Z jak zacofani
konserwatywni prawicowcy

środa, 8 czerwca 2016

Powiedzmy sobie szczerze: poza granicami stanu, opinia o Teksasie nie jest najlepsza. Teksas uchodzi za stan ultrakonserwatywny, ultrarepublikański i ultrazacofany, taki amerykański odpowiednik krainy moherowych beretów, tyle że oczywiście w Teksasie każdy moher posiada broń! Jest to trochę przykre, ale też trochę zabawne. Pamiętam, jak raz w nowojorskiej restauracji miałam nieszczęście usiąść przy stoliku obok grupy rozchełstanych, rozemocjonowanych garniturów. W pewnym momencie jeden z podchmielonych panów zaczął opowiadać o nieobecnym koledze: „Wiecie, gdzie on się urodził? W jakiejś zapadłej dziurze na Południu, w Teksasie!” – tu przerwał dla efektu i ściszył głos, jakby zdradzał zebranym jakąś fantastyczną zbrodnię. Poza tym, nikt w Nowym Jorku nie wierzył, że jesteśmy z Teksasu. Wyglądaliśmy chyba zbyt normalnie: ani kapelusza, ani kowbojek, ani transparentów z Sądem Ostatecznym; gęby też w miarę inteligentne, więc skąd Teksas? Po chwili dezorientacji padało pytanie: „Aha… pewnie z Austin?”. Bo gdzieś tam w skołowanej nowojorskiej łepetynie mrygała lampka, że Austin, stolica Teksasu, to ostoja liberalizmu i hipsterskości pośród morza „republikańskiego uwstecznienia”. No ale to jest Nowy Jork: nieprzeciętnie brudny, wręcz plugawy, głośny, prostacki i prowincjonalny. Zwłaszcza dla kogoś, kto przyzwyczaił się do klimatu Południa, gdzie ludzie, chociaż może i „zacofani”, może i „konserwatywni”, może i głosują, o zgrozo, prawicowo, ale odnoszą się do innych z szacunkiem i nie zapominają o dobrych manierach. No i zawsze cię nakarmią.

Symbole partii republikańskiej i demokratycznej. Barwą republikańskiej jest czerwień, demokratycznej: błękit.
By DonkeyHotey, CC BY 2.0. Źródło
Jak jesteś naprawdę? Czy Teksas naprawdę jest tak prawicowy, za jaki uchodzi? Ciekawe pytanie. Oczywiście, inwektyw „zacofani” to z mojej strony prowokacja. Trudno odnosić go na serio do stanu, który w technologii konsekwentnie przoduje, i to praktycznie w każdej dziedzinie, o czym pisałam już przy okazji teksaskich stereotypów. A jednak kiedy przyjrzeć się antyteksaskiemu jadowi, jakim bulgoce internet, to dochodzi się do wniosku, że coś na rzeczy jest i że sprawą trzeba się zająć konkretnie. Fakt jest taki, że nie tylko wrogowie, ale i fani Teksasu przyczyniają się do imidżu stanu jako homogenicznego, republikańskiego, prawicowego raju, w którym geje, liberałowie i właściciele różowych volvo zostają bez pardonu linczowani. Homogeniczność Teksasu to oczywiście fantazja – mam nadzieję, że chociaż tyle jest widoczne z cyklu TP – ale łatka republikańska nie wzięła się z powietrza. Tym niemniej, przyjrzyjmy się faktom. Bo nie taki Teksas czerwony, jakim go malują.

To, że Teksas jest stanem czerwonym, a więc tradycyjnie głosującym na partię republikańską, uchodzi za pewien aksjomat. (Niedawno w bibliotece odkryłam książkę pt. Big, Hot, Cheap and Right: What America Can Learn From Texas, Wielki, gorący, tani i prawicowy: Czego Ameryka może się nauczyć od Teksasu. Cukiereczek!). Ale nie zawsze tak było i nie zawsze tak będzie, zwłaszcza jeśli partia republikańska nadal będzie tak gorliwie zrażała do siebie elektorat latynoski. Republikańskie sentymenty Teksasu ucementował – stosunkowo niedawno – Ronald Raegan, w latach 80. Dobrał sobie na wiceprezydenta teksaskiego nafciarza George’a Busha seniora i wypromował przy okazji kolejną amerykańską dynastię polityczną (Jeb Bush na pewno jeszcze się na scenie politycznej pojawi).

