Serce natomiast ma jak dzwon, mówi mu jego lekarz.
Zanim wprowadziłam się do osobnego mieszkania, mieszkałam z Henrym i jego żoną Annette. Codziennie rano dreptałam do kuchni i zaparzałam ogromny dzbanek mocnej kawy, bo jak to powtarza Henry, on wcale rano kawy pić nie musi, ale jak jej nie ma, to kogoś zabije. A w przypadku Henry’ego nie musi to być wcale figura stylistyczna, podkreślam. Tak więc kawa zawsze jest.
Znad swojego kubka wielokrotnego użytku, Henry opowiada mi o tym, kto jego zdaniem zabił Kennedy’ego i Marilyn Monroe. Opowiada mi także, jak pogonił facetów z CIA, którzy przyszli go wystraszyć pewną nocą w opuszczonym domu, po tym, jak już złożył agencji wymówienie („Burdel macie w tych swoich papierach! Ja już dla was nie pracuję, w żadne nowe zlecenie wrobić się nie dam tylko dlatego, że wam się tyłków ruszyć nie chce!”). Szczegółowo identyfikuje mi miejsca, w które należy człowieka uderzyć, aby go jednym ciosem unieszkodliwić. (Wyjaśnia mi też, dlaczego na filmach akcji zamachowcy strzelają dwa razy: raz w wątrobę i raz w głowę, dla pewności). Oświadcza mi kategorycznie, że przeciągające się sceny walki na noże albo pięści to wyobraźnia filmowych choreografów: „Jak walka trwa dłużej niż dwie minuty, to wiadomo, że żaden nie ma pojęcia o tym, co robi”. Albo na przykład przystaje przy mnie, gdy mijamy się w kuchni, między blatem a wyspą utworzoną z wielkiej drewnianej deski do prasowania, i wymacuje jakieś miejsce na mojej szyi: „Jeden ruch, i twoja czaszka zeskakuje z kręgosłupa”. Ogólnie przemiły człowiek. Bardzo także oczytany; książki wręcz pochłania. Kupuję mu „Lektora” Schlinka, kupuję mu „Malowanego ptaka” Kosińskiego, „Chłopca z latawcem” Hosseiniego i ogólnie do teraz, jak natknę się na coś, co by mu się podobało, to kupuję.
Czasem wpadam tylko po to, by mu przynieść wielki lukrowany grzebień z mojej ulubionej piekarni, bo Henry lubi sobie osłodzić życie. Rozwija ostrożnie papierową torebkę, na której widać już plamy cukru roztopionego w teksaskim upale, i za każdym razem jest zdziwiony. „Przyniosłaś mi grzebień??” - pyta, jakbym po ten grzebień musiała przechodzić przez Aleję Snajperów. Nie przymierzając.
Na Boże Narodzenie daję mu drewnianą plakietkę do postawienia przy fotelu, z napisem: „Człowiek instant: Dodać kawę”. Strasznie nam się ta plakietka podoba, nie możemy się naśmiać. Pstrykam mu przy niej fotkę; Henry dumnie rozłożony w swoim fotelu, przykryty wełnianym kocem aż po szyję, patrzy prosto w obiektyw z małym uśmieszkiem, za chwilę zacznie mruczeć z zadowolenia! W niektóre dni jest mu strasznie zimno, trudno mu się rozgrzać.
Trochę mi go teraz brakuje. Mąż nie pija kawy, więc rano parzyć nie ma komu. Brak mi kogoś, kto tak jak Henry wyszedłby przygarbiony z sypialni i zapytał mnie zbolałym głosem: „Czy ktoś zrobił kawę?” Potwierdziłabym tryumfująco. A on odpowiedziałby tak jak zwykle: „Błogosławiona niech będzie twoja mała spiczasta główka”.
Głupot takich człowiekowi brak, głupot. Nie wielkich rzeczy. Głupot.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz