Aby oszczędzić oczy i motor, w drogę wybieram się pod wieczór, złocistą magiczną porą tuż przed zachodem słońca. W zabudowaniach na skraju pustyni, gdzie wieczorne powietrze pachnie od hamburgerowego tłuszczu i rozmiękłych frytek, zaopatruję się w dodatkową wodę i wysoki kubek lodów czekoladowych (jedyna zjadliwa rzecz w promieniu dziesięciu mil). Czekam w długiej kolejce za innymi samochodami, aż potężny pan w fioletowym T-shircie z plamami potu pod pachami i na piersiach, doręczy mi papierową torbę z moim zakupem. Złote światło słońca pokazuje mi, jakie mam zacieki na przedniej szybie.
Nie chce mi się odjeżdżać w niebyt, ale trudno, trzeba to trzeba.
Przez pustynię przechodzi się nie tak prosto. Trudno się nawet dopominać o jakieś wskazówki, bo nie ma kogo; ci, którym się udało, przeważnie nie kuszą losu drugi raz i zostają po drugiej stronie. Poza tym tak na dobrą sprawę ma się tylko jeden dzień trzeźwego myślenia; no, najwyżej dwa, zależnie od stanu zdrowia, warunków pogodowych, tempa marszu. Trudno zatem korzystać z rad osób, którym udało się przejść tylko pi razy oko, bo w spragnionym amoku, czasem gdy towarzysze wymiotują już krwią, one akurat trafiły na ślepo w dobry kierunek i psim swędem wypadły śmierci spod ogona.
Na dodatek chodzi właśnie o to, żeby się inteligentnie zgubić. Żeby przejść właśnie takimi ostępami, w które nie zapuszczają się ani strażnicy graniczni, ani przygodni amerykańscy wigilanci, uważający się za samozwańczych obrońców amerykańskiego terytorium. Przez te trzy, cztery dni marszu trzeba tak się zaszyć w garści żywiołu, tak się wtulić w jego linię życia, że radary, czujniki, patrole i ludzkie zmysły nie zdadzą się na nic.
(Znajduje się potem takich wtulonych w pustynię. Przypadkiem, bo wielu się nie znajduje nigdy. Amerykańscy antropolodzy starają się ich resztki zidentyfikować, skatalogować kości, ubrania i święte obrazki, powiadomić rodziny, zapewnić godny pochówek).
Czasem, oczywiście, udaje się człowiekowi w porę ocknąć i inteligentnie odnaleźć. Napotkać jakieś zabudowania, przedmieścia przedmieść, może miasteczko. Udać bezdomnego, nietykalnego, przed którym wszyscy zakrywają twarze. Umęczona postać idąca poboczem autostrady... Nierób jakiś, straceniec. Znaleźć telefon publiczny, z sercem w suchym gardle wykręcić amerykański numer. „Mamá?” - wychrypić. - „Soy yo. Lo logré! Udało mi się. Jestem.”

Brak komentarzy
Prześlij komentarz