Głównym bohaterem powieści Strout jest Tyler Caskey, protestancki duchowny, pastor małego kościoła w Nowej Anglii i miłośnik Dietricha Bonhoeffera, luterańskiego teologa zamordowanego przez nazistowski reżim. I Tyler, i jego wierni grzęzną coraz bardziej w nieznośnym wysiłku purytańskiej wiary. Wierni chodzą wytrwale do kościoła, słuchają ognistych kazań Tylera, nieobecni, niepojętni, niewzruszeni – ale i niezłomni w swoich chrześcijańskich przekonaniach. Pastor zmaga się ze swoim własnym koszmarem: rok wcześniej umarła jego młoda żona. Nieudolnie stara się wychować dwie córeczki. Żyje wspomnieniami krótkiego, niefortunnego, bolesnego małżeństwa. Walczy z brakiem weny, zrozumienia, snu i sensu. Będzie walczył do ostatniego nerwu – nie puści, dopóki nie pobłogosławi go Bóg.
„Nie odstępuj ode mnie” to książka trudna, mroczna. Powiedziałabym, że wpisuje się w nurt amerykańskiego gotyku, jak dzieła niedoścignionej w tym gatunku Carson McCullers. Niepozorne, klaustrofobiczne miasteczko, w którym plotki, zawiści i ambicyjki napędzają powszednie okrucieństwo, a mieszkańcy, według diagnozy innego amerykańskiego klasyka, „wiodą żywot pełen cichej rozpaczy”. Ich małomiasteczkowe serca rozdzierają potworne namiętności: wspomnienia wojenne, zdrady, nadużycia, dewiacje, morderstwa. W trakcie lektury, w pewnym momencie, powolutku zaczyna nam w górę kręgosłupa pełznąć groza. Strout, jak greccy tragediopisarze, opisuje losy ludzi takich jak my. A więc nie zostaje nam wiele nadziei, że w podobnych okolicznościach zachowalibyśmy się mniej szpetnie, że nie skrzywdzilibyśmy tak bardzo, że nie połakomilibyśmy się na ten jeden słodziutki grzeszek, byleby odczuć ulgę.
Strout doprowadza powieść do satysfakcjonującego finału, choć trudno powiedzieć, na ile jest to finał realistyczny. Odnoszę przygnębiające wrażenie, że skrajne sytuacje nie zawsze się przez ten skraj przetaczają. Czasem tylko tym skrajem kokietują, jak sprawna striptizerka: w górę i w dół, bliżej i dalej, oczekiwanie i zmęczenie narasta, a rozwiązania brak. Tym niemniej, u Strout otrzymujemy katharsis, a nawet kilka dorzecznych sensów gratis. Jeden z bohaterów mówi: „Zdolność przyjmowania miłości jest tak samo ważna, jak zdolność darzenia nią. Jest to w sumie jedno i to samo. Weźmy na przykład fizyczny akt miłości między mężem i żoną. Czy gdy jedno z nich nie pozwala sobie na odczuwanie przyjemności i wstrzymuje się z jej przyjęciem, czy nie jest to wstrzymywanie miłości?”.
Oczywiście, nie tylko o seks chodzi. Dla ortodoksyjnych Żydów bycie nieszczęśliwym to grzech. Stanowi wyrzut skierowany w stronę Boga, że On nie wie, czego potrzebujemy. Najważniejszym obowiązkiem wierzącego jest więc osiągnięcie szczęścia.
***
Abide with Me. 2006. New York: London House.
Wydanie polskie: Nie odstępuj ode mnie. 2008. Świat Książki.
Wydanie polskie: Nie odstępuj ode mnie. 2008. Świat Książki.
Elizabeth Strout jest autorem kilku poczytnych książek, m.in. Amy and Isabelle (1998) i Olive Kitteridge (2008), za którą otrzymała nagrodę Pulitzera. Trzy jej książki są przetłumaczone na polski, w tym najnowsza Mam na imię Lucy. Wszystkie bardzo polecam. Strout chyba nie potrafi napisać niedobrej książki.
Tłumaczenie cytatu moje, bo przekładów polskich od dawna nie czytam.


Nie wiedziałam, że dla ortodoksyjnych Żydów bycie nieszczęsliwym jest grzechem. Absolutnie mi się tak nie kojarzyli.
OdpowiedzUsuńCi ludzie zawsze pomogą, zawsze można liczyć na ich poczucie winy, na to, że gdzieś w środku, niezależnie od wierzeń, niezależnie od przekonań, czują, że mogliby starać się bardziej, żyć lepiej, jeszcze sprawniej oddzielać groch od maku, w jeszcze większej mierze zasłużyć na swój dobry los- to zdanie także mnie zdumiało, bo zwykle słyszę o tym jak bardzo powierzchowni są Amerykanie. Zresztą moje ciotki, które kiepsko mówią po polsku ( siostra babci wyjechała do USA w 1905 roku albo wczesniej)sprawiały na mnie raczej złe wrażenie: głośne, gadatliwe, tłuste... Dopiero kiedy się z nimi nawiązało jakiś kontakt były bardziej ludzkie. Jednak, ten surowy sąd może wynikać z mojej- tamtej młodosci- gdy oceny w ogóle były surowe.
Wiesz, judaizm to religia tak różnorodna! Wiele odłamów, wielu nauczycieli, mnóstwo tekstów źródłowych, mnóstwo ciekawych myśli, czasem zupełnie dla nas, mieszkańców Zachodu, egzotycznych. Niestety nie pamiętam, skąd to wyciągnęłam... powinnam takie rzeczy zapisywać.
UsuńCo do Amerykanów: różnie sobie człowiek rodzi z ciągłym poczuciem winy. To potężna toksyna! Niektórzy walczą i żyją pod linijkę, inni w pewnym momencie się poddają, osiadają w przeciętności, starają się zerwać z łańcucha, który sami na siebie nałożyli. Różnie to wygląda.
Czy zasady etyczne nazwałabyś łańcuchem? To bardzo ciekawe zagadnienie...
OdpowiedzUsuńFaktycznie. W tym przypadku miałam raczej na myśli poczucie winy. Ale zagadnienie jest ciekawe. Roboczo porównałabym zasady etyczne do pewnego rytmu, w którym żyjemy, funkcjonujemy, podejmujemy decyzje. Rytm to dla człowieka naturalna funkcja: człowiek oddycha w rytmie, przełyka w rytmie, mruga w rytmie, żuje gumę w rytmie, serce mu bije w rytmie. Odstępstwa od tego rytmu są zwykle anomalią: bardziej lub mniej niebezpieczną. Niektóre w sposób naturalny pociagną za sobą konsekwencje. Tak to sobie wyobrażam.
UsuńZaskakujaca odpowiedź i widać, że lubisz muzykę, bo zasady jako codzienny rytm a nie łańcuch to może być muzyka dla wyznawcy.Bez niej czułby się źle. To nawet może być nawyk po pewnym czasie, choć w uproszczeniu. Jednak zasady korzystne dla ogółu to niezmiernie twórczy nawyk. O powinnościach często mówi Konfucjusz w jednej z moich ulubionych ksiąg- to jest Księdze przemian.
OdpowiedzUsuń