„Widzisz, to nie jest takie proste” - dopowiada Turnau. - „I ja, i dziwna moja miłość. / Choć coraz prościej gaśnie życie / w prowincjonalnym małym mieście.”
Niedawno w miasteczku oddalonym o jakieś 40 minut od mojego (dokąd jeżdżę czasem po kanwę i wykresy do moich haftów), życie zgasło z iście amerykańską, skuteczną prostotą. Para z Midwestu miała problemy małżeńskie, żona ostatecznie zostawiła męża, załadowała bambetle na swojego pickupa i razem z trójką dzieci przejechała kilkaset kilometrów do Teksasu i wprowadziła się do siostry. Mąż oczywiście nie dał za wygraną. Przyjechał w nasze śpiące, prowincjonalne strony i, ponieważ Amerykanie mają w konstytucji nie tylko prawo do klimatyzacji, ale także do posiadania broni palnej, odszukał rodzinę, ustawił ją szeregiem w salonie i wszystkich zastrzelił. Przy okazji także siostrę żony i jej dzieci. Został złapany tylko dlatego, że po jego odejściu najstarsza córka, którą kule tylko drasnęły, ale przytuliła się jakoś między zabitymi, zadzwoniła na policję i powiedziała, że ojciec udał się do domu dziadków, bo ich także chciał ukarać za pomoc wyrodnej żonie. (Wszystkie te rzeczowniki rodzinne używane w kontekście zbiorowego morderstwa brzmią po prostu nierealnie, choć nie powinny, no bo przecież historia...).
Po co o tym pisać? Jak to kiedyś usłyszałam od znajomego, któremu wspomniałam o rodzinie Żydów zabitych w lesie przez jakiegoś Polaka, bo nie zniósł już presji dokarmiania ich tak długo... „Po co o tym mówić?” I niesmak. I podejrzenia o ideologiczną nagonkę, choć to nie o tym.
Producenci proszków do prania także jakoś nie kwapią się do wypuszczania reklam, na których piękna modelka zachwalałaby detergent idealny do wywabiania mózgu z wykładziny. Chociaż po każdej śmierci, po każdym kryzysie trzeba ostatecznie posprzątać, więc nie jest tak, że nie ma na to żadnego zapotrzebowania.
Z drugiej strony, nie można tak z tym paralelnym światem, w którym wszystkie okropieństwa przytrafiają się komuś innemu, nie mnie, i to zawsze kogoś innego gwałcą rurą, nie mnie, a mój salon jest tylko miejscem spotkań familijnych, a nie rzezi... nie można tak z tym paralelnym światem pupa w pupę się ułożyć do łóżka i na łyżeczki, w jak najlepszej komitywie.
To znaczy, „nie można” nie w sensie niemożności, bo wokół pełno jest przykładów, że jak najbardziej można i się da. „Nie można”, bo jednak taka komitywa ma swoją cenę, i nie jest ta cena aż tak bagatelna, by ochoczo ją płacić z kapitału tego wszystkiego, czym jesteśmy i co sobą reprezentujemy.
Bo nawet Turnau nie wyśpiewa, do czego człowiek jest tak zacięcie zdolny, nie tylko w prowincjonalnym małym mieście...
[Zdjęcie obciętego drzewa: dorobothy].

Brak komentarzy
Prześlij komentarz