Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Orlean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Orlean. Pokaż wszystkie posty

prezydent wie, gdzie mieszkam

czwartek, 14 stycznia 2016

Dziś tekst wygrzebany, jeszcze z sierpnia. Posty piszę w jednym dokumencie wordowskim, zaczynając w różnych miejscach: zwykle od początku, ale równie często gdzieś od środka, zależnie od tego, czy akurat nie poprawiam jakichś poprzednich szkiców albo prób. Zdarza się więc tak, że jakiś tekst zostaje przysypany kolejnymi, chwila mija, ja publikuję coś pilniejszego - a staroć nieapetycznie stygnie. Nie za bardzo lubię też publikować starsze teksty, bo ideą bloga było mobilizowanie mnie do pisania - a jeśli opublikuję asa w rękawie, to nie będę miała bata, by pisać nowe. Ale niech będzie. Tęsknię już do tych nowoorleańskich stron, może dlatego.

Gdy przy okazji artykułu o plantacjach w Luizjanie zaczęłam bliżej przyglądać się plantacji Melrose, zaintrygowało mnie pewne zdjęcie z muzealnego archiwum. Czarno-białe, nieostre, nieopisane. W tle trapezowy dach Domu Afrykańskiego, jednej z budowli wzniesionych na posesji. Na pierwszym planie kobieta. Do obiektywu zwrócona profilem. Ustawiona tak przez fotografa lub uchwycona przypadkiem w niezobowiązującym półobrocie. Jej sylwetka scala się ze ścianą domu w tle, staje się integralną częścią jego konstrukcji. Ramiona nietypowo wyprostowane, królewskie. Kobiety mają zwykle tendencję do kulenia barków, do uległego, opadającego obojczyka.

slajdy
z czarnej przeszłości

czwartek, 16 lipca 2015

Moi Brazyliczycy nie chcieli mnie zabrać do centrum Salwadoru. Bardziej ekscytowały ich nowiutkie centra handlowe na suburbiach. Mercado Modelo? Po co chcę oglądać były targ niewolników? Tam ciężkie jest nawet powietrze. Swoim zwyczajem odsuwali wypad jak najdalej w czasie, aż wreszcie udało mi się pójść dopiero w ostatni weekend przed wyjazdem. W wielkiej, historycznej hali urządzono teraz pchli targ; rmożna sobie kupić etniczną biżuterię, japonki ozdobione muszlami, barwne sarongi, afrykańskie rzeźby, figurki świętych candomblé. Po stromych uliczkach prowadzących w dół do portu chodzą baiany, kobiety w majestatycznej bieli, z turbanami na głowie; sprzedają gorące acarajé: wielkie bomby z czarnej fasoli smażone w oleju palmowym, nadziewane pastą z krewetek.

Sprzedaż niewolników w hotelu St. Louis. Z czasem rycina stała się kultowym obrazem "szczególnej instytucji" (peculiar institution), jakim było amerykańskie niewolnictwo. Źródło

miasto umarłych,
miasto świętych

niedziela, 28 czerwca 2015

Śmierć w Nowym Orleanie to wyjątkowo kosztowna impreza. Tak kosztowna, że nasza pani przewodnik z całą powagą oświadcza nam, że od kilku lat stara się o miejsce w grobowcu, w którym spoczywają już szczątki kilkunastu obcych jej ludzi. Na nagrobku długa kolumna imion, a nazwisko jednej osoby jest takie same, jak jej. Być może to tylko przypadkowa zbieżność, bo Kari nie ma pojęcia, kim jest zmarła. Ale całkiem możliwe, że parafia opiekująca się cmentarzem uzna tożsame nazwisko za dowód pokrewieństwa i pozwoli Kari skorzystać z grobowca. To znacznie ograniczyłoby koszty pochówku. Niektóre osoby potrafią za rodzinny grobowiec zapłacić aż 200-250 tys. dolarów. Przy okazji zakupu, warto też szarpnąć się na opcję wiecznej opieki: parafia będzie dbać o grób przez teoretyczne wieki. Znacznie zwiększa to cenę grobowca, ale należy to traktować jako pewną inwestycję. Z zakupu może później korzystać cała rodzina, przez dobrych kilka pokoleń. Warto więc o tym pomyśleć.

