mississippi, cholera

poniedziałek, 27 października 2014

Pierwszymi osobami rasy czarnej, z którymi miałam styczność, byli Louis Armstrong i Ella Fitzgerald. Od znajomej, która spędziła kilka lat w Stanach, przegraliśmy dwie płyty, rewelacyjną The Best of Songbooks Elli i krótką, zbyt krótką, składankę Louisa. Delikatny fakt ich skopiowania był chyba pierwszym ważkim problemem moralnym, z jakim się zetknęłam w moim młodziutkim wówczas życiu. (Chociaż może nie: przedtem zdążyłam już przepracować problem kłamstwa i tchórzostwa, gdy wciągnęłam odkurzaczem jakieś ubranko dla misia i w mojej panice zwaliłam wszystko na siostrę). Tata zapętlał sobie w biurze „What a Wonderful World”. Płyta Elli nie nadawała się do zapętlenia ani do pracy. Bardziej swingowa i agresywna, zdecydowanie nie była dobrym materiałem na żadne plimplające tło. Poza tym w wielu utworach dawało się wyczuć jadowity niepokój. Ale nie w głosie Elli, która po mistrzowsku potrafiła zapanować nad każdą, nawet najbardziej destrukcyjną emocją. Ta równowaga głosu i ducha była niezwykle krzepiąca.

Na pierwszym roku studiów natknęłam się w empiku na dwupak Niny Simone. Kupiłam „na spróbę”. Dwupak znam teraz na pamięć, tak jak resztę około dwunastu płyt Simone, które od tamtego czasu skompletowałam. Pierwsza jednak zaczyna się tak:

Nina (autorytatywnie): Pianino gotowe? No dobrze... (akordy: ta da dam, ta da dam, i nagły, przeciągły lament, rwany jak szloch) Odszedł... mój mężczyzna... bez sensu już czekać... na jego zmęczone kroki... rozlegające się na schodach...

I tak dalej. Nina, w przeciwieństwie do Elli, nie daje żadnych nadziei. Nie panuje też nad dźwiękiem tak jak Ella, która jednak jest w stanie wyprowadzić słuchacza na prostą dzięki swojemu nieomylnemu głosowi. Nina była przede wszystkim pianistką, śpiewała (jak to się mówi) z przypadku, często siłowo i z gardła, nieczysto, choć prawdziwe fałsze trudno wychwycić na wymasterowanych nagraniach. Jej nieobrobiony śpiew daje poczucie autentycznego przeżycia. Wciąga, zabiera na upiorne safari bólu. Nawet gdy Nina śpiewa jakiś pogodny szlagier typu „The Look of Love”, mam wrażenie, że śpiewa go z ironią. „Miłość, której czas nie zatrze...”, rzeczywiście... „Tak długo na ciebie czekałam...”, faktycznie, nic innego nie robiłam... „Teraz, gdy cię znalazłam, nie opuszczaj mnie już...” z bezbrzeżnym smutkiem. Trochę mnie to skrzywiło, jak można się domyślić; trudno mi należycie docenić bardziej prostolinijne wykonania na przykład Diany Krall, bo odbieram je jako naiwne; o jakichś smoothjazzowych wykroczeniach nie wspominam w ogóle, bo żal. Poza rozkładaniem amerykańskiego songbooka na łopatki, Nina popełniała też mocne utwory polityczne. Najbardziej znany to być może „Mississippi Goddam”, napisany po zamordowaniu czarnego działacza Medgara Eversa w Mississippi i wybuchu bomby podłożonej w czarnym kościele w Alabamie. W wyniku eksplozji zginęło czworo dzieci, a dwadzieścia osób zostało rannych. Ech... przecież tyle się naczytałam o tym wydarzeniu, a i tak, gdy to piszę, to ręce mi sztywnieją na klawiaturze. Chrystus miał rację, ludzie nie wiedzą, co czynią. Czworo dzieci! Czarne były, więc w sumie nie miały znaczenia.

Przez długi czas, gdy słuchałam Niny Simone, prześladowało mnie poczucie, że urodziłam się za późno...

