Kilkadziesiąt kilometrów za San Antonio, przy autostradzie międzystanowej nr 10, znajduje się widoczne z szosy niewielkie gospodarstwo, a przy nim wielki znak: „HAY SALES”. Ponieważ zwykle w San Antonio mój mózg porasta językiem hiszpańskim, jak pluszowym mchem, znak ten nieodmiennie wytrąca mnie z równowagi. Przez chwilę bowiem wydaje mi się, że znak ogłasza po prostu fakt wyprzedaży, mieszając angielski z hiszpańskim. Mija kilka długich sekund, zanim mój mózg otrząśnie z siebie niewłaściwy język, otrzepie się z jego poszycia i wymaca w kieszeni właściwy sens zarejestrowanego transparentu. Wreszcie jest. „Sprzedaż siana”. W tym momencie uświadamiam sobie, że nie ma mnie już w San Antonio.
W San Antonio bywam średnio kilka razy na miesiąc. Lekko trzysta czterdzieści kilometrów od mojego domu, czyli niewiele ponad trzy godziny jazdy, czasem cztery, jak na autostradzie zdarzy się jakiś wypadek. Kilka razy na miesiąc zaczynam więc dzień od jajecznicy z potężną dawką superostrych papryczek jalapeños i fury opiekanych ziemniaków, oczywiście w towarzystwie wszędobylskiej smażonej fasoli. Tylko w San Antonio!
Oczywiście mam świadomość, że tym jeżdżeniem w tę i we w tę setki kilometrów wpasowuję się w potężną amerykańską kliszę. Wsiadam w gigantyczny samochód i odjeżdżam w siną dal lub w zachód słońca, co tam akurat mam pod ręką, i tak sobie pomykam przed siebie, sto dwadzieścia, sto trzydzieści, kilka godzin, z zadziornym Marsalisem w głośnikach, tą trąbką nieco przedmuchaną, która jakby nie do końca trafia w dźwięk, a jednak wiedzie mnie ku harmonijnemu rozwiązaniu... Beztroska! Przez kilka godzin nic nie muszę robić. Tylko trochę uważać. Tiry wymijać. Patrzeć, co tam akurat na sobie wiozą. Jakieś monstrualne rury z cementu, przez które spokojnie mogłabym przebiec nawet z zadartą głową, w najwyższych moich szpilkach. Samochody nieuleczalnie zgniecione, w ostatniej podróży na złom. Chemikalia w ogromnych srebrnych kontenerach. Inne tiry - to jest dopiero widok! Dwa giganty złączone odwłokiem, dwie samochodowe głowy, jedna odwrócona przodem do kierunku jazdy, druga tyłem. Kiedy się jedzie za taką hybrydą i patrzy się w nieruchome ślepia przewożonego tira, ma się stałe, niepokojące poczucie nadchodzącego zderzenia czołowego. Długo nie potrafię takiego napięcia znieść, więc dodaję gazu, zmieniam pas i zostawiam niepokój w tyle.
Krajobrazu niestety brak. W porywach rozpaczy mówię sobie, że to chyba najbrzydsze miejsce na świecie. Długa, niczym niezakłócona jazda działa jednak uspakajająco. Brat mi powiedział, że kiedy kupił samochód, poczuł, jak otwiera się przed nim świat. Widzisz przy drodze tabliczkę z napisem i czujesz, że przecież możesz w tę stronę skręcić, możesz tę miejscowość zobaczyć! Mnie jednak interesuje druga strona tego równania. Bo na podobnej zasadzie, można przecież w swoją stronę nie skręcić. Udać, że się o skręcie zapomniało, jak gdyby nigdy nic zignorować ten narzucony okolicznościami imperatyw, zagrać krupierowi na nosie, pojechać dalej, coraz dalej, znaleźć swój Wielki Kanion i w nim zniknąć na zawsze, zaswingować własną śmierć i stworzyć inne życie, lepsze - to sprawa dyskusyjna, ale na pewno inne, zupełnie inne!
Kiedy więc ostatecznie skręcam w swoją stronę, przenika mnie rozedrgana świadomość, że mogłam nie skręcić. Ponownie wybieram to, czego mogłam nie wybrać. Jest w tym pewna potęga.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz