W ramach wspólnego komplikowania sobie życia i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze, brat i siostra odpowiadają sporadycznie na pytania dotyczące emigracji.
Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Pierwsze pytanie brzmi: Dlaczego tu jesteś?
Ze Szwajcarii odpowiada na nie Timô (vel Brat).
Mam na ten temat pewną teorię, wygodną, na drutach wydzierganą. Dlatego, że jak dwie osoby się kochają, to robią głupoty i dzieci. Do tego dorzucić należy tę nieuleczalną chorobę, którą targam ze sobą od kołyski. Znam tylko nazwę, bo nawet ją na moim dowodzie wymienili: Timô. Co prawda polski dowód nieważny od lat dwóch, ale diagnozy to nie zmienia.
Siedzę w pociągu i myślę. Jedziemy to w górę, to w dół, to w tunel. Krajobraz olśniewa swoim pięknem i krowami. Zielona trawa, pastwiska mienią się świeżymi, parującymi jeszcze krowimi plackami. W mojej głowie też przesuwa się krajobraz – miejsc, do których się uwiązałem tutaj na dole, czasem dobrowolnie, a czasem dlatego, że trzeba było.
Poznań – bo rodzina. Bo dzieciństwo się tam spędziło i do szkoły wychodziło, względnie ze szkoły się również uciekało.
Warszawa – bo najpiękniejsze wspomnienia. Bo bajgle w Złotych Tarasach. Bo czerwone autobusy z roznegliżowaną syrenką w sugestywnej pozie, z mieczem w dodatku. Bo mieszkanie Babci. Bo jeśli wracać do Polski, to tylko i wyłącznie tutaj.
Paryż – bo miłość. I decyzja, by kochać pomimo. Bo pierwsze kroki w dorosłym życiu. Bo i świeże powietrze smakuje tutaj tak jakoś inaczej, odświętniej, zwłaszcza po godzinach wędzenia się w zatęchłych wyziewach metra.
A tu? A teraz? Za oknem migają tablice z nazwami miejscowości. Corgémont. Reuchenette-Péry. Biel/Bienne. Grenchen. Solothurn. Olten. Basel. Francuski ustępuje miejsca niemieckiemu. No tak, bo tutaj, przy Bazylei, zaczyna się obszar „ciemnej strony mocy”, germańska część kraju, ze swoim kratzig-językiem, który podrażnia wasze rau-garrghdziołko. Zamiast znajomego „Bonjour”, z ust konduktora pada „Grüesseh”. Posłusznie pokazuję bilet i silę się na małe „Allo” z moim pięknym akcentem. I ja powoli zaczynam uważać, że literka „h” do niczego nie służy. Francuzi mają nawet takie piękne określenie na kogoś, kogo się bardzo, bardzo nie lubi – bezużyteczny jak H przy Hawajach.
Zaglądam do gazety, ale pytanie powraca jak bumerang. Dlaczego tu jestem?
Dlaczego emigracja? Inny język? Inne kultury? Życie samemu? Niemiecki tam za miedzą, gdzie, jak to się mówi, wilki siedzą? Zabójcze ceny? Krowy i te ich cholerne dzwonki?
Już nie pamiętam, gdzie to usłyszałem. Ale jeden wędrowiec był napisał, w przerwie między zdobywaniem jednego szczytu a drugiego:
„Poczucie bezpieczeństwa jest największym wrogiem człowieka. Jedynie w obliczu zagrożenia człowiek znajduje w sobie tyle siły, żeby dokonać niemożliwego.”
Tak, wiem, jest to radykalne. Przesadzone. Zbuntowałem się wewnętrznie, kiedy przeczytałem to po raz pierwszy. A jednak, wędrowiec chyba swoje wiedział.
Jestem tu, ponieważ jedynie tutaj zobaczyłem, że niemożliwe jest czasami wykonalne.
O autorze:
Timô jest dżemplem, tłumaczem, redaktorem, fanem czasu zaprzeszłego i pełnoetatowym bratem Pequeninhi.