I Raegan, i do pewnego stopnia Bush senior byli przekonani, że amerykańscy Latynosi to republikanie, tylko „jeszcze tego nie wiedzą”. (Obaj też cieszyli się wyjątkowo sporym poparciem tego segmentu). Faktycznie wydawałoby się, że Latynosi naturalnie ciążą w stronę konserwatywną: wartości rodzinne, konserwatyzm społeczny, niskie podatki, autonomia lokalna i tak dalej.

Ale z biegiem lat partia republikańska zaczęła zachowywać się coraz bardziej reaktywnie w stosunku do ludności latynoskiej. Obecnie poziom dialogu na temat imigracji to ze strony wielu republikanów po prostu bełkot. Mowa nie tylko o Teksasie, ale o całych Stanach. Nic dziwnego, że Latynosi głosują teraz w 70 procentach na partię demokratyczną (niebieską). Tak się straci – a nawet już się traci – Teksas.

Demografia nierychliwa – ale sprawiedliwa. Teksaskie mniejszości, razem wzięte, stanowią obecnie w stanie większość (zalicza się on do tzw. majority minority states). Za trzy dekady Latynosi przegłosują białych Anglos, i to nawet jeśli wskaźniki ich frekwencji nadal pozostaną tak niskie, jak w 2012 r. To jest fakt. Fakt dla republikanów przerażający, bo… bo republikanie nie mogą sobie pozwolić na stratę Teksasu! Teksas waży aż 38 punktów elektoralnych, a więc jeśli republikanie stracą Teksas, bardzo możliwe, że na arenie narodowej już się z tego nie podniosą. Robią więc wszystko, co w swojej mocy, aby temu zapobiec – a przynajmniej odwlec porażkę w czasie.

Ale jest przy tym w teksaskich republikanach pewna schizofrenia. Z jednej strony wiedzą, że aby przetrwać, muszą zacząć zyskiwać sobie wyborców latynoskich. Z drugiej strony – wykorzystując strach, niedoinformowanie i niezadowolenie białych wyborców, są w stanie skłonić ich do głosowania w jeszcze większej liczbie i utrzymać się przy władzy jeszcze kilka lat. Nie można wprowadzać w życie obu strategii równocześnie, rzecz jasna, a przynajmniej nie skutecznie. Latynosi tę nieszczerość wyczuwają – i nie wróży to republikanom dobrze.

Na szczęście dla republikanów, elektorat latynoski jest jak dotąd w Teksasie dość apatyczny. W porównaniu do uczestnictwa białych – i czarnych – Amerykanów ich frekwencja jest nikła. Powody są różne: i kulturowe, i logistyczne. Wielu Latynosów pochodzi z krajów, w których zaangażowanie polityczne łączy się z poważnymi reperkusjami. Do tego dochodzą zmiany w amerykańskich prawach wyborczych i towarzyszące im nagonki medialne, a także organizacja samych wyborów.

Na przykład, po zaskakującym wyniku wyborów w 2008 r., kiedy to czarny elektorat po raz pierwszy zagłosował na równi z białym, różne stany wprowadziły kontrowersyjny wymóg pokazywania dokumentu tożsamości ze zdjęciem, przy głosowaniu. Dla Polaków nie jest to nic kontrowersyjnego – ale pamiętajmy, że w Stanach jest to już wymóg dodatkowy. Aby wziąć udział w głosowaniu, wszyscy obywatele amerykańscy muszą się uprzednio zarejestrować i otrzymać legitymację wyborczą, którą przynoszą na głosowanie (od niedawna razem z osobnym dokumentem tożsamości). W Teksasie o legitymację muszą się wystarać z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, przy czym jest ona ważna tylko dwa lata. Jeśli w tym czasie adres się zmieni, trzeba to zgłosić – a wiadomo, że ludzie z nizin społecznych częściej zmieniają miejsce zamieszkania. Poza tym pozostaje także kwestia dnia wyborczego, który przypada w dzień roboczy (wtorek). Okręgi wyborcze mogą zorganizować głosowanie wcześniejsze – na przykład w niedzielę – ale szczegóły zależą od nich, a gierki polityczne w decydujących okręgach potrafią być bardzo brudne.