Czytałam sporo o relacjach rasowych w Stanach Zjednoczonych, więc oczywiście zdawałam sobie sprawę z tego, jak wiele zostało w tym względzie do zrobienia. Mimo to, miałam trochę wrażenie, że po burzliwych zmaganiach w latach 50. i 60. karuzela postępu kręci się już beze mnie. No i faktycznie trochę tak jest. Mniej zostało zmian legislacyjnych. Ale zastałe blizny, piętna kulturowe - te trudno tak o! posmarować kremem wybielającym, żeby na drugi dzień już nie było ich widać. W Polsce po pół wieku komunizmu do teraz zwala się wiele rzeczy na specyficzną mentalność tamtego społeczeństwa. A jak strząsnąć z siebie kilka wieków niesprawiedliwości? Siedzi ta jasna cholera i wydaje się, że ani drgnie.

I niestety, im dłużej tu jestem, tym wyraźniej okazuje się, że mimo upływu czasu, utwory Simone nadal pozostają przejmująco adekwatne. Pisałam już o „złych osiedlach”, czarnych dzielnicach, w których rutynowo zdarzają się narkotykowe naloty (choć w białych suburbiach, gdzie ćpa się drogi towar w ramach dekadenckiego wolnego czasu, naloty takie zdarzają się bardzo rzadko). Od czasu do czasu jakiś celebryta wylatuje z hukiem z showbiznesu za publiczne lub semipubliczne użycie słowa „czarnuch”, a moi biali znajomi zawsze używają tego samego niezbitego argumentu: „No przecież ONI sami się tak nazywają między sobą!!”. Długie dyskusje o kanonach piękna; ostatnio w mediach wrzawa, bo w serialu How to Get Away with Murder jedna z głównych bohaterek (grana przez świetną Violę Davis) zdejmuje na wizji swoją perukę, sztuczne rzęsy i cały ciężki makijaż (dla niewtajemniczonych: włosy to dla Afro-Amerykanów kwestia polityczna: jak się je nosi, czy zostawia się je skręcone, czy przykrywa się je peruką, czy pali się je chemią, żeby były piękne, lśniące i proste, jak u białej kobiety).

A ostatnio znajoma opowiedziała mi zdarzenie żywcem wyjęte z piosenki Niny „Turning Point” (Punkt zwrotny, z płyty Silk & Soul z 1967 r.). Auba mieszka ze swoim mężem w miasteczku tuż obok mojego Baytown. „Biała dzielnica, wyższa klasa średnia” (jej opis, nie mój). Mają ośmioletniego chłopca. Przez długi czas po tym, jak mały poszedł do szkoły, nie zwróciło ich uwagi to, że nikt nigdy go do siebie nie zapraszał. Dopiero niedawno mały zaczął opowiadać, że od swoich kolegów słyszy: „Wiesz, zaprosiłbym cię do siebie, ale rodzice mi powiedzieli, że nie mogę, bo jesteś czarny.” „Jak to jestem czarny? Jestem brązowy!” - protestuje mały, bo faktycznie jego skóra ma piękny kolor kawy z nieznaczną domieszką mleka. Małemu wydaje się to bardzo dziwne. Rodzicom opowiedział jako ciekawostkę, jak to dzieciak, bez goryczy. Choć gorycz przyjdzie potem, na pewno. Nie jestem rodzicem, ale i tak domyślam się, jak zatrważająca musi być ta świadomość. Albo to, że dziecko ktoś może „sprofilować rasowo”, czyli uznać, że z racji swojej rasy stanowi zagrożenie, zaatakować, sprowokować, w najgorszym wypadku zastrzelić, w najlepszym - porządnie zgnoić. Rok temu cała Ameryka przyglądała się procesowi ochroniarza, który późnym wieczorem na strzeżonym osiedlu zastrzelił 17-letniego Trayvona Martina. Sprawcę uniewinniono, bo zgodnie z obowiązującym na Florydzie prawem nie było przesłanek do jego skazania.

„Za każdym razem, gdy stykam się z czymś takim, myślę sobie: Czy naprawdę nigdy się to nie skończy? Czy naprawdę nic się nie zmienia?” - kończy Auba.

