Przyglądamy się arenie. Technicy uwijają się zręcznie. Niektórzy to takie same chłopaczki jak on. Do pracy przyszli w japoneczkach i szortach, paczki z „towarem” ciągną po murawie, no horror, iskra pójdzie od samego tarcia i nieszczęście. Nie wiedzą, co robią, tylko paru zawodowców tu jest, byle wpisać kilka licencji w papiery i już. Biznes kręci się wokół tego, kto zna kogo, jak zwykle. Za chwilę zacznie się pokaz.
Chłopak mówi dalej: „Przez cały czas przecież słychać, że tych kontraktowych to porywają. Czasem odnajduje się ich już martwych. Wypływa co rusz w wiadomościach. Że znowu porwali jakiegoś robotnika, cudzoziemca. Oni są na miejscu, łatwy cel. Dla terrorystów czy jakichś tam innych grup, które chcą coś światu przekazać. Fajnie byłoby mieć te pieniądze, to fakt, ale jednak chcę wrócić w jednym kawałku.”
„Nie musi się to przytrafić tobie” - protestuję. - „Nie można przez cały czas oczekiwać tragedii.” Kręci głową, nieprzekonany. Pyta mnie o mój zawód. Wyjaśniam. Kiwa głową. „To raczej zawsze będziesz potrzebna. Fajne chyba uczucie.” Później pyta wprost: „Jesteś z Europy Wschodniej, prawda?”
Już dawno się zorientowałam, że poza Polską nigdzie nie funkcjonuje pojęcie Europy Środkowej czy Środkowowschodniej. Mnie też nie chce się tego w nieskończoność tłumaczyć. Daję mu się zapiąć w obcym koncepcie jak w wąskiej sukience z absolutorium wywleczonej z dna szafy. Wstrzymuję oddech, wciągam brzuch i mówię: „Tak.” Zaczyna wypytywać mnie o sytuację na rynku pracy w Polsce. Pyta mnie, jak się tam żyje. Na twarzy ma desperację. Obok, po lewej stronie, ma dziewczynę. Też młodziutka jak on.
Potem uderza w nas kakofoniczny początek „Help” Beatlesów. Zaczyna się pokaz. Fajerwerki rozkręcają się powoli, najpierw płoną okrągłe kule na arenie, a potem razem z muzyką strzelają w górę jak świetliste strugi szampana.
Po pokazie dostaję łupinę po „towarze”: małą wydrążoną skorupę wielkości piłeczki golfowej, rozerwaną od środka potężnym żywiołem.

Bliski Wschód to tak samo precyzyjny termin jak Europa Wschodnia albo Środkowa;) Są na Bliskim Wschodzie miejsca gdzie bym mógł pracować, jest sporo takich gdzie nawet za $150 za godzinę by mnie nie zagonili, na przykład teokratyczna Arabia Saudyjska albo "przyjazny" Jemen, o Iraku, Syrii, Libanie czy Egipcie nie wspominając. Coś mi zostało? Turcja, Emiraty i kilka mniejszych miejsc? W Turcji na pewno nie płacą budowlańcom $75 za godzinę, mają dosyć swoich. Zostają Emiraty i mniejsze miejsca... Chyba bym się nie zdecydował. Trzeba pamietać, że ceny w tym miejscach też są niebotyczne a wybór jedzenia limitowany.
OdpowiedzUsuńTo ciekawy temat z tymi łatkami. Koncept Europy Środkowej z zasadzie wymyślili Niemcy i sami też używają. Czesi też się nie uważają za wschodnich Europejczyków. Nie wiem co myślą Węgrzy i Słowacy.
Tutaj podobnie funkcjonuje koncept Ameryki Północnej. Teoretycznie wiadomo, że Meksyk należy do niej geograficznie, ale dla wiekszości Kanadyjczyków, i podejrzewam Amerykanów, Ameryka Północna to dwa kraje - Kanada i Stany. Pewnie się to Meksykanom nie podoba, tak jak Polakom nie podoba się gdy zaliczają ich do "Wschodu", ale tak to wygląda.
A mnie ciągnie trochę Bliski Wschód (a konkretnie: Liban, dalsza "wschodnia" Turcja, Iran chyba najbardziej...). Bardzo lubię filmy z tego kręgu kulturowego. Trzeba trochę mieć melodię, bo są bardzo subtelne, ale mnie wciągają. Na przykład "Deserted Station" z Leilą Hatami... do teraz pamiętam wszystko.
UsuńCo do chłopca, nie wiem dokładnie, czy miał na myśli konkretny kraj. Zainteresował mnie bardziej jego strach, no i to subiektywne poczucie bezpieczeństwa z jego strony. Ani budowlanka, ani praca przy fajerwerkach nie należą do kompletnie bezurazowych. A dla niego bardziej wyraziste było to zagrożenie z niesprecyzowanego „daleka”.
Co do łatek... Mnie dostało się za "Amerykę" nie raz, bo to chyba taka latynoska bolączka, że „Amerykanie” uzurpują sobie dwa kontynenty. Po hiszpańsku / portugalsku rygorystycznie używa się EE UU / EUA na określenie USA i estadounidense na określenie narodowości. Czasem słyszy się norte/americano, ale raczej w wąskim kontekście, bo uchodzi za mało precyzyjne. „America” tylko w odniesieniu do jednego z kontynentów. I jak wspomniałam, w tym użyciu są bardzo wojowniczy, zwłaszcza gdy masz "cara de gringo" i wiedzą na wstępie, żeś nie ich. Od razu zaczną edukację :)