Zastanawiam się, czy książka Strout mogłaby powstać w Polsce? Bo przepojona jest purytańską duchowością charakterystyczną dla amerykańskiego kontynentu – i być może w większości w Polsce egzotyczną. Ta gorliwa introspekcja, to pilne tropienie w sobie ułomności i grzechu, to ocenianie motywacji każdego czynu i demaskowanie ich jako nieczystych lub po prostu nie tak doskonałych, jak mogłyby być – czy to religijne skupienie nie wydaje się aż patologiczne, aż nerwicowe, zarezerwowane tylko dla tych najświętszych i najbardziej umartwionych? A jednak, im dłużej przebywam z Amerykanami i im dłużej w ich kraju mieszkam, tym bardziej mi się wydaje, że dla wielu ludzi to wewnętrzne zmaganie to etos, norma. Nieważne, czy wierzą ortodoksyjnie czy niezobowiązująco, czy też zupełnie się tej wiary wypierają, Amerykanie mają w sobie coś takiego, co można by nazwać kompleksem Boga: kompleksem czynienia tego, co (wobec Niego) właściwe. Żartuję czasem, że nie ma lepszego miejsca na przeżycie jakiejś życiowej katastrofy niż Stany. Ci ludzie zawsze pomogą, zawsze można liczyć na ich poczucie winy, na to, że gdzieś w środku, niezależnie od wierzeń, niezależnie od przekonań, czują, że mogliby starać się bardziej, żyć lepiej, jeszcze sprawniej oddzielać groch od maku, w jeszcze większej mierze zasłużyć na swój dobry los.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą depresja. Pokaż wszystkie posty
depresja
Na blogu nie piszę o depresji, bo uważam temat za mocno indywidualny. Poza tym depresja nie jest już częścią mojej tożsamości. Być może pasożytuje sobie gdzieś jeszcze po kątach, ale szczerze mówiąc, jej obecność bądź nieobecność, przypływ bądź odpływ mało mnie teraz obchodzi. Nie jest to w każdym razie temat, który by mnie twórczo rajcował.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