Oczywiście, zmienia się. Ale powolutku, i bardzo się dłuży. Simone zresztą też była tego świadoma. „Przez cały czas mówicie: Powolutku, powolutku... A to właśnie problem, wy mówicie: Powolutku, a my tu myjemy okna, zbieramy bawełnę, dostajemy za niegodziwość i lenistwo... Bez sensu takie myślenie: Powolutku, powolutku, powolutku...” No bez sensu, ale tak jest. Zostaje trudne oczekiwanie, dużo gniewu i dużo smutku. O nadziei nie wspominam, bo w języku hebrajskim jest ona tożsama z oczekiwaniem.

Żeby nie było, posiadam również kilka albumów Diany Krall, choć najbardziej cenię Girl in the Other Room.
Share /

6 komentarzy

  1. Temat... jak dla mnie - jedna z najszerszych rzek. Ocean. Bo z jednej strony nie chciałabym robić różnicy między ludźmi. Trochę głupio twierdzić, że się pretenduje do miana "chrześcijanin", a jednocześnie jakiejkolwiek grupy unikać czy patrzeć na nią z wysoka. Jeśli się widzi, że ktoś ma gorzej - należałoby lecieć i jakoś pomóc.
    Punkt drugi: czarne dzielnice koło Chicago, gdzie w strzelaninach ginie czasem w weekend po kilkanaście osób. Miejsca złe - używając Twojej nomenklatury, bo jednak "rasa szkaradna" przez gardło mi nie przejdzie. Miejsca brzydkie - i ich mieszkańcy nie bardzo się starają, żeby się to jakoś zmieniło. (A może jednak niektórzy się starają, tylko ja o tym nie wiem?)
    Spojrzenie trzecie: może "oni" tam na tym swoim terenie po prostu nie wiedzą, nie umieją inaczej i dlatego jest brzydko, brudno, dzieciaki pakują się w nałogi, nieco starsi się wystrzeliwują jak na froncie. Czy więc może należałoby się tam wybrać z jakąś edukacją?
    Spojrzenie czwarte - z własnego osiedla na niczym się nie wyróżniających przedmieściach. Teren ogólnie biało-latynosko-azjatycki. Dwa razy do naszego budynku wprowadziły się rodziny afroamerykańskie. Były to okresy, kiedy z raz na miesiąc pojawiała się na skutek ichnich awantur policja. I tylko oni wyrzucali z auta na parking torby ze śmieciami z fastfooda, i tylko oni przesiadywali przed budynkiem wrzeszcząc do telefonów językiem mocno naszpikowanym wulgaryzmami. Pod blokiem pojawiały się dziwne postacie i zdarzało się, że wędrowałam do drugiego, dalszego wejścia, bo trochę strach.
    Zmierzam chyba do tego, że sprawa jest mega-skomplikowana. I że nawet człek o dość idealistycznych zapędach jakoś tam staje się rasistą, chociaż krzywi się na samą myśl o tym. Nie ma magicznej różdżki, która to zmieni. Choćbym nie wiem jak lubiła Afroamerykanów w teorii, i tak nie pojadę sama do ich dzielnic. I kłamałabym, gdybym twierdziła, że nie odetchnęłam z ulgą, kiedy "nasi" się wyprowadzili.
    Rozpisałam się strasznie :) Ale to dlatego, że mnie ten temat męczy w dość osobisty sposób. Może z tej przyczyny, że wiem, że jest niedobrze i to w różnych wymiarach, a nie robię kompletnie nic, żeby to się zmieniło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że się rozpisałaś. Bo nie sposób pisać o tym temacie w kilku prostych zdaniach. Tak jak piszesz, człowiek dostaje trójwizji czy nawet czterowizji, patrzy z jednej strony, z drugiej, kuca, staje na palcach, kładzie się na plecach i tak dalej. Też mnie ta sprawa męczy i bardzo dotyka. Szczerze mówiąc, w ogóle nie lubię o niej pisać, bo zwykle piszę i kasuję, piszę i przeprawiam. Ten artykuł pisałam dwa dni, i to też pikuś przy tym, co przeżyłam w Brazylii, bo to tam, kilka lat temu, po raz pierwszy dotkliwie odczułam moją białość. Artykuł pisałam tydzień, po czym poszedł do kosza. Szkoda w sumie. Ale łatwe tezy się tu wymykają, oczywiście. W planach mam napisanie posta o szkaradnej rasie białej, bo przecież nas też dotyczy dyskryminacja, na przykład przy rozdawaniu pracy, kiedy najlepiej być na food stamps, mieć piątkę dzieci, mieć w sobie czarną krew i latynoskie nazwisko, a najlepiej to w ogóle należeć do narodu indiańskiego (napisałam i od razu się ganię za ten cynizm, bo przecież...). Ponownie, rozumiem doskonale, czemu ma służyć affirmative action i cieszę się z tego szczytnego celu, ale... no właśnie, ale ale ale. Sporo by też pisać o poczuciu nietykalności, które emanuje z niektórych środowisk. Też mam to wrażenie, że może robię za mało... Ale jednak coś robię. Zastanawiam się przynajmniej, tak jak i Ty. Wiele osób nie robi nawet tego. Pozdrawiam Cię i dziękuję za Twój komentarz :)

