Przeżywam właśnie wielkie miłosne rozczarowanie, i to, żeby było pikantniej, z powodu kobiety: Lan Samanthy Chang. Nietłumaczona na język polski autorka trzech książek, kształcona w Harvardzie i Yale, leaureatka PEN Open Book Award. Przeze mnie odkryta w 2006 roku, w bibliotece publicznej w Phoenix. Tomik sześciu opowiadań Hunger (Głód). Później była powieść All is Forgotten, Nothing is Lost (Zapomina się wszystko, nie traci się nic). Zauważyłam w powieści kilka niedociągnięć, ale do teraz uważam ją za jedną z książek dla mnie najważniejszych. I wreszcie powieść Inheritance (Dziedzictwo). Otwarłam z ufnością i po siedemdziesięciu stronach przebijania się przez miałkie metafory odłożyłam z niesmakiem. Jest mi przykro.
Zauważyłam, że ostatnio łatwiej mi czytać reportaże i publicystykę niż powieści. Zaczęłam nawet chętniej sięgać po traktaty filozoficzne. Fabule muszę otworzyć kredyt zaufania. A ostatnio nikomu za bardzo go nie daję. Czasem uda mi się sobie wperswadować, że nie mogę się zamykać na nowe, i zmuszam się do przetrawienia kilkudziesięciu stron, ale na ogół już po pierwszej widać, czy tombak, czy nie. Jest jeden Coetzee, a poza nim? Kilku autorów, których czytam jednorazowo, z podnieceniem raczej umiarkowanym. Hemingway natomiast nie żyje. Zdołałam przeczytać całą jego twórczość niemalże; sprzedał mi nawet tę swoją nieudolną pierwszą powieść, „Rajski Ogród”. Zostało mi tylko „Mieć i nie mieć”. Nie mogę się zmusić do lektury, bo wówczas przeczytałabym już wszystko.
Gdybym kiedyś dostała jakiegoś wstrząsu mózgu lub w jakiś inny sposób nabawiłabym się amnezji, to chciałabym przeczytać „Komu bije dzwon” jeszcze raz pierwszy raz. Niewiele jest w ogóle rzeczy, które chciałabym robić jeszcze raz pierwszy raz. Należę do tych stresujących osób, które niepewność gryzie jak wełniany golf. Chcę już patrzeć wstecz, wypowiadać się z doświadczeniem, gromadzić kolejne doznania. Lubię mieć wszystko obcykane i ujęte w sprawne algorytmy. A Hemingway? Dla niego chciałabym wyskrobać zapisaną tablicę. Fenomen.
Zastanawiam się, dlaczego w sumie tak dobrze się z nim dogaduję. Fanfaroniada, nader przejrzyste kompleksy, gigantyczne mechanizmy wyparcia. Łatwe epatowanie kurwami. Trochę nuda. Zwykle wyłączam w ogóle takich ludzi, przestaję przetwarzać ich słowotok jak nieanalizowany język. Ale może właśnie ta transparentność mnie ujęła. Desperackie usiłowanie szybkiego wypalenia wielkich ran nie do wypalenia i w istocie nie do zaleczenia. U Hemingwaya widać wszystko jak na dłoni, choć tak mocno stara się to ukryć. Królicza nora strachu, maksymalna nadwrażliwość i ponownie lęk, lęk, lęk. Radził sobie z nim tak, że nie uciekał. Wychodził z nim na arenę jak torreador. Cenię go za tę odwagę straceńca. Mechanizmy wyparcia też, ale już tak głębokie i zaawansowane, że zataczały koło i wracały nieuchronnie do źródła problemu i bólu.
