patrol świtu, mordownie

środa, 2 września 2015

Początkowo sądzę, że suchość zauważam tylko ja, że tylko ja budzę się w środku nocy z mózgiem wyschniętym na wiór. Ale gdy swoim zwyczajem zaczynam zadawać tubylcom pytania, odkrywam, że jest to pierwsza rzecz, na jaką się uskarżają, bez żadnych sugestii z mojej strony. Po kilku dniach upału, niebo nad Albuquerque zaciąga się chmurami i tak sobie trwa przez cały kolejny tydzień. Znajomy marszczy czoło, patrzy w górę i macha ręką. „To właśnie są burze w Albuquerque” - mówi ze zniecierpliwieniem. - „Chmurzy się cały dzień, spadną trzy krople i ot, cała nasza ulewa”. Wracamy właśnie do domu i na przedniej szybie pojawiają się sporadyczne maźnięcia. Trzy dosłownie, jakby na zamówienie niebo zesłało argument do jego tezy. Potem znów nic: śluzy zawarte, luźna śrubka na powrót przykręcona. Znajomy posiada piękny ogród, który codziennie rano i wieczorem podlewają automatyczne zraszacze. Bez nich zamiast ogrodu miałby krajobraz pustynny, porosły niskimi, okrągłymi krzewami i kaktusem.

Kanion Frijoles położony w paśmie Jemez, ok. godziny drogi od Albuquerque. Kształtowany rzeką, która latem, jak widać, znajduje się w stanie agonalnym, choć przy ulewnym deszczu potrafi wezbrać gwałtownie i wyrządzić wiele zniszczenia. Suche drzewo wyrwane z korzeniami (po prawej) to właśnie skutek takiej błyskawicznej powodzi.
W internecie znajduję na temat Albuquerque dużo dobrego. Czytam o prężnym rozwoju osiedli sypialnianych, niskich cenach nieruchomości, otwartym rynku pracy, dynamicznym przemyśle metalurgicznym i bardzo dobrych warunkach życia, zwłaszcza dla rodzin z dziećmi. To ostatnie, o dobrych warunkach życia, biorę z przymrużeniem oka: Albuquerque to typowe południowoamerykańskie miasto, zaplanowane tak, że aby cokolwiek załatwić, należy najpierw zapakować się w samochód i przejechać pół miasta autostradą. Architektura w centrum jest szklana i klocowata, a charakterystyczne fasady z wszechobecnej gliny adobe sprawiają, że budynki wyglądają dość monotonnie: wszędzie ten sam piaskowy kolor, wszędzie podobnie wystylizowane, prostokątne konstrukcje z płaskim dachem i krokwiami wystającymi po bokach.

Poza tym jednak miasto da się lubić. Zdecydowanie ułatwiają to malownicze góry, które widać zwykle na horyzoncie. (Podczas mojego pobytu widoczność była niestety fatalna: całe miasto spowijała zasłona dymna, ciągnąca znad trawionej pożarami Kalifornii). Z uwagi na półokrągłe masywy, góry wokół miasta nazywane są z hiszpańska „arbuzami” (Sandias). Arbuzowa jest też skała: czerwonawa i porosła krzewiastą wegetacją, która przy odrobinie wyobraźni może się kojarzyć z zieloną łupiną arbuza. W górach wytyczone są szlaki wycieczkowe i wspinaczkowe; znajdują się wyciągi narciane, dalej w okolicy ciągnie się wiele rezerwatów indiańskich i parków narodowych.

Spojrzenie w dół z Sandia Peak, 3163 m npm, plecami do miasta.
Oprócz tego co roku w październiku odbywa się w Albuquerque wielka balonowa fiesta, największa tego typu impreza na świecie. W ciągu dziewięciu dni uczestniczy w nim około pół tysiąca balonów różnej maści i kształtu. Odloty są koordynowane, a pierwsza fala ma miejsce jeszcze przed świtem: balony kołują nad miastem i lądują z nastaniem poranka. Potem startują kolejne i kolejne, aż na nieboskłonie robi się tłoczno od pękatych balonowych powłok. Nawet ci, którzy nie zrywają się bladym świtem, żeby zobaczyć start Patrolu Świtu (Dawn Patrol), mogą podziwiać rozmaite kształty i kolory podczas drogi do pracy, prosto z autostrady.

Przygotowywanie do odlotu, wczesne godziny poranne. Bardzo zimno. Jeśli kiedyś będziecie w Albuquerque, sugeruję nie wkładać na tę imprezę sandałów: to nie Teksas, tylko surowy górski klimat.
Albuquerque skradło mi serce już dawniej, gdy przyjechałam tutaj kilka lat temu właśnie na festiwal balonów, więc wiem, że nie mogę być względem tego miejsca zupełnie obiektywna. Ale i tak dziwi mnie, że jednak słyszę od mieszkańców miasta sporo głosów sceptycznych, a nawet negatywnych. Słyszę narzekanie na wysokie bezrobocie i kiepski rynek pracy, nad którym liczą się układy i znajomości. Dużym problemem jest handel heroiną, który w ostatnich latach przeżywa wielki boom. Jak zwykle słyszę standardowe przestrogi, żeby nigdzie samej nie chodzić, nawet do kawiarni za rogiem nie, bo hotel znajduje się w „złej” okolicy. (Chociaż po prawdzie, co może stać się na ulicy, przy której stoi pięć hoteli, dwie restauracje, Walmart i dwa małe kompleksy handlowe? Opcje są dosyć ograniczone). Nie pozwolono mi także wybrać własnego hotelu, bo „nie chcemy, żebyś trafiła do jakiegoś Murder Inn” (czyli mordowni / nożowni, mówiąc językiem mojej Mamy). Prawdą jest, że wskaźnik przestępczości w Albuquerque jest prawie dwa razy wyższy niż w całych Stanach Zjednoczonych - a więc dość konkretny. Prawdopodobieństwo, że padnę ofiarą poważnego przestępstwa, wynosi jeden do szesnastu.

Znajduję jednak także ludzi, którzy mieszkają w tych okolicach od pokoleń. Nie wyobrażają sobie przeżycia ani jednego dnia bez zielonego chili, czyli ostrego sosu, z którego słynie cały Nowy Meksyk. (Przy zamawianiu czegokolwiek obiadopodobnego padnie zwykle pytanie: „Chili czerwone czy zielone?”. Należy na to odpowiedzieć: „Bożonarodzeniowe”, co oznacza, że oba kolory zostaną rozlane na potrawie, tworząc malownicze ying i yang). Znajduję ludzi, którzy z dumą mówią mi, że ich rodziny były tu od XVII w., że są potomkami hiszpańskich osadników, którzy osiedlili się w tych stronach, jeszcze zanim postawiono tu jakiekolwiek zabudowania, jeszcze zanim gubernator prowincji ochrzcił osadę na cześć wicekróla Nowej Hiszpanii. Znajduję konsekwentnie ludzi, którzy mówią mi, że nigdy by tych stron nie opuścili, bo tu właśnie jest ich dom (środek ich widnokręgu - odzywa się we mnie Myśliwski).

Balony mają najróżniejsze, najbardziej fantastyczne kształty... tu niestety zdjęcie stare, ale na festiwal muszę koniecznie pojechać znowu!
Share /

3 komentarze

  1. Chętnie wybrałabym się na festiwal balonów. Lubie takie imprezy, podczas których można się zagapić i zamyślić. Wydaje mi się, że obserwowanie unoszących się balonów wypełnionych światełkiem skłania do mimowolnego filozofowania. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takkkkkkk!!!!!!!!! Festiwal balonów to jedna z fajniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek tu w Stanach widziałam :) organizują też w Europie, ale w Albuquerque jest największy. Kiedyś było ich nawet więcej, do 2500 balonów, ale stwierdzili, że logistycznie nie dają rady, bo jednak trzeba ten ruch jakoś skoordynować, gdzieś te balony muszą wylądować etc. Może gdzieś w Twojej okolicy organizują coś podobnego? Samym balonem nie latałam, ale bardzo chcę :) To droga impreza, ale kiedyś muszę się szarpnąć :)

      Usuń
    2. A wiesz, że poszukam. Ale nie sądzę, żeby Włosi mieli zwyczaj puszczania balonów w świat :) Ścigają się konno, w gondolach, ale o balonach nie słyszałam. Za to, w Sylwestra, palą wraz ze starym rokiem wielki czajnik ustawiony na głównym placu ;)
      A szarpnij się! A później to opisz :) Myślę, że warto. Też bym poleciała, mimo paskudnego lęku wysokości!

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo