malowidła z barrio

wtorek, 15 września 2015

W niedzielę zrobiłam sobie chwilkę odpoczynku od notatek z Albuquerque (notatek trochę mentalnych, trochę zapisywanych idiolektycznymi skrótami na marginesie materiałów szkoleniowych, trochę wypunktowanych na hotelowych bloczkach, które namiętnie zbieram). W ciągu ubiegłego miesiąca zaliczyłam cztery amerykańskie miasta: Albuquerque, Houston, Austin (króciutko, Piotrze!) i San Antonio. Natomiast w przerwie między wojażami zdołałam najwyraźniej sprowokować gniew wszystkich mocy piekielnych, bo ilość awarii i nieszczęsnych splotów okoliczności przeszła wszelkie ludzkie pojęcie: siadł klimatyzator, spontanicznie ciekła woda w zlewie łazienkowym, na pięć dni padł samochód, fochy strzelał komputer, niebacznie upgrejdowany do Windows 10, i tak dalej. A to tylko złośliwość rzeczy martwych, bo tej od ludzi wcale nie brakowało.

Siedzę więc teraz w domu oszołomiona trochę tą siłą złego, w ramach rekonwalescencji piję piwo i pakuję się na Słowenię. A konkretnie staram się zaplanować to pakowanie zdalnie, bo sęk tkwi w tym, że od jakichś dwóch lat zaczęłam gromadzić rzeczy zimowo-jesienne tylko po jednej stronie oceanu, czyli po stronie wschodniej, europejskiej. Decyzja całkiem roztropna, aczkolwiek oznacza w praktyce, że przyjeżdżam do Europy goła i wesoła, jak zwykle w trampeczkach i kolejnym prochowcu odnalezionym w kącie lumpeksu. (Płaszcze kupuje się w Teksasie za bezcen, bo przecież gdzie w tym chodzić? I kiedy?).

Tak więc w niedzielę, w ramach przerwy od pakowania, planowania i odcyfrowywania notatek o Albuquerque, wyciągnęłam Mężczyznę do latynoskich barrios w San Antonio, żeby pooglądać murale. Dowiedziałam się z jakiejś darmowej gazetki turystycznej, że Westside pełne jest murali, i natychmiast zapragnęłam tam pojechać. Mieliśmy tylko godzinkę czasu, więc tyle co nic. Murali jest w tych okolicach blisko setka, i w sumie każdy jest niebanalny. Szkoda, że tak mało o nich słychać w internecie. Inicjatywa San Anto Cultural Arts organizuje wprawdzie wycieczkę po muralach, ale aby się ona odbyła, musi się najpierw zebrać minimum dziesięciu uczestników, a nie każdy może sobie czasowo pozwolić na to, by czekać na coś, co może, ale nie musi się odbyć. SACA podaje jednak na swojej stronie spis adresów murali, z którego można skorzystać samemu. Naszym zamiarem było zobaczyć pierwsze dziesięć (z wymienionych czterdziestu), ale znaleźliśmy też sporo innych ciekawostek po drodze - co oznacza, że spis ze strony bynajmniej nie wyczerpuje tematu.

Mężczyzna, oczywiście, podszedł do sprawy mało entuzjastycznie, bo Westside to zdecydowanie „miejsce złe”, do którego lepiej się samemu nie zapuszczać. Nasza wyprawa wyglądała więc tak, że ja radośnie krążyłam wokół znalezionego murala i cykałam zdjęcia, a Mężczyzna siedział w samochodzie z lornetką i pełnił rolę spottera i snipera w jednym. Niepotrzebnie. Była niedziela, upalne popołudnie, rozmemłana pora siesty: wąskie uliczki między szeregami drewnianych domów wypełniało tylko słońce. Ruch zamarł: w pewnym momencie Mężczyzna czekał na mnie na skrzyżowaniu na zielonym świetle. Tu i ówdzie siedział ktoś na zacienionym tarasie, tam i tu trafiło mnie ciekawe spojrzenie zza ogrodzenia albo z ganku, ale uprzejme kiwnięcie głową i rzucone półgłosem „Buenas tardes” zwykle załatwiało sprawę. Sami ciemnobrązowi mieszkańcy, same latynoskie biznesy. Domy łuszczące się płatami farby, z tanimi klimatyzatorami wetkniętymi w okna, opatrzonymi kratami i kłódkami.

Mieszkańcy Westside na pytania o bezpieczeństwo mówią, że jest to osiedle „prawdziwe” (barrio real). Ciężkie warunki życia w barrio, porachunki gangów i przemoc to motywy widoczne na wielu muralach. Truizmem jest gadanie, że ostrożnym trzeba być wszędzie. Nigdzie jednak, moim zdaniem, nie trzeba się bać. Powiedziałabym wręcz: im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym mniej wolno się bać. Wierzę mocno, iż drugi człowiek wyczuwa nasz strach, nieufność i niechęć i reaguje odpowiednio, zwykle antagonistycznie.

