W tym domu nie ma światła. Wnętrza oświetlane jedną zaćmioną żarówką są jeszcze bardziej przygnębiające niż egipski mrok. Zastanawiam się, czy ja też będę tak mieszkać, kiedy będę starsza i stawanie na stołku z rękami nad głową będzie dla mnie wyczynem dnia, przyprawiającym o palpitacje serca bardziej niż gorący seks. Czy ja też będę do żyrandola na cztery żarówki wkładać jedną-dwie, najniższy wat, najniższy koszt. Migoczący telewizor też przecież rozpędza mrok.
Za oknem jasno i słońce, choć nikt tu tego nie zauważa. Każde okno szczelnie zasłonięte żaluzjami, na których zalega stary, zaschnięty już kurz, scalony z plastikiem na wieczność. A na tym nieszczęściu skrzętna warstwa zszarzałej zasłony. Pierwszy rok na emigracji starałam się odsłaniać żaluzje. Najpierw uprzejmie godzono się z tym zapędem, ale później odbywano ze mną poważną rozmowę. Zniechęcił mnie w końcu ten strach. Ten amerykański strach, że niezidentyfikowani (i prawdopodobnie czarni) obcy przyjdą po telewizor, po wideo, po niezliczone a drogocenne rupiecie, których przez lata własną krwawicą naskładaliśmy: pudełka z nieużywanymi butami, duperele w panterkę, ramki na zdjęcia bez zdjęć, stosy płyt, których nikt od dawna nie słucha, wytrzeszczone lalki Barbie, choć od kilkunastu lat nikt tu nie był młody. Dałam więc za wygraną, ale prawdą jest, że straszliwie męczę się w domach bez światła. Moją własną duszę również wtedy ogarnia gęsty mrok.
Pod ścianami mrocznych pomieszczeń umierają latami te drogocenne rzeczy, ustawione w praktyczne, sięgające bioder stosy: książki i torby, płyty i papiery, kupy nieposkładanych ubrań wyjęte któregoś dnia z suszarni i tak zostawione na amen i na kolejne miesiące. Bywam w tym domu regularnie od kilku lat i za każdym razem słyszę mit o zbliżającej się wyprzedaży garażowej. Rzeczy jednak w ogóle nie ubywa i w sumie, jeśli brak siły na wkręcenie żarówki, to jak mieć siłę na pozbycie się znaczącej liczby rupieci? Ja, osoba z zewnątrz, nie mam prawa pomóc, bo stosunek do własności jest tu mocno zaborczy. Bez wyraźnej zgody właściciela niczego nie wolno tknąć. Więc stoi. Wszystko zdecydowanie potrzebne, wszystko zdecydowanie zapomniane, wszystko zakurzone i zżółkłe. Sypialnie pełne, salon zagracony, oba garaże pełne papierów, gnijących mebli i ubrań. Samochody muszą stać na zewnątrz. Iskra, jeśli pójdzie, to jak w stóg siana.
Po monitorze laptopa łażą maleńkie faraonki. Im jest tutaj dobrze. Wśród sterty kosztownych śmieci nikt ich gniazda nie odkryje. Przede mną kupa papierów i skaner, bo od kilku tygodni nic innego w wolnym czasie nie robię, tylko skanuję urzędowe bzdety. Wypełniam formularze i siłą rzeczy sama wpisuję się w ten bełkot. Wybełkotałam A, trzeba teraz wybełkotać B.
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Chyba nie dałabym rady żyć w ciemnym, odgrodzonym od świata mieszkaniu/domu. Kiedy mogę (i nie mrozi, bo jak mrozi to mój prycha, że wietrzę domowe ciepełko) otwieram okna, okiennice i wszystko co możliwe na oścież, prawie, że zapraszając "chodź słonko, wejdź, ogrzej". Zupełnie jakby te słoneczne promienie raz oświetliwszy moje biurko, mieszkanie, kafetierę miały na zawsze pozostać tam i w moim życiu. Słońce jest dobre :) A poza tym, przecież sam strach przez złem, przyciąga zło. Po co więc się martwić na zapas? I zasłaniać. Życzę Ci bezbolesnego bełkotania B i dużo światła :))
OdpowiedzUsuń