rolę muzyki uniwersalnej. Do niej się pije w barze, do niej się tańczy two-stepa i jive’a, do niej się stoi w popołudniowym korku, do niej się ogląda rodeo i je krwistego steka w jednej z licznych teksaskich restauracji serwujących grillowane mięsiwo. To właśnie country puszcza się na cały regulator w trailerhoodach (skupiskach mieszkalnych przyczep kempingowych, zamieszkiwanych przez tzw. białe śmieci) i podczas tailgate’ów, czyli pikników wyprawianych na opuszczonych tylnych klapach od pickupa.
firmowe rozkminki
San Antonio
Sporo czasu spędzam ostatnio w instytucjach typu extended stay (długi pobyt), idealnych dla ludzi, którzy zatrzymują się w jakimś mieście dłużej niż tydzień i nie chcą płacić stawek dniowych, tylko tygodniowe. Idealnych także dla tych, którzy mają powody chcieć zniknąć. Nie zostawiać żadnych śladów na papierze ani w cyberprzestrzeni, nie podpisywać umów o gaz czy internet, wypiąć się na konsekwentne budowanie zdolności kredytowej, płacić pomiętą gotówką wyciągniętą spod materaca, nie podawać (prawdziwego) numeru identyfikacyjnego, słowem, zadbać o to, by w systemie nie było na ich temat żadnej informacji zwrotnej. Get off the grid.
Ostatnio chodzi mi po głowie mój tekst, naskrobany w podobnych okolicznościach w San Antonio, kilka lat temu, w innym języku.
Wczesnym rankiem, por la madrugada, mężczyzna w pokoju obok siaduje przed drzwiami i pali. Wolno, precyzyjnie, maniakalnie.
Ostatnio chodzi mi po głowie mój tekst, naskrobany w podobnych okolicznościach w San Antonio, kilka lat temu, w innym języku.
Wczesnym rankiem, por la madrugada, mężczyzna w pokoju obok siaduje przed drzwiami i pali. Wolno, precyzyjnie, maniakalnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