Z powodu tych niedogodności coraz częściej zaczyna się mówić w kontekście latynoskim o „prawach José Crowa”. Jest to gorzka analogia do Jima Crowa, praw wprowadzanych na Południu po to, aby konsekwetnie utrudniać czarnym wyborcom korzystanie z ich praw obywatelskich. Na ile jest ta gorycz uzasadniona? Trudno powiedzieć. Słyszy się głosy, że obecny układ okręgów wyborczych w Teksasie to przykład praktyki zwanej w Stanach gerrymandering.

Polega ona na takim zmyślnym podziale na okręgi wyborcze, że głosy niepożądane stają się mniejszością w odpowiedniej liczbie okręgów. Obecny podział w Teksasie został podtrzymany, mimo usiłowań posłów demokratycznych i kilku spraw sądowych. (Słychać zresztą inne głosy, że obecny podział to odwet za demokratyczny gerrymandering w latach 90. Ech... polityka. Prawdy nie dojdziesz). Ale faktem jest, że przy dostępie do statystyk i projekcji takie machlojki to dziecinada. Można je też z powodzeniem zastosować w bardziej lokalnym wymiarze, na przykład przy wyborach miejskich radnych. Tym sposobem miasta teksaskie o zdecydowanej przewadze mieszkańców latynoskich, np. niedaleka ode mnie Pasadena, potrafią mieć radę miejską niemal w całości reprezentującą interesy białej elity. Takie czary!

Mimo tych wszystkich zabiegów ze strony partii republikańskiej, pamiętajmy o tym, że już teraz wyniki wyborów w Teksasie zaczynają się nieubłaganie wyrównywać. (Wieje grozą!). W 2008 r. Teksas, spośród wszystkich stanów unii, miał jeden z największych odsetków wyborców głosujących na Obamę (niezły wynik jak na stan rzekomo „ultraprawicowy”). Hillary, mimo wszystkich swoich przewinień, również może się spodziewać nawet ponad czterdziestoprocentowego poparcia. Sporo hrabstw przy granicy z Meksykiem, między innymi El Paso, jest już zdecydowanie niebieskich – i trend zaczyna powolutku pełznąć w górę. Wielu ekspertów powołuje się w tym kontekście na przykład Kalifornii. Również była stanem konsekwentnie republikańskim, o dużym odsetku ludności latynoskiej i dużej gęstości zaludnienia. To właśnie w Kalifornii urodzili się wielcy republikańscy prezydenci Raegan i Nixon. Tymczasem pod koniec lat 80. Kalifornia zmieniła barwę niemal z dnia na dzień. Dziś uchodzi za liberalnego trendsettera. Jak zanuciłby Dylan: „The winds of change are blowing…”.

Kilka słów na koniec. Jak to wygląda w praktyce? Czy rzeczywiście czuję, że mieszkam w bardzo konserwatywnym miejscu? Zaznaczę, że przeciętnemu Europejczykowi całe Stany wydadzą się osobliwie konserwatywne, biorę więc na to poprawkę. Ale prawda jest taka, że Teksas to stan zróżnicowany – zbyt zróżnicowany na to, by można go było odczuwać jednoznacznie jako konserwatywny czy prawicowy.

Takie łatki z o wiele większym powodzeniem można przyczepić słabiutko zaludnionym i o wiele bardziej jednorodnym stanom typu Montana czy Wyoming (ok. trzech punktów elektoralnych). Również patrząc na prawa wprowadzane w ostatnich latach, o wiele bardziej ksenofobiczna i reaktywna wydaje mi się np. Arizona, w której patrol drogowy może sobie legalnie profilować brązowych kierowców, o studia hispanistyczne trzeba walczyć w sądzie, a książki historyków takich jak Rodolfo Acuña, są na uniwersytecie zakazane (!!).

Gdybym miała określić Teksańczyków jedną cechą, która rzuca się w oczy najbardziej, wybrałabym raczej „indywidualiści” niż „prawicowcy” czy „republikanie”. To jest klucz do zrozumienia Teksańczyków. To przeogromni indywidualiści – i to tłumaczy, być może, dlaczego bliżej im na prawo niż na lewo. Bardzo nie lubią, gdy ktoś za nich o czymś decyduje. Nie ufają systemom (i słusznie). Nie cierpią, gdy ktoś dmucha im w kaszę, zwłaszcza jeśli jest to obcy z dalekiego i zimnego Waszyngtonu, ktoś, kto nie wie, „jak to tutaj jest”. Jeżą się nawet wówczas, gdy państwo stara się okryć ich ciepłym kocykiem zapomóg i wygód, bo przecież oni sami się o siebie zatroszczą! Nie będą więc płacić dodatkowo komuś, żeby robił to za nich, i to jeszcze nieudolnie. Łapy precz! Ich indywidualizm idzie w parze z ogromnym, stoickim wręcz poszanowaniem dla cudzej inności. To się wyczuwa i to sprawia, że wbrew pozorom w Teksasie żyje się, jak na Amerykę, miło, interesująco i w dużej mierze bezkonfliktowo.

Moja próbka badawcza jest siłą rzeczy dość mała, ale mam wielkie podejrzenie, że sporo moich teksaskich znajomych – i tych z lewa, i tych z prawa – jest w gruncie rzeczy ukrytymi libertarianami. Lubią żyć i dać żyć innym. Wyznają z gruntu libertariańskie poglądy – szkoda tylko, że nikt z nich na partię libertariańską nie głosuje. Ale to kolejny fenomen dziwacznej amerykańskiej polityki. Jak to ujął któryś z komentatorów po ostatnich wyborach do kongresu (w których to wyborach poza wyborem reprezentanta, należało również wskazać swoje preferencje odnośnie kilku kontrowersyjnych zagadnień społecznych): „Obywatele amerykańscy w większości pragną progresywnych, liberalnych rozwiązań problemów społecznych – i głosują na partię, która tym rozwiązaniom się sprzeciwia”.

***

Większości danych dostarczyły mi dwa artykuły: jeden z New York Timesa i drugi z New Yorkera.
Pozostałych szczegółów dostarczyła niezawodna Wikipedia.
Niestety nie pamiętam, kim był przenikliwy komentator zacytowany na końcu... mignął mi wtedy na twitterze, może go odnajdę.
Share /

2 komentarze

  1. "Bardzo nie lubią gdy ktoś za nich decycyduje". I myślę, że większość ludzi w społeczęństwach wysokorozwiniętych tak ma.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, Lunko! Bardzo się cieszę mogąc czytać Twój komentarz :)

      Co do rządu decydującego za nas… hm… mam wrażenie, że w Europie więcej społeczeństw woli właśnie taką sytuację. Państwa skandynawskie mają bardzo wysokie podatki, ale też niemal wszystko zapewnia im państwo – i sondaże pokazują, że te społeczeństwa należą do najszczęśliwszych na świecie! W Stanach, ideałem libertariańskim i – w teorii – republikańskim jest tzw. minimal government, czyli prerogatywy rządu są minimalne, podatki niskie, a obywatel ma więcej pieniędzy, żeby się o wszystko zatroszczyć. Tyle teoria, a w praktyce… no cóż, oba systemy mają swoje potężne braki, jak to widać zresztą obecnie. Ciężka sprawa.

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo