D jak diner

poniedziałek, 2 marca 2015

W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś kolejną sprawę z gatunku podstawowych.

Mesdames et messieurs, D jak diner!

Bardzo nie lubię zostawiać w tekście nieprzetłumaczonych słów, ale bez sensu też rzecz przekłamywać. Diner (czyt. /dainer/, nie mylić z „dinner”, obiadem) to ani stołówka, ani jadłodajnia, ani bar mleczny, ani restauracja. Na ścianie mojego ulubionego lokalu tego typu widnieje nawet napis: „‘Dobry wieczór’ w restauracji, ‘Jak leci?’ w dinerze”. I co z tym fantem zrobić?

Al Mac's Diner w Massachusetts. Konstrukcja charakterystyczna dla wczesnych dinerów. Źródło
Amerykański diner to wynalazek jeszcze z dziewiętnastego wieku. Pierwsze dinery sprzedawały jedzenie z furgonowej budy, choć mało kto to wie (ale od czego Wikipedia!). Później stały się przewoźnymi, lekkimi budynkami w kształcie wydłużonego prostokąta. Do teraz niektóre z nich, zwłaszcza małe, rodzinne przedsiębiorstwa, nawiązują do tej spuścizny swoją konstrukcją albo charakterystyczną metalową fasadą. Klienci dinerów wywodzili się pierwotnie z klasy robotniczej. Dlatego instytucje te są często otwarte całą dobę, serwują solidne, obfite posiłki (dopiero stosunkowo niedawno w menu zaczęły pojawiać się jakieś lżejsze propozycje), a zestawy śniadaniowe można zamówić o każdej porze dnia i nocy. Złota era dinerów to lata 50. Może kojarzycie klasyczne rysunki Normana Rockwella z tamtego okresu? Na jednym, zatytułowanym „Uciekinier”, bohaterowie siedzą przy ladzie anonimowego dineru. Oczywiście, dinery figurują również w wielu filmach i serialach - słynna kafejka Whistle Stop Cafe ze „Smażonych zielonych pomidorów” albo knajpa Luke’a z „Gilmore Girls” i wiele wiele innych. (Kultowa scena z „When Harry Met Sally” też miała miejsce w dinerze: „Ja poproszę to, co tamta pani”).

Obecnie wiele restauracji sieciowych wpisuje się w tradycję kulturową dinerów. Do najbardziej znanych na Południu (i bliskich memu sercu) należą Denny’s, The Waffle House i IHOP (International House of Pancakes) (wybór oczywiście subiektywny).