Okazjonalnie spotykam się z opiniami, że Hemingway to samiec.... bla bla... męska literatura... bla bla... seksista... bla bla... wredny macho... bla bla... gej zaplątany w podświadomości... bla bla... matka przebierała go w damskie fatałaszki, więc skrzywiony... bla bla... a w opowiadaniach o Nicku chodzi głównie o Marjorie i bla. Kiedyś ambitnie czytałam, ale zniecierpliwiłam się tymi gadkami, które więcej zdradzają o komentującym niż o podmiocie komentowanym, a są o wiele mniej od niego inteligentne i pełne oczywistego tchórzostwa. W dzisiejszym świecie naprawdę są szybsze sposoby wybicia się niż wskakiwanie Hemingwayowi na platformę i tkanie brudnych paluchów w jego seksualność. Mam nadzieję, że nikt nie myśli o sobie tylko w kategoriach płci, bo byłoby to lekko karykaturalne. Ja osobiście przede wszystkim jestem człowiekiem i na tej płaszczyźnie spotykam się z Hemingwayem, podchodzę do niego bardzo blisko, przywieram do niego kośćmi miednicznymi, jak w tangu. On stara się jeszcze blefować, rzuca we mnie kurwą i drwi, ale mnie nie oszuka; ja i tak wiem, że oboje jesteśmy loserami. Oboje się strasznie boimy. Oboje jesteśmy mężni, codziennie siłujemy się ze strachem na rękę w zadymionym pubie, skamieniali w tym intymnym zmaganiu, z oczami wytrzeszczonymi z wysiłku, a wokół nas nieprzenikniona wrzawa.
Co oczywiste, Hemingwaya lubię także za styl. Nie pieprzy, nie dyrdymali, nie sprzedaje mi głodnych metafor zakrojonych na efekt, jak ci pożal się Boże pisarze ze szkół, w których uczą, jak dobrze napisać pierwsze zdanie, żeby czytelnik zechciał łaskawie przeczytać i żeby był bestseller i American dream (czy nikt nie przerabiał w liceum „Dżumy”? Co jest z tym fetyszem pierwszego zdania? Tak na marginesie). Hemingway też oczywiście lubił roztaczać wokół siebie aurę mistrza, czemu nie. „Najważniejsze to napisać pierwsze prawdziwe zdanie”, chwalił się. Tere fere. Dym w oczy, jak to on. I tak wiem, że bał się tej czystej strony jak podchodzenia do przeciwnika z granatem. Bał się cholernej gryzącej niepewności, zaczynania wszystkiego od nowa. Powracającej wątpliwości: Raz mi się udało, szczęśliwy traf. Teraz to wszyscy zobaczą, jakie mam słabe karty, zawsze zresztą miałem; nie wychodzi mi nic, nawet blef. Z tą wątpliwością wychodził na arenę, patrzył w rozjuszone ślepia własnego lęku, zaczynał śmiertelny balet. Niewielu znam ludzi, o pisarzach nie wspominając, których stać na taką waleczność, nie raz kiedy bo lepszy dzień, tylko raz za razem za razem za razem za cholernie nieskończonym razem.
[Polecam także dokument Running from Crazy, gdzie Mariel Hemingway (wnuczka pisarza) opowiada o swoich zmaganiach z depresją kliniczną, która prześladuje pokoleniowo całą rodzinę i zabrała także jej siostrę, modelkę Margaux Hemingway].
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Ja się jakoś nie bardzo z panem Ernestem dogadywałem. Może jeszcze kiedyś zerknę i spróbuję, ale to chyba nie mój styl. Z panem Bohumilem po wieki wieków, pan Ernest jakoś mnie usypia i nudzi. Za to lubię czytać o nim. Z racji tego, że był "ikoną" co jakiś czas pojawiają się wspominki i artykuły na temat. Wtedy chętnie czytam. Bardzo interesująca osobowość, jak wielu pisarzy zresztą.
OdpowiedzUsuńPowiadasz, że kredyt zaufania musisz dać fabule. A reportażom nie?
Ciekawe pytania zadajesz :) Myślę, że w przypadku fabuły jest to kredyt zaufania na innych (i mocno czytelnika ograniczających) warunkach. Na potrzeby powieści autor jest po prostu Bogiem, w sumie może napisać wszystko; jeśli chce się zabawić na mój koszt, celowo wprowadzić w błąd czy rozczarować, to może. Reportaże są osadzone w konkretnej rzeczywistości i przez to ograniczone. Oczywiście, w ich przypadku powstają pytania o pobudki autorów, obiektywizm, czasem konfabulacje; ale czytelnik nie jest wobec nich całkowicie bezsilny: zwykle może (próbować) weryfikować to, co budzi jego podejrzliwość, a w przypadku powieści, która idzie źle, to co? Nic. Frustracja, frustracja. Nie wiadomo dokąd się udać z zażaleniami, chyba że na bloga, hehe. Mniej rzeczy może pójść źle w reportażu, bo rola autora jest inna.
Usuń„Pana Bohumila” nie czytałam, ale ponieważ kilka osób w rodzinie się nim zachwyca, może wreszcie coś łyknę :) A co do EH, ostatnio natrafiłam na ciekawą pozycję o przyjaźni Hemingwaya z jego polskim tłumaczem, Bronisławem Zielińskim. Autorstwa również tłumacza, Miry Michałowskiej. Wygląda bardzo obiecująco!
Moja wielka miłość do Hemingwaya zaczęła się jeszcze w szkole średniej. Jego dzwon poraził mnie na zawsze. Tak, jak bohaterce poruszyła się ziemia, tak mnie całe jestestwo. To literatura, która żyć będzie zawsze i urzekać będzie kolejne pokolenia. Nigdy natomiast życie danego autora nie ma wpływu na mój odbiór. Autor ma prawo do własnego życia jak każdy z nas. Mnie interesuje przekaz i siła sugestii, która albo jest, albo jej nie ma. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTAK!! Z tą poruszoną ziemią... kto jeszcze potrafi to określić w sposób tak zwięzły, a jednocześnie tak poruszający?
UsuńZgadzam się, lektura rozmaitych książek "o Hemingwayu" pokazała mi, jak można sobie dreptać w kółeczko patrząc na czyjąś twórczość przez pryzmat przypisywanych autorowi traum. Teraz faktycznie traktuję to jako sprytne nawiewanie od tekstu i od jego prawdziwego przekazu, bo jak piszesz, to on się liczy. Pozdrawiam Cię ciepło.
Książka która wywarła na mnie wielkie wrażenie to "Oddział chorych na raka" - A Sołżenicyna. Niezwykle ciepła jak na czasy, które opisuje. Natomiast poeta, który wywarł na mnie wrażenie to York Jordan inaczej Zbigniew Uramowicz. Pisałam o nim w poście pt. "Wilgotne konie plaż"
OdpowiedzUsuńPrzy okazji przeszukiwania Twojego bloga pod kątem "Wilgotnych koni" znalazłam też wiele innych lyricznych wpisów... Dzięki, że wspomniałaś o Uramowiczu (lub jakkolwiek ten pan chce zostać zapamiętany). A Sołżenicyn - ciekawa propozycja. Dziękuję Ci jak zwykle :)
UsuńBardzo podoba mi się blog, dodałam do poleconych i będę regularnie zaglądać :) Co do książki, którą chciałabym jeszcze raz przeczytać z czystym dyskiem w mózgu, byłaby to niewątpliwie "Zbrodnia i kara". Z tego względu, że takich emocji, jakie przeżywałam czytając to, nie dostarczyła mi żadna inna powieść. Po prostu serce tłukło mi się jak szalone, kiedy zabijał tę staruchę, a potem obawiał się tego, co może go za to spotkać. Ta narastająca paranoja i wyrzuty sumienia. Zapraszam na mój blog: recenzjedruidki.blogspot.com
OdpowiedzUsuńDzięki za dobre słowa, Karolciu! Fragmenty "Zbrodni i kary" do teraz krążą mi po głowie. Dostojewski ma niezwykłą zdolność jasnego i przenikliwego widzenia. Dla mnie osobiście majstersztykiem są rozmowy Raskolnikowa z Sonią. Fajnie, że wspomniałaś to dzieło! Pozdrawiam bardzo ciepło!
Usuń