Poza licencjatem z ironii losu i książką, w której stopce widnieje jego imię, Timô ma także wyjątkową zdolność do wygrzebywania dżdżownic z ziemi rozpulchnionej po deszczu.




Odpiszę Ci tu a co :) I bardzo dobrze że zmieniłaś, wydaję mi się że blogger jest bardziej zachęcający do komentowania niż nieanonimowy facebook :) Dziękuje za miłe słowa i jedz jedz koniecznie! Na razie kończę szkołę a za rok planuję 'uciec' do USA na program Au Pair :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Ach, dzięki, że mnie podbudowałaś z tymi komentarzami, bo oczywiście trochę się z nimi przez weekend namęczyłam. Ale cieszę się! Mam nadzieję, że Twój blog nie zagaśnie przez rok szkolny? Ciekawe, gdzie Cię rzucą na au-pair... Masz jakieś wymarzone miejsce w US? Miłego tygodnia :)
UsuńFanie, że w końcu da się komentować bez uciekaniad do wyższych sztuczek tworzenia fikcyjnego alter ego numer dwanaście. Dzięki!
OdpowiedzUsuńA propos wpisu: Ale dlaczego akurat Schweiz a nie Francja albo Niemcy? Pytam, bo miałem w pracy koleżankę, też doktorantkę, rodowitą Szwajcarkę i szefową (już na emeryturze) również stamtąd. Koleżanka się zarzekała, że jeśli tylko da radę, to zostaje w Kanadzie albo Stanach, bo w Szwajcarii żyć się nie da. Ludzie straszne, nie ma czym oddychać, tak ciasne gorsety. I do tego zatęchłe to bo we własnym sosie się kisi od dawien dawna, przyprawianym precyzyjnym biciem zegarów. Nie dała rady zostać, wróciła. Nie wiem czy szczęśliwa.
A szefowa owszem, lata czasem w odwiedziny do sióstr, ale mówi, że też by nie dała rady tam wrócić. Też gorset. Ordnung, Ausweis i społeczna skamielina.
A jak Ty to widzisz?
hej, no więc tak: to prawda co mówisz, nawet słyszałem to od samych Szwajcarów. Trochę to też zależy od części kraju – w Szwajcarii łacińskiej (francuska część i włoska, razem 35% kraju) jest tego mniej, ale jednak.
UsuńZacytuję tu mojego znienawidzonego pisarza Michela Ouellebecq'a, który nawet Goncourta dostał za palenie, cynizm i depresję – "na pewnym etapie, życie ogranicza się do administracji". gorset w pewnym sensie popłaca : praca, praca, mało szaleństw (żeby nie było, mówię to z przykrością, ale cóż...) i widać Szwajcarzy to pojęli, bo wiedzie im się dobrze – nawet jeżeli, hm, żeby się pobawić, to raczej drzwi obok...
co do Francji, to jest to moja druga ojczyzna i na zawsze nią pozostanie, nawet jeżeli minarety przysłonią wieżę Eiffela. a do Niemiec nigdy bym nie pojechał, bo to nie mój dom. Szwajcaria jest dobrym kompromisem. mimo wszystko, mały kraj, cztery kultury, cztery języki narodowe... wiele imigrantów, więc nie można się w swojej skorupie do końca zamknąć, nie da się. tygiel i bogactwo kultur, dla tych, którzy jeszcze pamiętają, na czym polega obserwacja...
pozdrawiam i do usłyszenia !
boże, krowy. nie mogę myśleć racjonalnie.
OdpowiedzUsuńHehe... zapomniałam że Ty masz chyba fetysz krów :) Tak wspomniałaś zdaje się gdzieś na blogu! Ale rozumiem, bo patrząc na to zdjęcie też ogarnia mnie kompletne zauroczenie :)
UsuńTymo - masz niezwykły widok z okna a zdjęcie też jest ciekawe. Że" poczucie bezpieczeństwa jest największym wrogiem"...? Przeciwnie, wtedy można zakwitnąć i razem z innymi stworzyć polny bukiet:) pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuń