Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cleveland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cleveland. Pokaż wszystkie posty

rozerwanie

środa, 22 października 2014

„Co trzeba zrobić, żeby być pirotechnikiem?” - pyta mnie z nadzieją siedzący obok chłopak. Z wysokości naszych miejsc oboje przyglądamy się z fascynacją, jak w dole malutcy technicy rozkładają „towar” na arenie. Wyjaśniam mu wszystko krok po kroku: licencja stanowa bądź federalna, szkolenia, zbieranie doświadczenia, rozeznanie, jakie fajerwerki są dostępne na rynku, jakie mają właściwości, jak w punkcie zapalnym rozbryzgują światło. Oczy mu błyszczą. Strasznie mu się to podoba. Tym bardziej, że od trzech miesięcy nie miał żadnej pracy. „Od trzech miesięcy?” - pytam z niedowierzaniem. - „W budowlance?” Kiwa głową pochmurnie. Zastój. Gdyby chciał, mógłby wyjechać za granicę; na Bliskim Wschodzie szukają budowniczych za niebotyczne stawki, $75 za godzinę z zapewnionym wiktem i opierunkiem. „Więc czemu nie tam?” - pytam. Milczy. Przypomina mi mojego znajomego z lat dziecinnych, też taki opalony, muskularny i wysoki. Trener koszykówki dokuczał mu po udanej grze: „Ty to, Tomuś, ciałko masz do kochania, a nie na męską grę.” Chłopak obok mnie odpowiada: „Boję się.”

cleveland zdeptane i zdarte

środa, 1 października 2014

Cleveland wygląda jak Warszawa. Choć oczywiście osobie zakochanej wszystko przypomina obiekt uczuć. Może to te szerokie ulice, może iglica centrum handlowego Tower City, która przypomina mi Pałac Kultury i Nauki, a może po prostu fakt, że wydziczała po Houston, które z powodu gorąca często wygląda tak, jakby wymarli w nim wszyscy mieszkańcy, wreszcie widzę na ulicach przechodniów, całkiem licznych, i wpadam z tego powodu w perypatetyczną głupawkę. Po zakończonym dniu pracy wydeptuję chodniki Cleveland w moich czerwonych sandałkach, jak te panienki z baśni Grimma, które noc w noc zdzierały pantofelki na zakazanych nocnych tańcach. Szwendam się po ulicach, bo ogródki rozstawione przy restauracjach przyprawiają mnie o szczęśliwe palpitacje serca; idę sobie promenadą nad jezioro Erie, które tak naprawdę jest wielkie jak niektóre europejskie morza, i dmie także jak na morze przystało. Siedzę sobie z książką na ławeczce, naprzeciw mnie brokatowa powierzchnia wody skrząca się od słońca, mizdrzące się do siebie pary, zrelaksowani spacerowicze i oczywiście rozpstrykani turyści. Normalność. Normalność!

Drugiego dnia trafiam na weekendowy air show, czyli pokaz lotniczy; na promenadzie zbiera się sporo ludzi, a ja czuję podniecenie jak zboczeniec, dla którego tłum to okazja do zdrożnego kontaktu. Brak mi strasznie chodzenia w tłumie. Brak mi stania na czerwonych światłach i przyglądania się ludziom po drugiej stronie ulicy. Brak mi chodników. W teksaskim Baytown w ogóle ich nie ma. A tam, gdzie akurat się zdarzą, to w ogóle nie można na nie liczyć, bo to chodniki-fantomy. Ciągną się obiecująco, zwodniczo, po czym nagle znikają, czasem w środku trawnika, w sposób całkowicie niewytłumaczalny.

cleveland express

poniedziałek, 29 września 2014

Kiedy znajomy pirotechnik Mike dowiaduje się, że chcemy w dwa dni dojechać do Cleveland w Ohio, czyli lekką ręką dwa tysiące dwieście kilometrów, ze śmiechu dostaje ataku czkawki. „I to we dwójkę?” - upewnia się przez łzy. - „Zabijecie się przecież. Zabijecie siebie nawzajem, przede wszystkim.”

Nie zna, dziecię niewinne, naszych masochistycznych zdolności.

Podróż rzeczywiście okazuje się trochę rozczarowująca; chciałam zobaczyć legendarne Memphis w Tennessee, o którym Cassandra Wilson śpiewa uwodzicielsko, „O, czy nie zabierzesz mnie z powrotem do Memphis, gdzie możemy przetańczyć całą noc...”. Mężczyzna jednak wybrał krótszą drogę przez legendarne Nashville, stolicę przemysłu muzycznego i miejsce akcji eponimicznej opery mydlanej o niewysłowionych intrygach, na jakie stać aspirujące gwiazdy muzyki country. A nawet przez Nashville przejeżdżamy nocą, ani razu się nie zatrzymując; musimy być w Cleveland na czas, bo inaczej piętnastominutowy pokaz fajerwerków weźmie w łeb. Tak więc przez dwa dni tak na dobrą sprawę pożeramy tylko kilometry i ryż z czerwoną fasolą, która to potrawa pełni na amerykańskim Południu rolę chleba powszedniego. Styropianowe kubki z tym aromatycznym brebstwem (i saszetki z piekielnie ostrym sosem z czerwonych papryczek) można kupić w lokalnych fastfoodach przez okienko, nie wysiadając nawet z auta.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo