W świetle dnia Nowy Orlean nie jest już tak fotogeniczny, jak wieczorem; wychodzi na jaw popękany asfalt, szczerbaty chodnik, wypaczone drewno drzwi i okien, farba łuszcząca się na framugach, fasady nadgryzione zębem czasu. Za dnia szczególnie kłują w oczy samochody, parkujące równolegle na wąziutkich uliczkach Francuskiej Dzielnicy: zdecydowanie stwierdzam, że mogłaby zostać zamknięta dla ruchu, bo trudno zrobić ładne zdjęcie staremu budynkowi, gdy stoi przed nim nowoczesny automobil. Knajpka, której szukam, nazywa się, dość banalnie, Fleur-de-lis: kwiat lilii. Motyw wszechobecny w Nowym Orleanie, dostał się nawet na flagę miasta: trzy złote kwiaty lilii na szerokim białym tle, z wąskim niebieskim paskiem na dole i wąskim czerwonym paskiem na górze. Flaga powiewa z wielu budynków, zwykle w towarzystwie trzech innych: amerykańskiej, francuskiej i stanowej, luizjańskiej: na niebieskim tle biały pelikan, chrześcijański symbol Zbawiciela i pobożności.
Szczęście się do mnie uśmiecha: wolny jest stolik w witrynie knajpy. Siadam, zamawiam kawę i pięć minut później zaczyna grzmieć. Z początku myślę, że to jakaś ciężarówka albo wielki pickup. Do knajp i restauracji często dojeżdżają w ciągu dnia dostawy, wwożone później nonszalancko na wózkach do kuchni przez frontowe drzwi. Poza tym we Francuskiej Dzielnicy urzęduje wiele sklepów z antykami, które muszą się oczywiście jakoś w tych sklepach znaleźć, w związku z tym huki, trzaski i pokrzykiwania nie zwracają zbytnio mojej uwagi. Aż tu nagle łupie tak blisko, tak nisko, tak głośno i z takim przeciągłym namaszczeniem, że aż podskakuję z wrażenia. I widzę, że ciężkie niebo zwisa tuż tuż, nad knajpą. Tylko patrzeć, jak pękną mu zawory.
Cichaczem przyklaskuję: w deszczu Nowy Orlean będzie wyglądał o wiele korzystniej. Trik stary jak świat, znają go filmowcy: zlać scenerię wodą i kręcić, kolory od razu ożywają, nawet spłowiały asfalt połyskuje jak nowy. Lunąć jednak nie chce. Tylko mruczy i pokapuje bez większego przekonania. Mój kelner wychodzi na zewnątrz i zagląda w niebo jak w oczy, jakby chciał przejrzeć ukryte zamiary Pana Boga. Chyba jednak nic z tego, wraca bowiem wzruszając ramionami i dolewa mi kawy. Ja tymczasem jem jak przed telewizorem, ze wzrokiem wlepionym w ulicę za oknem. Ledwo trafiam widelcem do buzi. Za oknem rozdziawieni turyści i zblazowani tubylcy, kelnerzy i barmani wychodzący na papierosa i robotnicy w twardych kaskach. Mam wrażenie, że Nowy Orlean jest w stanie permanentnego remontu: zawsze widzę coś rozkopanego, zawsze widzę gdzieś rusztowanie, zawsze stoi gdzieś jakiś wielgachny pojemnik wypełniony gruzem. Mimo wczesnej godziny, niektórzy przechodnie trzymają w dłoniach plastikowe kubki z alkoholem. Zresztą moja knajpa też oferuje cztery typy Bloody Mary, m.in. o smaku bekonu i barbecue. Można sobie wziąć na wynos i iść dalej, podziwiając architekturę, rozpłaszczając nos na szybach cukierni, kawiarni, antykwariatów i butików.