Co warto zrobić w dinerze w ramach Teksaskiego Paszportu?
  • oczywiście przyjść po godzinie dwudziestej drugiej i zjeść coś typowo śniadaniowego, na przykład omlety, gofry albo naleśniki (w IHOPie). Można się również skusić na którąś z licznych wariacji Mocnego Uderzenia, czyli The Grand Slam - zestawu śniadaniowego sprzedawanego w Denny’s. W skład Amerykańskiego Mocnego Uderzenia (All American Grand Slam) wchodzą jajka, bekon, dwie kiełbaski śniadaniowe i hash browns, czyli luźny placek ze startych ziemniaków (must have!). Można także zbudować swoje własne Mocne Uderzenie, dodając do jajek szynkę, tosty, buttermilk biscuits (rodzaj bułeczek na maślance, ale nie na drożdżach, tylko na sodzie), muffinki, owsiankę albo grits (czyli rodzaj południowej polenty).
  • wariacją powyższego punktu jest przyjście do dineru na śniadanie o godzinie czwartej-piątej nad ranem, po nocy spędzonej na imprezowaniu i włóczeniu się po klubach/barach/klubokawiarniach. Wiele osób kojarzy dinerowe pożywienie właśnie z zajadywaniem kaca i lizaniem ran po imprezowych wyskokach.
  •  najlepiej usiąść w kabinie (booth). Po cichu uważam, że te kabiny to pozostałość właśnie po czasach, gdy dinery funkcjonowały jako instytucje przewoźne. Poza tym, jak to wyraża kolejna mądrość ze ściany dineru: „Po co mieć biuro z widokiem, jeśli można mieć kabinę w dinerze?”. No właśnie, po co? Radzę przyjść z gazetą, książką lub czytnikiem, zamówić kawę (niekończące się dolewki wynagradzają jej oczywistą lurowatość), wyłączyć telefon i na parę godzin stać się częścią rockwellowskiego krajobrazu.
  • na czas jedzenia w dinerze wyłączyć wygórowane standardy higieniczne (oczywiście istnieją restauracje dość wykwintne, stylizowane na dinery z lat 50., ale atmosfera ekskluzywności nie jest jednak tożsama z dinerem, dokąd chodzi tzw. regular Joe, czyli amerykański Kowalski). A więc nie przyglądać się za bardzo burej wykładzinie, nie patrzeć na poplamione fartuchy kelnerów, nie zauważać tego, że rękawica, którą standardowo dołącza się do dań podawanych na żeliwnej patelni (skillet), prawdopodobnie dawno nie zwiedziła bębna pralki. Niestety przy instytucji otwartej całą dobę, dogłębne czyszczenie np. wykładziny czy ciemnego miejsca styku kabiny ze ścianą, nie będzie priorytetem. Taka ciekawostka, na którą się natknęłam przy pisaniu posta: gdy w 1988 r. wprowadzono w Stanach prawo, że jadłodajnie mają być zamknięte w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia, niektóre placówki Denny’s musiały zainstalować zamek w drzwiach specjalnie na tę okazję, a inne musiały dorabiać klucze, bo ktoś miał lecz zapodział...
  • podobnie, w dinerze odpuszczamy sobie dietę. Niniejszym udzielam nawet czytelnikom tego posta specjalną dyspensę: kalorie spożyte w dinerze się nie liczą! Tak, można znaleźć w menu pozycje w miarę zdrowe; zawsze można poprosić o pełnoziarnistą mąkę w naleśnikach, bekon z indyka, same białka bez żółtek, albo zamówić omlet ze szpinakiem; kłopot w tym, że siłą rzeczy nie można kucharzowi patrzeć przez ramię i krzyczeć stop. Zdarzyło mi się widzieć np. prawie same ziemniaki w jajecznicy, która miała być teoretycznie „z warzywami” (może z jakimś smętnym pomidorkiem cherry i sporą ilością pieczarek), „zdrowe” naleśniki polane maślanym lukrem (nie przewidzę wszystkiego, czasem zdarza mi się zapomnieć o tym, by dodać: „bez cukru, bez cukru pudru, bez syropu, bez lukru!!”), albo po prostu warzywa na patelni utytłane dużą ilością tłuszczu (i to prawdopodobnie nie oliwą z oliwek). Ale bez ortodoksji. W końcu nie je się tu codziennie. Poza tym nie jesteśmy w szparagowatej Kalifornii, gdzie żyje się na miskach açai, lecz w Teksasie.
  • nawiązać relację z kelnerem/kelnerką. Wiem, że niektórzy ludzie nie lubią rozluźnionej atmosfery i werbalnego tykania; nie pasuje im, kiedy ktoś obcy zwraca się do nich per „kochasiu”, „złotko”, albo „skarbie”. Niestety, takie osoby powinny zaszyć się w swojego garniaka i raczej nie zbliżać się do establishmentów typu diner, bo nabawią się urazu. Ideą dineru jest nieformalność, co ułatwia oczywiście egalitarny język angielski, w którym gramatycznie rzecz biorąc wszyscy i tak są na ty (co prawda nie jest tak, że „pana” i „pani” zupełnie nie ma, zwłaszcza na Południu... ale to rzecz na osobny wpis).
  • przyjść li i jedynie dla pocieszenia, żeby poczuć, że nie tylko ja jestem na nogach o tej niegodnej porze i że gdzieś ktoś przejmie się moją niedolą. Pamiętam zwłaszcza jeden okropny dzień, gdy chodziłam po centrum San Antonio od południa do dwudziestej trzeciej załatwiając różne sprawy i byłam kompletnie wyczerpana; na dodatek z nieba lał się okrutny żar, a moja znikoma półlitrówka z wodą już dawno się skończyła. Na dodatek byłam w tak głębokiej depresji, że choć leciałam z nóg, to przerażał mnie powrót do pustego pokoju hotelowego. W takim stanie zaszłam do Denny’s i po prostu rozkleiłam się w mojej kabinie (prawie w ramionach cudownie troskliwej kelnerki, która okropnie przejęła się moimi łzami). Zamówiłam jakiś koktajl z truskawek, a ona przyniosła mi porcję o rozmiar większą. Zabawne to, ale po wypiciu tego napoju (nota bene o podejrzanym dość składzie, jakiś słodzony pewnie jogurt) poczułam się o wiele lepiej.
I jeszcze mała rada: jeśli wybieramy się do dineru w weekendowe przedpołudnie (w sobotę albo święto), to uzbrójmy się w cierpliwość - będzie tam dużo rodzin z małymi dziećmi i czekać możemy całkiem długo, w warunkach dość hałaśliwych. Ale czego się nie robi dla IHOPowskich naleśników z jagodami i pekanami!

