Śmierć w Nowym Orleanie to wyjątkowo kosztowna impreza. Tak kosztowna, że nasza pani przewodnik z całą powagą oświadcza nam, że od kilku lat stara się o miejsce w grobowcu, w którym spoczywają już szczątki kilkunastu obcych jej ludzi. Na nagrobku długa kolumna imion, a nazwisko jednej osoby jest takie same, jak jej. Być może to tylko przypadkowa zbieżność, bo Kari nie ma pojęcia, kim jest zmarła. Ale całkiem możliwe, że parafia opiekująca się cmentarzem uzna tożsame nazwisko za dowód pokrewieństwa i pozwoli Kari skorzystać z grobowca. To znacznie ograniczyłoby koszty pochówku. Niektóre osoby potrafią za rodzinny grobowiec zapłacić aż 200-250 tys. dolarów. Przy okazji zakupu, warto też szarpnąć się na opcję wiecznej opieki: parafia będzie dbać o grób przez teoretyczne wieki. Znacznie zwiększa to cenę grobowca, ale należy to traktować jako pewną inwestycję. Z zakupu może później korzystać cała rodzina, przez dobrych kilka pokoleń. Warto więc o tym pomyśleć.
W Nowym Orleanie kontynuuje się śródziemnomorską tradycję pochówku nadziemnego, często w grobowcach rodzinnych, murowanych, bądź w kolumbariach (strukturach przypominających prostopadłościenne regały na urny bądź trumny). Z tego powodu cmentarze wyglądają tutaj jak stłoczone „miasta umarłych”: z domkami, kapliczkami, posągami, kolumbariami i wąziutkimi alejkami, po których drepczą krewni i zwiedzający. My akurat chodzimy po historycznym cmentarzu przy Basin Street, Saint Louis numer 1. Krajobraz znany fanom kultowego filmu „Easy Rider”, bo to właśnie tutaj miała miejsce słynna scena „odlotu” po zażyciu LSD. Plotka głosi, że Peter Fonda skradł w ferworze głowę jednemu z posągów (na zdjęciu). Sam Fonda przyznał ponoć, że jest to całkiem możliwe: oględnie mówiąc, nie pamięta zbyt wiele z kręcenia filmu. Głowy nigdy nie odzyskano.
Taki „dom” to prawdziwy dwór. Vide brakująca głowa, skradziona ponoć przez Petera Fondę. Z powodu tych i innych aktów wandalizmu Saint Louis został zamknięty dla zwiedzających; obecnie wstęp tylko z biletem, w obecności przewodnika.
Wielu nowoorleańczyków uważa, że zwyczaj grzebania zmarłych nad ziemią ma związek z porowatą glebą Księżycowego Miasta. Tymczasem jest to po prostu tradycja rozpowszechniona w basenie Morza Śródziemnego, skąd pochodzili pierwsi koloniści osiedlający się w Luizjanie. Górski, skalisty teren basenu, mocno utrudniał pochówek podziemny. Zwyczaj przyjął się w Nowym Świecie - ale tylko w Luizjanie. Tylko w Luizjanie kontynuuje się też katolicką tradycję „nieograniczonego pochówku” - w jednym grobie może być pochowanych wiele osób (w tym nadzieja Kari). Tradycja ta ułatwia życie grabarzom również podczas klęsk żywiołowych: zmarli mogą przytulić się razem.
Wydawałoby się, że właśnie w Luizjanie kremacja byłaby opcją o wiele bardziej ekonomiczną i prawdopodobnie też o wiele praktyczniejszą, z uwagi na częste podmywania terenu, huragany i epidemie, spowodowane obecnością komarów rozmnażających się w bagiennej wodzie. Przez wieki jednak wpływ Kościoła Katolickiego na te rejony był wyjątkowo silny. Dość wspomnieć, że Luizjana, jako jedyny stan w całej Unii, jest podzielona nie na hrabstwa (counties), a na parafie (parishes). A dopiero w latach 60. XX w. Kościół uznał kremację za opcję dopuszczalną dla swoich wiernych. I to tylko pod warunkiem, że popiołów się nie rozsypuje.
Typowy krajobraz miasta umarłych: domy, ganki, uliczki, płoty, ogródki...
Jednak z powodu bezlitosnego klimatu panującego w delcie, ciało wstawione do grobowca i tak ulega, można powiedzieć, kremacji naturalnej: gazy, jakie wydziela rozkładające się ciało, w połączeniu z upałem na zewnątrz, tworzą w środku grobowca temperaturę dochodzącą dwustu stopni. Po roku (według tradycji judeochrześcijańskiej, po roku i jednym dniu), pracownicy cmentarni otwierają grobowiec, wyciągają szczątki, resztki trumny zwykle wyrzucają, a szczątki przenoszą do podziemnej partii grobowca. Miejsce na górze - jako najgorętsze w całym grobowcu - zwalnia się wówczas dla kolejnego zmarłego. Jeśli jest ono akurat zajęte, a w międzyczasie zmarła kolejna osoba, która również ma być pochowana w grobowcu, to wkłada się ją do kolumbarium, gdzie czeka na dopełnienie się czasu: roku i jednego dnia.
Na dnie grobowca zbiera się przez lata proch i pył. W ten sposób wypełnia się biblijna sentencja: „z prochu w proch”.
Kogo nie stać na grobowiec nadziemny, idzie malowniczo w piach. Chociaż podczas częstych nowoorleańskich powodzi przestaje to być takie malownicze. Pracownicy cmentarzy znajdują później delikwenta kilkanaście metrów od grobu. Trzeba wówczas uruchomić wyobraźnię i twórczo wymyślić, jak temu zjawisku zaradzić. W trumnach wywierca się na przykład dziury, żeby w razie powodzi nie zachowywały się jak amfibie, tylko szły należycie na dno. Albo - w tym samym celu - wyładowuje się je kamieniami.
Ostatecznie jednak jesteśmy w Luizjanie i śmierć - mimo że kosztowna - nie jest traktowana aż tak poważnie. Kari opowiada nam historię o mieszkańcach Francuskiej Dzielnicy, którzy z tyłu domu postanowili sobie wstawić basen, choć w tych okolicach jest to naprawdę kuszenie losu. Faktycznie, dokopali się kilku ciał, ale przesunęli je cichaczem kilka metrów dalej, a basen i tak wstawili. Kari konstatuje rzeczowo: „Jesteśmy w Nowym Orleanie. Latem robi się tu tak niemożliwie gorąco, że basen to konieczność. Nieważne jakim kosztem”.
I w górę ulicy...
Zgodnie z nowoorleańską tradycją, zmarłych krewnych i przyjaciół powinno się regularnie odwiedzać, i to nie z pustymi rękami. (Zwyczaj ten jest również praktykowany w San Antonio przez Meksykanów: na grób przychodzi cała rodzina, włączają głośną muzykę, rozkładają prowiant albo grilla, tańczą, wznoszą toasty). Zmarłym przynosi się alkohol, ciastka, kwiaty i tytoń. Niektórzy odwiedzający malują grobowce na żywe, fluorescencyjne kolory; farba zmywa się co prawda po kilku dniach, ale przecież liczy się gest. Niedawno właśnie w Saint Louis grobowiec bliskich pomalował na purpurowo ich dziewięćdziesięcioletni krewny. Świętował przy nim ponadto wyjątkowo długo i głośno, przepijając do nagrobka i gadając. Kari zapytała go, jaka to okazja. „Pani” - wyjaśnił - „mateczka kończy dzisiaj sto dwadzieścia lat. Okrąglutkie! To musiałem jakoś uczcić, żeby jej smutno nie było”.
Nadal praktykuje się też pogrzeby jazzowe: zmarłemu towarzyszy procesja i orkiestra. Zaczynają od poważnych spiritualsów, na przykład od „Cudownej Bożej łaski” albo od hymnu „Bliżej, mój Boże, do Ciebie”. Po pochówku natomiast muzyka powoli staje się coraz bardziej dynamiczna i radosna. Uczestnicy tańczą, cieszą się życiem zmarłego, godzą się z jego odejściem. Nie może zabraknąć standardu „Kiedy święci wejdą tam”: utworu nagranego po raz pierwszy przez Louisa Armstroga i uchodzącego za nieformalny hymn Nowego Orleanu. (Nowoorleańska drużyna footbalowa nosi nawet nazwę „Saints”: święci).
Kiedy święci wejdą tam
Panie, pragnę być w tej liczbie
kiedy święci wejdą tam
Mój ulubiony klip przedstawiający żałobników tańczących do ognistej wersji „Świętych”. Bezcenny!
Hej Kasiu, dzięki ogromne :) Nowy Orlean naprawdę przeciekawy, za każdym razem dowiaduję się czegoś nowego! Mam nadzieję, że wkrótce wrócę i znowu coś naskrobię :) Pozdrawiam Cię serdecznie!
Rzeczywiście cmentarz wygląda jak miasto umarłych :) ciekawy zwyczaj z piknikiem nad grobem. Bo przecież zmarli, jesli już nie w ciele a jeszcze na ziemi , to raczej nie przesiadują na wlasnym grobie, ale kto ich tam wie ;) a te wypływające wraz z powodzią spod ziemi ciała. . Brr.
Piknik to prawdopodobnie jakaś wersja przynoszenia zmarłym bliskim jedzenia: nawet u nas na wschodzie czy na Białorusi przynosi się zmarłym wódeczkę, ciasteczko i nie wiem, czy nie kawałek kwaszonego ogórka :)
Luizjana rzeczywiście ma swoje makabryczne strony: nie wiem, czy widziałaś American Horror Story, ale niektóre wątki są wzorowane na autentycznych wydarzeniach w Nowym Orleanie. Hard core!
Nie spodziewałam się, że pochówek może być tak drogi, a ludzie za życia planują, a można nawet powiedzieć, że marzą o swoim miejscu po śmierci... Niesamowite.. Ale cmentarz ten jest naprawdę piękny. Pochówki nadziemne to jednak coś, co w naszej kulturze się nie zdarza. A te grobowce kojarzą mi się trochę jak z takimi "domami pośmiertnymi". Ale czy to nie dziwne, gdy Twoje ciało spoczywa wśród zupełnie obcych?
Pamelo, dzięki za miłą wizytę :) W naszej kulturze rzeczywiście nie myśli się o tych sprawach ostatecznych tak dużo, być może dlatego, że jednak medycyna zrobiła swoje i życie się wydłużyło. Kiedys życie było naprawdę bardzo krótkie w porównaniu do naszego. Stąd być może priorytetowość tych przygotowań na ostatnią wędrówkę. Pozdrawiam Cię serdecznie!
ogień na sali! coś cudownego :))) no i basen..koniecznie musi być :D hahaha. mogłabym czytać i czytać, tak ciekawie piszesz :)
OdpowiedzUsuńHej Kasiu, dzięki ogromne :) Nowy Orlean naprawdę przeciekawy, za każdym razem dowiaduję się czegoś nowego! Mam nadzieję, że wkrótce wrócę i znowu coś naskrobię :) Pozdrawiam Cię serdecznie!
UsuńRzeczywiście cmentarz wygląda jak miasto umarłych :) ciekawy zwyczaj z piknikiem nad grobem. Bo przecież zmarli, jesli już nie w ciele a jeszcze na ziemi , to raczej nie przesiadują na wlasnym grobie, ale kto ich tam wie ;) a te wypływające wraz z powodzią spod ziemi ciała. . Brr.
OdpowiedzUsuńPiknik to prawdopodobnie jakaś wersja przynoszenia zmarłym bliskim jedzenia: nawet u nas na wschodzie czy na Białorusi przynosi się zmarłym wódeczkę, ciasteczko i nie wiem, czy nie kawałek kwaszonego ogórka :)
UsuńLuizjana rzeczywiście ma swoje makabryczne strony: nie wiem, czy widziałaś American Horror Story, ale niektóre wątki są wzorowane na autentycznych wydarzeniach w Nowym Orleanie. Hard core!
Nie spodziewałam się, że pochówek może być tak drogi, a ludzie za życia planują, a można nawet powiedzieć, że marzą o swoim miejscu po śmierci... Niesamowite.. Ale cmentarz ten jest naprawdę piękny. Pochówki nadziemne to jednak coś, co w naszej kulturze się nie zdarza. A te grobowce kojarzą mi się trochę jak z takimi "domami pośmiertnymi". Ale czy to nie dziwne, gdy Twoje ciało spoczywa wśród zupełnie obcych?
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko!
Pamelo, dzięki za miłą wizytę :) W naszej kulturze rzeczywiście nie myśli się o tych sprawach ostatecznych tak dużo, być może dlatego, że jednak medycyna zrobiła swoje i życie się wydłużyło. Kiedys życie było naprawdę bardzo krótkie w porównaniu do naszego. Stąd być może priorytetowość tych przygotowań na ostatnią wędrówkę. Pozdrawiam Cię serdecznie!
Usuń