przeżyć: sukces

czwartek, 24 września 2015

Wpadam do Warszawy jak po ogień, z ciałem zmaltretowanym transatlantyckim lotem i duszą wymiętą i pokonaną. Przez ostatnie dwa miesiące, niepostrzeżenie zrobiłam się stara. Dokopywał mi każdy dzień. Czuję okropne przeświadczenie, że już nigdy w życiu nie spotka mnie już żadne dobro. Nie chce mi się o nic walczyć, o nic ujadać, nie chce mi się zbawiać świata, chce mi się tylko zwinąć w kłębek i pokazać wszystkim tyły.

Przede wszystkim chce mi się spać. Zaspać na wszystkie najważniejsze sprawy świata.

„Pojedź tramwajem” - mówi mi Babcia, patrząc z przerażeniem na moją cud-walizkę. Walizka co prawda małych rozmiarów, ale ledwo zdała test wagowy na lotnisku; wyładowana jest elektroniką dla krewnych i znajomych korzystających z niskich zagranicznych cen i życzliwości mojego serca. Zwykle prychnęłabym na tę radę z pogardą, bo na dworzec jest od Babci kwadransik na piechotę, ale życie przez ostatnie miesiące dało mi tak mocno w kość, że nie za bardzo wierzę we własne możliwości. Nie spałam prawie dobę, ramiona mam drętwe od dźwigania dwóch wielkich laptopów, żołądek zawiązany w kilka supełków, a stopy obolałe. Już czuję, że wszelkie szeroko zakrojone przedsięwzięcia przegram walkowerem.

W tym stanie ducha dochodzę do wniosku, że Babcia ma rację, rzecz jasna. Turkoczę się potulnie do sąsiedniego bloku kupić bilet. Potem przechodzę przez skwerek przed kościołem św. Karola Boromeusza. Skwerek ziemia święta: w czasie okupacji grzebano tu mieszkańców; sam budynek też został porządnie przez hitlerowców okaleczony: wysadzono mu prezbiterium i boczne kaplice. Odratowaliśmy go jednak. Stoi pięknie podświetlony, cieszy oko. Teraz nie sposób nawet poznać, że kiedyś tak go zgnojono. Słyszę czasem, że Warszawa się zmienia, że centrum wymiera, że coraz większa brzydota, że to bezduszna metropolia. Pieprzenie. Takie miejsca jak Wola nadal działają jak defibrylator dla serca, któremu nie chce się dalej bić. Witam się z kamiennymi świętymi stojącymi we wnękach: z błosławionym Kadłubkiem, ze Stasiem Kostką. Oni jak zwykle kiwają nade mną głowami. „Dziewczyno, ty to zawsze z jakimiś ciężarami chodzisz. Rzuć je tu do nas pod krzyż”. Bo walizka na kocich łbach, na zrębach chodników wyłamuje mi ramię z barku i hałasuje jak karabin maszynowy, zacięta i złowroga: pach pach pach pach pach...

Cmentarz przed kościołem; w tle nawa. Foto niemieckie. CC BY-SA 3.0 de via Wikimedia Commons. Źródło
Przy salonie fryzjerskim Empire przechodzę pasy, zaczynam iść wzdłuż Jana Pawła i niepostrzeżenie mijam mój przystanek. Nie chce mi się zawracać i znowu czekać na światłach, więc myślę: Za chwilę będzie kolejny. Nie pamiętam gdzie dokładnie, więc muszę uważać. Ale jak tu uważać, skoro zapada wczesny zmierzch, pora w metropolii magiczna: mieszkańcy kończą pracę, rozpinają marynarki, luzują kołnierzyki, zamykają biura, łapią oddech. Kobiety zmieniają szpilki na balerinki albo odwrotnie: adidasy na szpilki, bo to przecież wieczór, czas na przyjaźnie i miłości. Telefony idą w ruch, tempo zwalnia, ulice korkują się miarowo, choć nie ma już tej gniewnej adrenaliny, która towarzyszy porannym zatorom: kierowcom jest wszystko jedno, gapią się przez okna w zmęczonym zawieszeniu. Idę ulicą Jana Pawła i głowa sama zatapia mi się w chmurach; coś tam mnie z tyłu ciągnie, raban robi, a ja zupełnie nie kontaktuję. W Bombay Masala, restauracji indyjskiej na rogu Grzybowskiej, powoli robi się tłoczno. Zaglądam im bezwstydnie w wielkie okna. Na białych obrusach widzę lampki wina, kolorowe szklanki, rozwartokątne martini. Fajrant. Po drugiej stronie Grzybowskiej, na przeciwległym rogu, leci w górę jak rakieta oszklona winda hotelu Hyatt. Gapię się z otwartymi ustami, bo światło zielone pozwala na siebie czekać. Na niebie różowa łuna po zachodzie słońca.

Przystanek oczywiście mijam ponownie. Dochodzę już do Ronda ONZ, więc sprawa jest oczywista: teraz to nie opłaca mi się nawet taszczyć tej potwornej walizki na stopnie tramwaju. Czyżbym niechcący dotoczyła się do dworca? Może jednak na coś jeszcze mnie stać, jakieś tam siły mam, zapodziane po kątach wymęczonego jestestwa. Może jednak zdołam osiągnąć sukces przeżycia.

Do luksusowego wspominania na czarno-białych zdjęciach.

Matka Boska Łaskawa, stojąca (nadal) przed kościołem. NB patronka Warszawy. Choć jestem protestantką, to jakoś z biegiem czasu postać Matki coraz bardziej do mnie przemawia. CC BY-SA 3.0 de via Wikimedia Commons. Źródło
Jakoś chwyciło mnie za serce to zdjęcie. Ilu przeżyło, ilu nie zdołało? Róg Chłodnej i Waliców. CC BY-SA 3.0 de via Wikimedia Commons. Źródło
Share /

6 komentarzy

  1. Oj, sama chętnie uklękłabym przed Matką Boską Łaskawą, bo łask nigdy dosyć mojej zachłannej duszy. A ciężary sama zrzuciłabym świętym pod krzyż, tylko dziwnie jakoś się mnie trzymają. Fajnie to wszystko ujęłaś. Udanego pobytu w stolicy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci serdecznie, Limonko! Przez kolejne miesiące mam mega duży projekt, stąd moja niemal kompletna nieobecność w blogosferze i ogólnie w internecie :) Ale dziękuję Ci jak zwykle za dobre słowa. I życzę Ci wielu łask, bo tych rzeczywiście nigdy nie dość :) Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Wiesz, wstyd się przyznać, ale byłam w Warszawie tylko raz w życiu do tej pory. I to przez 3 dni. Jak zwykle pięknie ją opisujesz, a ja przytakuje cicho nad Twoim opisem tłukących się walizek, które ciągnęłaś po kocich łbach. Ile to walizek zmuszona byłam pożegnać po moich krakowskich przeprawach. Wierzę, że po tych zmaganiach będzie lżej i przyjdzie pogodniejszy czas, Ty też przecież o tym wiesz :) Spokoju Ci życzę i pozdrawiam ciepło ciepło! Udanego pobytu w naszej strefie czasowej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warszawa to niezwykłe miasto, choć bardziej centrum wolę właśnie Wolę :) Jednak jest coś w tym, że chodzi sie uliczkami z Pianisty, na niektórych murach widzi się ślady po kulach, a wśród kocich łbów biegnie metalowy napis: "Tu w latach okupacji stał mur getta". Gorąco polecam, kiedy będziesz miała chwilę. Nie Złote Tarasy, Nowy Świat czy inne bajery centrum, tylko właśnie Wola. Cmentarz żydowski, Muzeum Żydów Polskich otwarte niedawno, Muzeum Powstania Warszawskiego, obiad gdzieś w barze mlecznym, które teraz przeżywają renesans, wszystko właśnie tu. Serdeczności :)

      Usuń
  3. Każda zmiana i rewolucja w życiu, odejście od rytyny w jakiś sposób jest atakiem na nasza strefę komfortu. Piękny opis Warszawy, życzę abyś jak najszybciej zaaklimatyzowała się w Lubljanie:)) Wiesz przecież, że każdy zły dzień i każda chandra mija:))) Serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciepło pozdrawiam i Ciebie, Lunko! Przepraszam, że znikłam trochę z internetu, ale mój projekt jest dość absorbujący, więc wypływam na powierzchnię tylko okazjonalnie, a zaraz potem znowu daję nura w sprawy służbowe. Dzięki za wyrozumiałość i dobre słowa. Ljubljana jest cudna, myślę, że nie miałabym nic przeciwko, żeby zostać tu na stałe, ale cóż... Tymczasem cieszę się na nasze styczniowe spotkanie :) Serdeczności!

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo