Babcia jest Niemką.
„Ale taką prawdziwą Niemką, czy Niemką z Mazur?” - zapytał mnie starszy Niemiec-imigrant, w którego piekarni kupowałam chleb wieloziarnisty i kilka obiecujących bułeczek obsypanych ziarenkami, ale, jak się później okazało, zabarwionych karmelem. Szyld na zewnątrz ogłaszał po angielsku, że znalazłam się w niemieckiej piekarni i kawiarni, i eksponował flagę teksaską i niemiecką. Miejsce obwieszone było niemieckimi suwenirami, zestawionymi bez większego ładu i składu. Tu kamionkowe, pękate kubki malowane w kwiaty, tam ozdobne deski do krojenia chleba, stos podniszczonych, niemieckich Pań Domu, rzeźbiona fajka, barometr z panią i panem w bawarskich ubraniach, szklanica na napiwki w czarno-żółto-czerwonej skarpecie. Na jednej ze sklejkowych szafek leżał na grzbiecie teksaski armadillo (pancernik) z butelką wściekle różowego szampana w łapach. „A kim jest pan?” - chciało mi się zapytać. Zwłaszcza po spróbowaniu piekarnianego Bratwursta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa jedyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa jedyna. Pokaż wszystkie posty
Warszawa jedyna
Wpadam do Warszawy jak po ogień, z ciałem zmaltretowanym transatlantyckim lotem i duszą wymiętą i pokonaną. Przez ostatnie dwa miesiące, niepostrzeżenie zrobiłam się stara. Dokopywał mi każdy dzień. Czuję okropne przeświadczenie, że już nigdy w życiu nie spotka mnie już żadne dobro. Nie chce mi się o nic walczyć, o nic ujadać, nie chce mi się zbawiać świata, chce mi się tylko zwinąć w kłębek i pokazać wszystkim tyły.
Przede wszystkim chce mi się spać. Zaspać na wszystkie najważniejsze sprawy świata.
Przede wszystkim chce mi się spać. Zaspać na wszystkie najważniejsze sprawy świata.
historie prawdziwe
Warszawa jedyna
Małe pomieszczenie do załatwiania różnych ważkich spraw. Jedno okienko do informacji, jedno do warszawskiej karty miejskiej, jedno nieczynne i jedno do zakupu biletów PKP. W małym pomieszczeniu, luźny obwarzanek kolejki. Wchodzę i pytam, kto jest ostatni. (Pierwszy dzień w Polsce, prosto niemal z lotniska, w prochowcu zalatującym piwnicą, na lekkim niedospanym gazie). „Ja” - oznajmia pani z drugiego końca małego pomieszczenia, okutana we wrzosowy płaszcz z mechatej wełny. Przedostatni jest ktoś przy drzwiach. Starszy pan, który jest trzeci od końca, przycupnął sobie na jednym z pięciu twardych plastikowych siedzeń w środku pomieszczenia. I tak dalej. Kolejka jak gra w klasy: skacz gdzie bądź.
Stoję pośrodku pomieszczenia, bo nie ma gdzie indziej, i ukradkiem śledzę panią we wrzosowym płaszczu, po której mam prawo podejść do mojego okienka. Za chwilę wchodzi kolejna osoba i przeprowadziwszy wstępny wywiad, wypowiada magiczne: „To ja po pani!” i zaczyna skrzętnie obserwować mnie. Chcę kupić bilet na pociąg, więc po cichu wydaje mi się, że jedna kolejka nie ma większego sensu, skoro każdy ma, podejrzewam, nieco inną sprawę do różnych okienek. Ale odpływam już w przyjemny marazm rozmazanej odpowiedzialności.
Stoję pośrodku pomieszczenia, bo nie ma gdzie indziej, i ukradkiem śledzę panią we wrzosowym płaszczu, po której mam prawo podejść do mojego okienka. Za chwilę wchodzi kolejna osoba i przeprowadziwszy wstępny wywiad, wypowiada magiczne: „To ja po pani!” i zaczyna skrzętnie obserwować mnie. Chcę kupić bilet na pociąg, więc po cichu wydaje mi się, że jedna kolejka nie ma większego sensu, skoro każdy ma, podejrzewam, nieco inną sprawę do różnych okienek. Ale odpływam już w przyjemny marazm rozmazanej odpowiedzialności.
Warszawa jedyna
Żegnamy się na Centralnym. Bardzo bolą mnie poduszeczki stóp. Pociąg kolei regionalnych zatrzymuje się w pierwszym i drugim sektorze, a mi obcasy przyrastają do kafli i nie chce mi się daleko podchodzić, bo tu jest moje oswojone miejsce. Macham Ci więc rękawiczką z oddali. Wskakujesz lekko do środka, siadasz w prawie pustym wagonie, wyjmujesz książkę, jakiś opasły paperback. Nie chce mi się patrzeć. Dworzec zalega wilgoć, jak Syberię wieczna zmarzlina. Pod sufitem kołacze się zapodziany gołąb, w konsternacji, gdzie podziało się niebo. Sufit kiedyś był ciemny i tajemniczy, a teraz po remoncie zawieszono pod nim rząd płaskich stalowych głośników i zrobiło się jewropejsko.
Powinnam zacząć korzystać z Warszawy Wschodniej. Ten paskudny centralny wyświechtałam już pożegnaniami i powitaniami. Trudno powiedzieć, które z tych dwóch nieszczęść jest bardziej opłakane w skutkach.
Powinnam zacząć korzystać z Warszawy Wschodniej. Ten paskudny centralny wyświechtałam już pożegnaniami i powitaniami. Trudno powiedzieć, które z tych dwóch nieszczęść jest bardziej opłakane w skutkach.
Warszawa jedyna
Najlepszą kawę robi Babcia. Nie ma tu nawet za bardzo jakiejś poważnej rywalizacji, po prostu tak jest i już. Coś w wodzie na terenach byłego warszawskiego getta, coś w proporcjach soli i cukru waniliowego, które nigdy mi idealnie nie wychodzą; jakieś opium, żeby tak cichcem zerżnąć z Musierowicz, jakieś opium w tej kawie jest. Trzeba się po tę kawę wspiąć trzy piętra i już od parteru czuć jej słodko-gorzki smak w tyle języka. Później siedzimy sobie razem przy rozkładanym stole w saloniku, Babcia po królewsku wyprostowana na krześle, ja na niskiej zapadającej się sofie, tak że muszę na Babcię patrzeć od dołu i znowu jestem dzieckiem, jestem mała i zacudowana, w oczach mam wielkie pelargonie i zieloność za oknem, a Babcia się mną opiekuje. U Babci nic się strasznie złego stać nie może, jak u Tiffany’ego, na pewno! Babcia zaciąga się - z braku lepszego słowa - zaciąga się pierwszym łykiem kawy, smakuje, po czym mówi sobie na głos, w sumie nie do mnie, po prostu sobie samej, z takim egzystencjalnym samozadowoleniem: „Guten Kaffee hab’ ich gemacht.” Dobrą kawę zrobiłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