Mimo swojej nazwy, większość budynków stojących dzisiaj we Francuskiej Dzielnicy powstała za panowania hiszpańskiego. Oczywiście, łatwo o tym zapomnieć, bo miasto założyli Francuzi w 1718 r. i to z nimi głównie utożsamia się te strony. Flaga Hiszpanów pojawia się rzadko: o ich obecności przypominają tylko odrapane ceramiczne tabliczki. „Gdy Nowy Orlean był stolicą hiszpańskiej kolonii Luizjany (1762-1803) plac ten nosił nazwę Plaza de Armas”. „Gdy Nowy Orlean był stolicą hiszpańskiej kolonii Luizjany, ulica ta nosiła nazwę Calle Real / Calle de Bienville”. Napisy minimalnie historię upraszczają, bo zanim w 1803 r. młodziutkie Stany kupiły sobie Luizjanę, Hiszpania oddała ją Napoleonowi w 1800 r. Kolonia ledwo ten epizod odczuła: oficjalne oddanie Luizjany w ręce francuskie nastąpiło dopiero 30 listopada 1803 r., a zaledwie dwadzieścia dni później podobna ceremonia przypieczętowała już zakup Luizjany przez Amerykanów. Stany Zjednoczone podwoiły sobie tym ekstrawaganckim zakupem swoje terytorium, bo nabywając „Luizjanę”, nie nabywały tylko terytorium obecnego stanu, ale wszystkie ziemie od granicy z Teksasem na północ ku obecnej granicy z Kanadą. Piętnaście milionów dolarów: taniutko jak na taki szmat gruntu, bo Napoleon potrzebował sponsora na swoje fantastyczne wojny i inwazję na Anglię, której, o ironio, nigdy nie udało mu się uskutecznić.
Kiwam się filozoficznie nad moją kawą, tym razem całkiem znośną, i myślę jak Kohelet: „Granice przychodzą i granice odchodzą, a ziemia trwa na wieki”.
Przez otwarte czerwone drzwi do kafejki wlatuje skołowany wróbel, ale chyba przestraszyła go głośna dmuchawa, która huczy przy suficie: wykonuje kilka spanikowanych ósemek nad stolikami i umyka z powrotem na wolność dnia. Zastanawiam się, czy poczekać, aż chmura przejdzie, ale deszcz pokapuje tak opornie, że szkoda czasu czekać, aż się łaskawie zdecyduje na ulewę. Deszcz spada dopiero godzinę później, gdy siedzę już u siebie i patrzę z góry na ożywioną ulicę. Leje jak z cebra, ale tylko pięć minut: po czym znowu wszystko wraca do parnej normalności. Gdy o dziewiątej wychodzę na stare miasto, po deszczu i po tamtej chwili nie ma już śladu.
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


Zauważyłaś, że doświadczenie deszczu wyzwala w głowie zazwyczja "deszcz refleksji"???
OdpowiedzUsuńDziękuję za to, że będąc tak daleko od Nowego Orleanu mogłam go na chwilę dzięki Tobie dotknąć, posmakować...
Lunko, witam serdecznie na blogu i dziękuję Ci za wizytę!
UsuńTak, deszcz zdecydowanie sprzyja refleksjom... nigdy nie noszę parasola, tak przywykłam we wietrznej Warszawie, która wywracała ich kapelusze w przeciągu kilku minut. I tak sobie moknę i dumam.
Strasznie mi miło, że dzięki temu wpisowi również znalazłaś się w tym urokliwym miejscu :)
Pozdrawiam bardzo ciepło!
Można powiedzieć chwile z deszczem w przytulnej knajpce z wróblem w piruetach.
OdpowiedzUsuńCiekawie opowiadasz, lubię tak dobrane słowa.
Też się lubię pokiwać nad kawą i również filozoficznie ;))
Pięknej niedzieli!
Matko droga, nie wierzę, że mam taki poślizg z odpowiadaniem na komentarze! Ale z powodu kiepskiego internetu (zdjęcie ładujące się 10 minut, itd.) niektóre opcje musiały odpaść.
UsuńMigafko: dzięki. To ja Ci teraz życzę pięknej niedzieli pełnej filozoficznego kiwania :)
Deszcz rzeczywiście ma w sobie coś refleksyjnego i filozoficznego. Takie "nowe odrodzenie miasta", z którego ulic zmywa brudy dnia.
OdpowiedzUsuńU mnie ostatnio to samo: grzmi i straszy pół godziny, leje 5 minut, a później znowu parno. Ostatnio siedziałam przy otwartym na oścież oknie w czasie burzy. Trochę straszno, coś jakby być na wyciągnięcie ręki od potwora.
Zachęcasz mnie do Nowego Orleanu. Myślę, że warto tam pojechać żeby zobaczyć to, co Ty opisujesz. Choć nasze czasy są mało romantyczne. Tak jak piszesz: nowoczesne bryki na tle starej kamienicy. Trochę nijak. Ale i tak warto. Pozdrawiam :)
Na wyciągnięcie ręki od potwora... świetne określenie! A ja dowiedziałam się, że Francuska Dzielnica jest w 95% zamieszkana... więc samochody są głównie ich. W sumie spodobało mi się to - że mimo upływu czasu to miejsce żyje, że nie jest tylko mekką dla schlanych turystów.
UsuńBrad i Angelina sprzedają dom w Dzielnicy, więc może rzeczywiście się skusisz? :)