Dziś tekst wygrzebany, jeszcze z sierpnia. Posty piszę w jednym dokumencie wordowskim, zaczynając w różnych miejscach: zwykle od początku, ale równie często gdzieś od środka, zależnie od tego, czy akurat nie poprawiam jakichś poprzednich szkiców albo prób. Zdarza się więc tak, że jakiś tekst zostaje przysypany kolejnymi, chwila mija, ja publikuję coś pilniejszego - a staroć nieapetycznie stygnie. Nie za bardzo lubię też publikować starsze teksty, bo ideą bloga było mobilizowanie mnie do pisania - a jeśli opublikuję asa w rękawie, to nie będę miała bata, by pisać nowe. Ale niech będzie. Tęsknię już do tych nowoorleańskich stron, może dlatego.
Gdy przy okazji artykułu o plantacjach w Luizjanie zaczęłam bliżej przyglądać się plantacji Melrose, zaintrygowało mnie pewne zdjęcie z muzealnego archiwum. Czarno-białe, nieostre, nieopisane. W tle trapezowy dach Domu Afrykańskiego, jednej z budowli wzniesionych na posesji. Na pierwszym planie kobieta. Do obiektywu zwrócona profilem. Ustawiona tak przez fotografa lub uchwycona przypadkiem w niezobowiązującym półobrocie. Jej sylwetka scala się ze ścianą domu w tle, staje się integralną częścią jego konstrukcji. Ramiona nietypowo wyprostowane, królewskie. Kobiety mają zwykle tendencję do kulenia barków, do uległego, opadającego obojczyka.