chwila we Fleur-de-lis

piątek, 12 czerwca 2015

W świetle dnia Nowy Orlean nie jest już tak fotogeniczny, jak wieczorem; wychodzi na jaw popękany asfalt, szczerbaty chodnik, wypaczone drewno drzwi i okien, farba łuszcząca się na framugach, fasady nadgryzione zębem czasu. Za dnia szczególnie kłują w oczy samochody, parkujące równolegle na wąziutkich uliczkach Francuskiej Dzielnicy: zdecydowanie stwierdzam, że mogłaby zostać zamknięta dla ruchu, bo trudno zrobić ładne zdjęcie staremu budynkowi, gdy stoi przed nim nowoczesny automobil. Knajpka, której szukam, nazywa się, dość banalnie, Fleur-de-lis: kwiat lilii. Motyw wszechobecny w Nowym Orleanie, dostał się nawet na flagę miasta: trzy złote kwiaty lilii na szerokim białym tle, z wąskim niebieskim paskiem na dole i wąskim czerwonym paskiem na górze. Flaga powiewa z wielu budynków, zwykle w towarzystwie trzech innych: amerykańskiej, francuskiej i stanowej, luizjańskiej: na niebieskim tle biały pelikan, chrześcijański symbol Zbawiciela i pobożności.


wraca się coraz lepiej

środa, 10 czerwca 2015

Jak na osobę, która przynajmniej raz w miesiącu leci gdzieś albo jedzie, to wcale nie lubię podróżować. To taki mój mały sekret, który ukrywam przed światem zewnętrznym. Czasem zdarza mi się, że ktoś pyta mnie o radę, jak się spakować, co zabrać, czego oczekiwać. Padają słowa: „Bo dla ciebie to już pewnie taka rutyna”. Trochę oczywiście prawda, ale jednak wcale nieprawda. Ja lubię w konkretnym miejscu być i żyć, na dłużej. Miesiąc przynajmniej, a najlepiej to ponad. Dwa dni spędzone w centrum konferencyjnym i hotelu to w moich oczach bardzo oszukana podróż. Lubię wracać do nowo poznanych miejsc, za każdym razem tę znajomość pogłębiać. Tworzenie „listy życzeń” z miejscami i miastami do sukcesywnego odhaczania nie ma dla mnie większego sensu: nie ta osobowość. Być może nie pociągają mnie przygody na jedną noc. Jestem raczej typ mocno relacyjny: czujny słuchacz i cierpliwy obserwator.
Taka pluskwa, którą przykleja się pod biureczko na dłużej, żeby jej żaden ważny szczegół nie umknął.

rzecz własna

czwartek, 19 marca 2015

Pamiętam dni, dalekie dni, pożółkłe, zblakłe, jak ogromnie stary film,
I zapomnienia się odwija w tych marzeniach wyblakły film mych dawnych dni.
Powraca znów zgubiony czas, powraca młodość, która bywa tylko raz,
Ta zapomniana, niedorzeczna, zakochana, jak piękny film, co przeżył nas...
[Fogg, Pamiętam dni]

Włóczymy się po Francuskiej Dzielnicy zupełnie bez celu. Zawsze w Nowym Orleanie zostawiamy sobie taki dzień na bezsensowne włóczęgostwo i zawsze okazuje się, że wybieramy na to strasznie, ale to strasznie krótki dzień. Dopiero wstaliśmy z łóżka, dopiero śniadaliśmy na tradycyjnym połączeniu „shrimp & grits”, tu kawka, tam dekawka, uliczka jedna, druga i znienacka już godzina piąta. Czas na początku przelewa się leniwie jak połyskliwa molasa, a potem nagle śluuuuuuurp - i tyle go widzieli. Łyżeczka stuka o dno, poszedł cały słoik, nie wiadomo kiedy! Na tym polega urok tych dni, w które się nic nie robi.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo