Niemal całe życie Tatuś pracował w Exxonie. Gigantyczna rafineria była kiedyś największa na świecie; obecnie jest jedynie druga co do wielkości w Stanach. I oczywiście od dziesięcioleci pozostaje największym pracodawcą w okolicach Baytown. Gdy wjeżdża się do miasteczka od Houston, po prawej stronie przez kilka kilometrów ciągną się struktury, które nocą przypominają nowoczesną metropolię rozświetloną tysiącem świateł (czasem gdy aparat fotograficzny nie łapie nocą ostrości, rejestruje światła podobnie, jak okrągłe plamki). Dopiero za dnia okazuje się, że te piękne „budynki” to tak naprawdę obskurne konstrukcje przemysłowe: platformy wiertnicze, wieże, wyciągi, ciągniki, kominy, z których od czasu do czasu bucha wesoły płomień; innymi słowy, wielka góra przemyślnie połączonego żelastwa. Na dodatek, przy odpowiednim wietrze, zalatuje niemiłosiernie i „nawozowo”. Najlepiej więc przejeżdżać tamtędy nocą, kiedy światła zawieszone gęsto na gołych rusztowaniach dają wrażenie Nowego Jorku za miedzą.
Annette opowiada: „Tatuś dopiero co zaczął pracować w Exxonie, kiedy zaczął się sezon myśliwski. A to była świętość; czy się waliło, czy paliło, Tatuś jechał na polowanie. Nic nie mogło stanąć mu na przeszkodzie. Moje narodziny przypadły na sezon myśliwski i nawet to go nie powstrzymało, więc wiem, co mówię. W pracy nie chcieli dać mu wolnego, bo przecież dopiero co ukończył szkolenie, nawet się nie napracował. A on i tak zabrał się i pojechał. Taki był zawsze; zawsze wiedział, czego chce. Dostało mu się za to oczywiście; nie zwolnili go, ale musiał całe szkolenie odbywać od początku, nie miał z tego za dużo pieniędzy. Ale jakoś to po nim spłynęło. Dziczyzna musiała być. Zawsze mieliśmy jej pełną lodówkę. Sam ją oprawiał i przyrządzał.
Pamiętam, jak raz przygotowywał dziczyznę na kościelnego grilla. Całą noc marynował mięso w przyprawach, a rano zapakował je razem z nami, dziećmi, do wielkiego coolera. W pewnym momencie mojej siostra zapytała go: „Tatusiu, czemu mięso tak migoce?”. Patrzymy, a tu mięso rzeczywiście skrzy się w świetle dnia. Po nitce do kłębka okazało się, że Mama w ferworze robótek ręcznych z dziećmi wsypała brokat do pustej pieprzniczki, bo drobne oka ułatwiały sprawne dozowanie. Nie wiem tylko, dlaczego wstawiła pojemnik z powrotem do szafki z przyprawami. Oczywiście, spóźniliśmy się wszyscy do kościoła; musieliśmy wszystkie kawałki dokładnie na sitku przepłukać. Później coś tam co prawda pochrzęściło między zębami, ale jednak dziczyzna to dziczyzna. Dobrego mięsa się nie marnuje."

Brak komentarzy
Prześlij komentarz