      Usuń
    2. Ta... trzeba było widzieć, ile razy pisałam w komciu zdanie i wymazywałam.

      Usuń
  2. Uff... temat jak beczka prochu pomieszana z "Mississipi Burning" (kto nie widział powinien)...
    Rzecz wielce skomplikowana i wielowarstwowa z odcieniami, więc proste rozwiązania się nie sprawdzają. Ale rozwiązania są. Tyle, że nie wiem na ile da się je zastosować na Południu.
    Wydaje mi się, że kiedy dzieci z róznych kultur (ponad 50% mieszkańców Toronto to ludzie spoza Kanady) chodzą razem do szkoły i przedszkola to najlepszy sposób na burzenie stereotypów. Widok takich mieszanych grup cieszy moje oko na codzień i daje nadzieję, że przed nami lepsza przyszłość choć i teraźniejszość jest niezła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bardzo, bardzo mnie cieszą takie „różnorodne” widoki. Zwykle jestem nastawiona pozytywnie, bo faktycznie dużo się zmieniło; niedawno zdarzyło mi się obejrzeć trochę publiczkowy „Guess Who’s Coming to Dinner” i ucieszyłam się, że jednak świadomość społeczeństwa jest już obecnie na zupełnie innym poziomie. Ale powstaje też inny niepokój. Ostatnio zainteresowałam się projektem dokumentalnym „The Whiteness Project”, w którym biali mieszkańcy USA opowiadają o swoich odczuciach względem swojej rasy. Niektóre wypowiedzi są bardzo pozytywne, a inne... no cóż, zdradzają wiele patologii, które poza kamerą, podejrzewam, są jeszcze dosadniejsze. Ciekawe są też statystyki podawane w dokumencie, choć doniesienia statystyczne, jak wiadomo, trzeba traktować z przymrużeniem oka. Naprawdę wiele frustracji i nieporozumień budzi wspomniana przeze mnie w komentarzu wyżej affirmative action. Ciekawe, czy Kanada też ma jakiś system kwotowy w tym zakresie? Bo tutaj jest to wręcz punkt zapalny. Poza tym, kryzysy takie jak ostatnie wydarzenia w Ferguson na Południu. Mocno niejednoznaczna sytuacja i zero zaufania z obu stron, że druga ich nie skrzywdzi.

      „Mississippi Burning” nie oglądałam. Kiedyś zdarzyło mi się obejrzeć „Boondock Saints” z Willemem Dafoe i dostałam trwałego urazu do tego aktora. Myślę jednak, że z czasem jakoś się przekonam i sięgnę, dzięki :)

      Usuń
    2. Film jest świetny, więc koniecznie zobacz. Ja widziałem wieki temu w polskiej TV i wstrząsnął mną bardzo.
      Nie mamy w Kanadzie aż tak rozbuchanej affirmative action jak w Stanach. I u nas jest kierowana na kanadyjskich autochtonów (Indianie i Inuici) i "mniejszości". Jest na ten temat sporo dyskusji i czasem wybucha jakaś afera z tego powodu, ale myślę, że teraz wahadło się przesunęło w stronę faktycznej równości dla wszystkich. O ile wiem nie ma też za bardzo "kwot" dla poszczególnych grup jak w USA.
      Specyficznie kanadyjskim problemem są dwie rzeczy: specjalny status Quebecu (nasze podatki fundują im cuda wianki, które w innych prowincjach są niedostępne) i ogólnie pojęty "probkem indiański". Ten ostatni to temat na grubszy elaborat i jest z nim sporo do zrobienia.

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo