amulet z ubitego robaka

piątek, 24 października 2014

To nie jest dobry dzień na wyrabianie trzystu procent normy. W kuchni pod szafką przez całe dwanaście godzin dogorywa wielki chrząszcz. Myślałam, że to karaluch, ale karaluchów nie rusza nawet promieniowanie jądrowe, a ten poległ po spryskaniu roztworem octu jabłkowego, więc raczej nie karaluch. Podejrzewam, że zapuścił ciekawskie czułki w głąb zewnętrznego klimatyzatora i poszedł, głupi, tunelem w stronę światła. Chrząszcze nazywają w Teksasie junebugs: robaki czerwcowe. Od czasu do czasu drga mu odnóże, a ja zastanawiam się, czy nie wspiąć się dzisiaj na wyżyny moich możliwości i czy go humanitarnie nie dobić. W zabijaniu takim ręcznym mierzi mnie jednak faktura; do takich chrząszczów to najlepiej broń palna, żeby można sobie było z oddali siednąć, rozłożyć sprzęt, złapać na celownik i tak higienicznie się pozbyć problemu. A nie prymitywnie w garść łapać, czuć jakieś tam chrobotanie lub co gorsza chrzęst, lekkość misternej skorupy. Pająk to co innego, pająki zabijam bez kozery, choć tylko kiedy muszę. Ponoć pajęczyny w domu to szczęście. W magię nie wierzę, ale co szkodzi owinąć się w nią jak w wielobarwną szatę, dar kochającego ojca, który woli mnie bardziej niż pozostałych jedenastu synów.

Gdy cztery lata temu wylatywałam do Stanów, zapakowałam się w czerwoną uszatą torbę dziadka Dobromira. Wygrzebałam ją z piwnicy i w przeddzień odlotu zaniosłam do szewca z Hali Mirowskiej; zapytałam, czy do wieczora jest w stanie naprawić rozdarcie przy suwaku. Zasumował się, ale naprawił; na szczęście nie skóra; pieniądze dziadek wydawał na książki i esencjonalne bakalie (choć czasem wpadał w tak intelektualny cug, że odżywiał się samymi bezami). Koniecznie musiałam tę torbę zabrać ze sobą. Zakląć ten wyjazd, poczuć, że mam dziadka po swojej stronie w tym ryzykownym przedsięwzięciu wywracania sobie życia do góry nogami. Dziadka nie znam w ogóle, ale ufam mu całkowicie. Zostały po nim pożółkłe notatki do postylli, którą miał napisać; listy pisane na maszynie po angielsku, niemiecku i duńsku, pandemonium książek z ołówkowymi notatkami na marginesach, kilka zdjęć w eleganckim garniturze, z których patrzy na mnie w skupieniu, z mocą i powagą, bez uśmiechu. Chyba byśmy się dobrze uzupełniali.

Kiedyś w Vogue’u (a może Harper’s Bazaar?) przeczytałam, że podoba nam się to, co znajome. W strumieniu alienujących nas bodźców rozróżniamy znane nam pasmo i mentalnie się go chwytamy: uznajemy ten element za piękny i pożądany. Taki trik zdradzieckiego serca, które nade wszystko łaknie ukojenia. Tak ciągnie nas do konkretnych ludzi, kultur, muzyki, sztuki, do konkretnych decyzji i celów. Człowiek się nadyma, że coś tam sam podejmuje, choć zwykle okazuje się, że sam siebie nie zna na tyle, by wyłapać własne uzależnienia. Może i lepiej nie wiedzieć zresztą. Ignorancja to szczęście, jak posępnie prorokował Orwell. Choć moim zdaniem, świadomość jest błogosławieństwem (szczęśliwością) większą.


Odprawiam nad chrząszczem modły i okadzam go zapachem zupy z garam masala, która właśnie gotuje się na kuchence. Przepraszam go za to, że go spryskałam octem, ale chyba to jasne: nie mógł mi biegać w łazience po pudrze, tym bardziej nie w kuchni po blacie; taka ot cecha, która dyskwalifikuje do współżycia. Indianie po zabiciu niedźwiedzia też prosili zwierzę o przebaczenie. Zawsze mi się podobał ten szacunek. Może chrząszcz zabierze o mnie dobre słowo tam, dokąd idzie. W jakąś niebiańską wysoką trawę, w zmysłowy zapach nasłonecznionej ziemi. Dziadek też tam gdzieś jest, siedzi sobie w cienistym sadzie pod gruszą w letnim garniturze i kapeluszu panama. Nie ma już w sobie tego stresującego napięcia z fotografii, jego skupienie jest miarowe i naturalne, nie obsesyjne. W tle dojrzewają czarne porzeczki, a on kończy pisanie kolejnej książki. Czeka na mnie. Wygładza fałdy na mojej wielobarwnej szacie i nadal przynosi mi szczęście.
Share /

4 komentarze

  1. Nie lubię zabijać chrząszczy ani pająków (z muchami nie mam wyrzutów...) więc zaopatrzyliśmy się w to. Sprawdza się doskonale, nawet mysz mi się raz w to udało złapać:
    http://www.leevalley.com/US/garden/page.aspx?p=44895&cat=2,51555,44895

    Karaluchy trudno pomylić z czymkolwiek innym... :) I raczej by nie czekał aż go spryskasz, one biegają bardzo szybko. Brrr... Chrząst karaluchów od stopami jest jednym z najbardziej paskudnych odgłosów jakie udało mi się do tej pory poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Dzięki za sugestię kupna. U nas pojawiają się tylko okazjonalnie, na szczęście, chyba z przypadku właśnie. A tak spryskałam octem, bo znalazł się akurat pod ręką; profilaktycznie leję ten roztwór do zlewów i różnych podobnych otworów, żeby nie było pluskiewek.

      A z karaluchami się wychowałam, stale pojawiały się w mieszkaniu z lat dziecinnych. Myślałby kto, że dzięki temu się wyrobię i teraz tak o będę łapać, ale jeszcze chyba do tego nie dojrzałam. Cóż...

      Usuń
  2. Robaczany świat w rozbudzonej wyobraźni. Urzekająca plastyka słowa, asocjacje i odniesienia do literatury z wybijającą się sylwetką nestora rodu. Klimat idyllicznego Czarnolasu. Czytałam z olbrzymią przyjemnością. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdzisławo, tak ładnie o tym poście piszesz, że chyba sobie to w ramkę oprawię :) Lubię tworzyć taki magiczny świat. Szkoda, że czasem wyłaniają łeb tematy trudniejsze i bardzo mało mityczne, ale z nimi też sobie umiemy poradzić :) Pozdrawiam Cię bardzo ciepło i serdecznie.

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo