Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cleveland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cleveland. Pokaż wszystkie posty
Cleveland
historie prawdziwe
„Co trzeba zrobić, żeby być pirotechnikiem?” - pyta mnie z nadzieją siedzący obok chłopak. Z wysokości naszych miejsc oboje przyglądamy się z fascynacją, jak w dole malutcy technicy rozkładają „towar” na arenie. Wyjaśniam mu wszystko krok po kroku: licencja stanowa bądź federalna, szkolenia, zbieranie doświadczenia, rozeznanie, jakie fajerwerki są dostępne na rynku, jakie mają właściwości, jak w punkcie zapalnym rozbryzgują światło. Oczy mu błyszczą. Strasznie mu się to podoba. Tym bardziej, że od trzech miesięcy nie miał żadnej pracy. „Od trzech miesięcy?” - pytam z niedowierzaniem. - „W budowlance?” Kiwa głową pochmurnie. Zastój. Gdyby chciał, mógłby wyjechać za granicę; na Bliskim Wschodzie szukają budowniczych za niebotyczne stawki, $75 za godzinę z zapewnionym wiktem i opierunkiem. „Więc czemu nie tam?” - pytam. Milczy. Przypomina mi mojego znajomego z lat dziecinnych, też taki opalony, muskularny i wysoki. Trener koszykówki dokuczał mu po udanej grze: „Ty to, Tomuś, ciałko masz do kochania, a nie na męską grę.” Chłopak obok mnie odpowiada: „Boję się.”
Cleveland
wojaże
Cleveland wygląda jak Warszawa. Choć oczywiście osobie zakochanej wszystko przypomina obiekt uczuć. Może to te szerokie ulice, może iglica centrum handlowego Tower City, która przypomina mi Pałac Kultury i Nauki, a może po prostu fakt, że wydziczała po Houston, które z powodu gorąca często wygląda tak, jakby wymarli w nim wszyscy mieszkańcy, wreszcie widzę na ulicach przechodniów, całkiem licznych, i wpadam z tego powodu w perypatetyczną głupawkę. Po zakończonym dniu pracy wydeptuję chodniki Cleveland w moich czerwonych sandałkach, jak te panienki z baśni Grimma, które noc w noc zdzierały pantofelki na zakazanych nocnych tańcach. Szwendam się po ulicach, bo ogródki rozstawione przy restauracjach przyprawiają mnie o szczęśliwe palpitacje serca; idę sobie promenadą nad jezioro Erie, które tak naprawdę jest wielkie jak niektóre europejskie morza, i dmie także jak na morze przystało. Siedzę sobie z książką na ławeczce, naprzeciw mnie brokatowa powierzchnia wody skrząca się od słońca, mizdrzące się do siebie pary, zrelaksowani spacerowicze i oczywiście rozpstrykani turyści. Normalność. Normalność!
Drugiego dnia trafiam na weekendowy air show, czyli pokaz lotniczy; na promenadzie zbiera się sporo ludzi, a ja czuję podniecenie jak zboczeniec, dla którego tłum to okazja do zdrożnego kontaktu. Brak mi strasznie chodzenia w tłumie. Brak mi stania na czerwonych światłach i przyglądania się ludziom po drugiej stronie ulicy. Brak mi chodników. W teksaskim Baytown w ogóle ich nie ma. A tam, gdzie akurat się zdarzą, to w ogóle nie można na nie liczyć, bo to chodniki-fantomy. Ciągną się obiecująco, zwodniczo, po czym nagle znikają, czasem w środku trawnika, w sposób całkowicie niewytłumaczalny.
Drugiego dnia trafiam na weekendowy air show, czyli pokaz lotniczy; na promenadzie zbiera się sporo ludzi, a ja czuję podniecenie jak zboczeniec, dla którego tłum to okazja do zdrożnego kontaktu. Brak mi strasznie chodzenia w tłumie. Brak mi stania na czerwonych światłach i przyglądania się ludziom po drugiej stronie ulicy. Brak mi chodników. W teksaskim Baytown w ogóle ich nie ma. A tam, gdzie akurat się zdarzą, to w ogóle nie można na nie liczyć, bo to chodniki-fantomy. Ciągną się obiecująco, zwodniczo, po czym nagle znikają, czasem w środku trawnika, w sposób całkowicie niewytłumaczalny.
Cleveland
wojaże
Kiedy znajomy pirotechnik Mike dowiaduje się, że chcemy w dwa dni dojechać do Cleveland w Ohio, czyli lekką ręką dwa tysiące dwieście kilometrów, ze śmiechu dostaje ataku czkawki. „I to we dwójkę?” - upewnia się przez łzy. - „Zabijecie się przecież. Zabijecie siebie nawzajem, przede wszystkim.”
Nie zna, dziecię niewinne, naszych masochistycznych zdolności.
Nie zna, dziecię niewinne, naszych masochistycznych zdolności.
Podróż rzeczywiście okazuje się trochę rozczarowująca; chciałam zobaczyć legendarne Memphis w Tennessee, o którym Cassandra Wilson śpiewa uwodzicielsko, „O, czy nie zabierzesz mnie z powrotem do Memphis, gdzie możemy przetańczyć całą noc...”. Mężczyzna jednak wybrał krótszą drogę przez legendarne Nashville, stolicę przemysłu muzycznego i miejsce akcji eponimicznej opery mydlanej o niewysłowionych intrygach, na jakie stać aspirujące gwiazdy muzyki country. A nawet przez Nashville przejeżdżamy nocą, ani razu się nie zatrzymując; musimy być w Cleveland na czas, bo inaczej piętnastominutowy pokaz fajerwerków weźmie w łeb. Tak więc przez dwa dni tak na dobrą sprawę pożeramy tylko kilometry i ryż z czerwoną fasolą, która to potrawa pełni na amerykańskim Południu rolę chleba powszedniego. Styropianowe kubki z tym aromatycznym brebstwem (i saszetki z piekielnie ostrym sosem z czerwonych papryczek) można kupić w lokalnych fastfoodach przez okienko, nie wysiadając nawet z auta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