A teraz, bez zbędnych słów: murale! (Ciąg dalszy nastąpi).

Educación. Ciemnoskóra Chciana dzięki edukacji wznosi się ponad śmiercionośne porachunki gangowe i wpisuje się w bogatą spuściznę swoich przodków.
Jeden z nielicznych murali, o których dało się coś znaleźć w internecie. Ponoć do smutnego Chrystusa przychodzą pomodlić się ci, którzy nie mają wstępu do kościoła. Jest to więc niemal przydrożna kapliczka, tyle że nieco uwspółcześniona. Mapa w tle zorientowana na Amerykę Łacińską.
Budynek San Anto Cultural Arts. Napis na drzwiach w Spanglish (mieszance hiszpańskiego i angielskiego) wyjaśnia: "We seek a healthy barrio con corazón y consciencia. Nuestro arte es del corazón and the barrio's corazón never skips a beat" (Pragniemy stworzyć zdrowe barrio z sercem i sumieniem. Nasza sztuka płynie z serca, a serce barrio nigdy nie przestaje bić).
Mural na ścianie lokalnej piekarni, Familia y Cultura es Vida. Trudno stwierdzić, czy rejestracja naprawianego samochodu to "pura vida" (samo życie) czy "puta vida" (kurewskie życie).
La Gloria en los brazos de Guadalupe. Ukochana przez Latynosów ciemnoskóra Virgencita rozwiera ramiona w stronę barrio w geście opieki i zrozumienia.
Muralu La Gloria ciąg dalszy. Niestety tylko fragment, bo mural jest długi; wydaje mi się, że przedstawia znicze z wizerunkami świętych. Nie wiem, kto przedstawiony jest po lewej. Być może jest to święta Ryta z Cascii, patronka spraw skazanych na niepowodzenie. Po prawej za to wyobrażenie Yocoxcayotl, czyli "pokoju" w języku Nahuatl.
Początkowo wzięłam ten budynek za kościół, ale być może był to błąd. Tło zawiera motyw z legendy o założeniu Tenochtitlan, stolicy azteckiego państwa (orzeł na opuncji znajduje się również na fladze Meksyku).
Przepiękny mural pt. Comprando y Prestando. Napis brzmi: "Tak właśnie żyje nasz naród, dzieląc się umiejętnościami, jedzeniem i ziemią, pomagając bliźnim na miarę swoich możliwości... Mieszkajmy ze sobą w zgodzie, tak jak kiedyś".
Mural ukazujący etapy życia Latiny. Osobiście najbardziej przemówił do mnie mural w lewym dolnym rogu, symbolizujący (być może) ciężką pracę w ojczystym Meksyku i/lub ciężką pracę imigranta, skazanego zwykle na wykonywanie zawodów najbardziej niewdzięcznych, nierzadko fizycznie morderczych. Rozbawił mnie za to Big Red (ulubiony przez Latynosów napój wynaleziony w Teksasie), rozlewany do kubków przy rodzinnym (bardzo skromnym) posiłku. Na ostatnim muralu na ścianie widać oczywiście Guadalupanę, ale także zdjęcie syna z flagą amerykańską w tle, zmarłego być może w obronie nowej ojczyzny.
Share /

4 komentarze

  1. O rany! Uwielbiam murale! A te są wyjątkowo piękne.
    Hihi, wyobraziłam sobie Twojego Mężczyznę z lornetką. Dobrze jest mieć takiego bodyguarda ;)
    Jestem tego samego zdania: im bardziej niebezpiecznie, tym mniej powinno się bać. W ogóle uważam, że sam strach przyciąga to czego się boimy. Idźmy więc przez życie ostrożnie, ale bez strachu :) Pozdrawiam ciepło!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strach jest złym doradcą. Szkoda, że niewiele osób trzyma go na smyczy. (To jeszcze takie przemyślenia z posta o wojnie :).

      Też uwielbiam murale... naprawdę aż grzech było to fotografowanie porzucać po marnej godzinie, ale na pewno tam powrócę. W Twoich stronach malują na ścianach? Podobno w Ljubljanie są piękne malowidła, muszę koniecznie nałapać w kadr :) Serdeczności!!

      Usuń
    2. Odpowiadam z opóźnieniem, ale zawsze pamiętam! W moich stronach malują na ścianach i piszą, ale niestety nie są to dzieła sztuki, a raczej przemyślenia poetów bez kartki papieru, gdy w głowie szumi wino ;)
      Koniecznie! Uchwyć w kadrze jak najwięcej, chętnie pooglądam :)

      Usuń
  2. Cudowne, piękne, niesamowite! Jakże wymowne, jeśli zna się choć trochę realia latynoskich imigrantów. W Chicago w niedalekiej meksykańskiej dzielnicy Pilsen (nazwa myląca!) podobnych murali jest w bród, jestem nimi równie zafascynowana i chyba właśnie zainspirowałaś mnie do podobnego posta. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo