Raz, kiedy wracałam do domu pod wieczór, natknęłam się na stado zgromadzone przy śmietniku; akurat niedługo przedtem oglądałam odcinek „Kości”, w którym zdziczałe koty pożarły na parkingu dobre pół ciała zamordowanego dyplomaty, więc poczułam się bardzo nieswojo. Na dodatek na mój widok zwierzęta wcale się nie rozbiegły, tak jak tego oczekiwałam. Spojrzały tylko na mnie chłodno i bezczelnie znad swoich resztek, jakby oceniając, ile na mnie można obgryźć. Nieruchome, intensywne gapienie się istot tak wychudłych, że zaczynam być bardzo niekomfortowo świadoma tego, ile na mnie tego jedzenia jest. Na parę dobrych dni! Moja pisanina, aktywność, wyższe cele, ambicje, ideały i tak dalej, swoją drogą, ale na pewnym szczeblu jestem przecież solidną górą mięsa, i to jak najbardziej zjadliwą.
Stwierdzam, że parking nie jest więc dobrym miejscem do skręcenia sobie kostki lub okazywania innego rodzaju słabości, jak np. rozkminianie dotychczasowych dokonań życiowych czy beczenie w rękaw, względnie w słuchawkę. Szczerze mówiąc, im człowiek starszy, tym wyraźniej sobie uświadamia, że słabość okazuje się w zaciszu własnego kibla i pod odkręconym prysznicem. Tak gdzie indziej, to potknę się, nie daj Boże, upadnę, zemdleję, i już mnie nie ma. Obudzę się bez nosa i policzków, wciśnięta w kręte korytarze czyichś miluśkich jelit, oblepiona włosami i śliną.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz