zima jednak

niedziela, 29 listopada 2015

Zima zwlekała z przyjściem. Ponoć w pierwszych tygodniach listopada spada w Lublanie pierwszy śnieg, a tu nic i nic. Listopad piękniejszy wręcz od października, mniej pluchowaty, cieplejszy. Schowałam prochowiec, chodziłam w jesiennym płaszczyku. Dla tubylców rzecz niepojęta, bo przecież zima tuż tuż, a ona w maleńkich skarpetkach, z gołymi kostkami na wietrze i oczywiście bez czapki. Znajomy z biura sądząc, że nie mam żadnych zimowych rzeczy, przyniósł mi z domu od żony wielką siatę swetrów, szalików i wełnianych skarpet. Jestem urzeczona tym gestem, więc nie przyznaję się, że cieplejsze rzeczy co prawda mam, ale oszczędzam na prawdziwe mrozy, bo gdy biegnę przez miasto przy czterech stopniach powyżej zera, nie potrzebuję nawet swetra. Poza tym, czyż mama nie mówiła, że najważniejsze to aby było ciepło w nerki, szyję i stopy? To mam solidnie zapatulone. Znajomy jednak swoje wie.

Zima więc trochę przyślimaczyła, aż tej ostatniej soboty obudziliśmy się do odgłosów wody lejącej się z nieba. Przy naszym parterowo-piwnicznym mieszkaniu oznacza to kumulację hałasów rynien z całego budynku. Poprzedniego dnia harowaliśmy do późna, więc początkowo zjawiskiem zainteresowaliśmy się miernie. Dopiero po południu wysunęliśmy nosy na zewnątrz i wtedy okazało się, że z nieba sypie gęsto coś białego a lodowatego. Parasole sporadycznych, spłoszonych przechodniów pokrywała gruba biała czapa. Zima jednak nas dopadła.


Płatki topniały wręcz momentalnie, ale następnego dnia atmosferę wyraźnie zmroziło. Rękawiczki poszły w ruch. Nastała era podwójnych skarpetek, grzanego wina, wiecznie kapiącego nosa i parasoli pokrytych białym puchem.

Mimo zerowych temperatur, nie zanosi się na to, by z uliczek Lublany znikły ogródki i stoliki. Słoweńcy nadal z upodobaniem przesiadują na zewnątrz przy filiżankach espresso. Makalonica, nadrzeczny lokal specjalizujący się w naleśnikach, hamburgerach i domowych frytkach smażonych na maśle ghee, ani myśli zamykać swojego nadwodnego tarasu. Kierownictwo zadbało jedynie o to, by na każdym stojącym na zewnątrz krześle leżał ciepły flanelowy kocyk złożony w symetryczny kwadrat. Można sobie go rozłożyć na nogach i już ziąb mniej straszny. Ręce na klawiaturze co prawda trochę grabieją, ale chłodne powietrze działa bardziej orzeźwiająco niż kawnaa. Każdy oddech wręcz chrupie.

Zapada zmierzch, w gładkiej tafli rzeki odbijają się latarnie i świątecznie podświetlone budynki Starego Miasta. Moment zimowego spokoju przed kolejnym ostro przepracowanym tygodniem.






Share /

1 komentarz

  1. Ładna taka przed-zima, choć trochę uciążliwa.
    Tutaj na początku listopada było jeszcze 25 stopni. Dziwna anomalia, wszyscy łapali się za głowę, a teraz już zgodnie przytakują, bo termometry w nocy pokazują 3 stopnie. Czekam na wieczorne migawki z Ljubljany, kiedy całe miasto oświetlą świąteczne światełka :) U nas w centrum już stoi dumna choinka. Pozdrawiam ciepło ciepło! :))

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo