Kiedy byłam małą dziewczynką, zwierzyłam się przyjaciółce, że kiedy dorosnę, to zostanę pisarką i nie będę miała domu, będę mieszkać w hotelach. No i co. Wyprorokowałam sobie. Dwadzieścia lat później tym bardziej wiem, że nie ma lepszej pracy niż praca nad tekstem. A jeśli chodzi o brak domu i szlajanie się po hotelach, to także się ziściło przez ostatnie dwa-trzy lata. Zamazywaliśmy wspólnie tę mapę Stanów Zjednoczonych jak zamaszystymi pociągnięciami grubych świecowych kredek. Kupiłam sobie w ciuchbudzie tandetną komodę z wieżą Eiffla i Big Benem (!), postawiłam ją w kąciku u Henry’ego i Annette i gromadziłam w niej ważne papiery, sczytane książki z drugiej ręki i namiętnie kupowane obcasy. To były moje cztery kąty. Jeden z komodą.
Kundera by pozazdrościł takiej lekkości bytu. Ślizga się człowiek po tych dniach, z poczuciem egzystencjalnej nieważkości. Budzi się z ogłupiałym błędnikiem; nie wie, czy za oknem ma palmy, czy świerki.
Podczas podróży, czasem nocą, gdy na zewnątrz poza lśniącymi pasami szosy nic nie widać, badamy temperaturę na zewnątrz wierzchem ręki. Przystawiamy ją do okna samochodu, żeby poczuć, czy czeka nas ocieplenie, czy chłód.
Najtrudniej w hotelach mi się wstaje, bo hotel to sztuczna rzeczywistość. Nic mi o niczym nie przypomina, nic do mnie nie woła, nic nie aktywuje mojej perfekcjonistycznej poziomicy. Nie ma moich sprzętów, nie ma artefaktów dni przeszłych, nie ma więc przeszłości; jest tylko sterylna teraźniejszość, z którą nie pamiętam, co zwykle robię; brak mi kolein, żebym mogła w nie zbawiennie wpaść. Motywacja zewnętrzna doszczętnie ogołocona, a wewnętrzna też zakrywa się byle listkiem. Ewentualnie, jeśli w hotelu serwują śniadanie, to jeszcze jestem w stanie jakoś się do tej mety doturlać. Ale i to jest dziwne. Śniadanie? Z obcymi? W pełnym makijażu? Kolejka po lurowatą kawę? Brak moich ulubionych płatków? Brak, o zgrozo, niesłodzonej owsianki? Współrzędne wirują jak ocipiały kompas.
Oczywiście, ta carte blanche ma także swoje dobre strony. Na parę dni jestem jak nieruchomy kadr, w który aktorzy tylko wchodzą i wychodzą, a on trwa i trwa. Szczątkowa muzyka w tle, jeśli w ogóle jakąś słychać, a obiektyw nieśpiesznie rejestruje. Zapada cisza niemalże modlitewna. Dlatego chyba tak lubi się podróże, tak można się uzależnić od tego uczucia zaczynania wszystkiego od nowa, jak od świata do góry nogami przy długim staniu na głowie, i tego haju, który przychodzi potem.
Pamiętam, że byłam wtedy w Cleveland, Ohio; zeszłam na dół na śniadanie, usiadłam przy oknie; hotel był tuż przy ulicy, a część jadalna była cała oszklona, miałam wrażenie, że krzesło stoi wprost na chodniku. Akurat był luz; chyba dzień tygodnia, nie weekend, więc lobby było całkiem spokojne. Tylko na dużym ekranie powieszonym na bocznej ścianie coś się chyba działo. Głos był kurtuazyjnie wyłączony, więc nie zwróciłam na to uwagi. A to właśnie była transmisja z masakry w kinie w Aurorze, Colorado; jakiś maniak przebrał się za Jokera na premierze filmu „Mroczny Rycerz powstaje” i zastrzelił dwunastu ludzi, dodatkowo raniąc pięćdziesięciu ośmiu. To był 2012 rok, mój pierwszy rok w Stanach; nie pierwszy w ogóle, ale pierwszy na emigracji, czyli inny, penetracyjny, traumatyczny. Moja pierwsza „masowa strzelanina”; tak właśnie uroczo określają te wydarzenia media. Sama władowała mi się w kadr. O tym, co się wydarzyło, dowiedziałam się dopiero później, z portalu BBC. Dopiero wtedy włączyłam telewizję, już w zaciszu mojego pokoju. Oglądałam transmisję jak tygrysy w zoo, z podwójnym poczuciem nierzeczywistości.
Później było takich rzezi sporo. Rok 2012 bardzo w nie obfitował, choć prawdopodobnie kolejne także. Każdą pamiętam. Był facet, który pomylił sikhów z muzułmanami, bo też turbany noszą. Był inny, którego wyrzucili z pracy, więc naturalnie czuł się trochę rozgoryczony. I kolejni, każdy z motywem nie do zbicia.
Do teraz nie wiem, jaka dokładnie jest moja reakcja, gdy dowiaduję się (po raz kolejny - upiorne Nawiedzenie), że znowu jakiś młokos zabił w Kalifornii sześciu ludzi i zranił trzynastu, bo kobiety nie chciały z nim sypiać. Jak ustosunkować się do takiego wydarzenia? Moje emocje zaczynają wtedy nadawać w nieznanym języku, nieznanym alfabetem; kreślą mi w twarz staranne krzaczki, a ja ich nie rozpoznaję. Właściwie z pełną siłą odczuwam tylko jedno, i jest to uczucie straszliwie niewspółmierne: niesmak. Irytacja. (Napotykam być może jakąś granicę samorzutnej empatii: błąd systemu przy wielokrotnym obcym nieszczęściu, ślepe odżegnywanie się od uczestnictwa, daremne oczywiście, bo fakt już się stał, dzwon wybił także mnie, nam. Kolejni wsiąknęli w tę noc).
Transmisje z tych wydarzeń, wywiady, audycje, programy zawsze ciągną się tygodniami, jak tania opera mydlana, która nie chce z poważaniem zamilknąć.
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy
Prześlij komentarz