A to właśnie charakterystyczny styl Normana Rockwella i "Uciekinier". Źródło
Share /

11 komentarzy

  1. ależ fajna notka .. brawo .. prawdziwa nostalgia 'Amaricana' styl :^) ,,, piękna historia z kelnerką .. one na prawdę to takie dobre duszyczki często w ciele z nadwagą :^)
    Denny's miał kiedyś bardzo poważne perturbacje rasowe już za moich czasów w Stanach była jedna straszna historia z pobiciem Amerykanów azjatyckiego pochodzenia .. ale to już przeszłość teraz

    a w Austin mamy lokalne wersje Diner ...
    tu w tej niejedan raz z żoną byliśmy po imprezie tak około 3 rano przed powrotem do domu aby troszkę wytrzeźwieć :^)

    http://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g30196-d484529-Reviews-Magnolia_Cafe_South-Austin_Texas.html

    a tu taj ulubiony Diner moje pośredniej córki :^)

    http://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g30196-d469607-Reviews-Kerbey_Lane_Cafe-Austin_Texas.html

    pozdrawiam bardzo ciepło :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piotrze, baaaardzo fajnie, że zawsze dorzucasz coś od siebie, dzięki! Pamiętam w Austin te wszystkie lokalne miejscówki - super sprawa. Akurat do dinerów nie zajrzeliśmy, ale byliśmy w paru stołówkach wegetariańskich, u nas niestety trudno o takie, więc skorzystaliśmy :) Gdy będziemy następnym razem, koniecznie zajrzymy do dinerów!!

      Coś w tym jest, że po imprezie najbardziej chce się solidnego, domowego, pokrzepiającego jedzenia i wielkiego kubka z kawą, najlepiej takiego bez dna :)

      Usuń
  2. Naprawdę fajne są te wpisy. Podoba mi się, że proponujesz "co zrobić z tym fantem", czyli gdy juz się tam znajdziemy :) I jestem pewna, że gdy kiedyś przywieje mnie i do Stanów to zagoszczę tam na super tłuste naleśniki, na które od czasu do czasu mnie nachodzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszam o każdej porze dnia i nocy, a dinery tym bardziej :)

      Usuń
  3. Ach dinery... nieodzowny element wakacyjnych włóczęg po Kanadzie i Stanach oraz wszelkich krótszych roadtrips.
    Quentin Tarantino swoim zwyczajem zmyślnie wykorzystał diner w Pulp Fiction i to dwa różne, na początku (ten w którym jest napad) i w środku, kiedy Vince zabiera Mię Wallace na tańce do Jacka Rabbita. Och nostalgia, chyba sobie muszę znowu obejrzeć:)

    Mam kilka ulubionych dinerów. Na przykład w Stanach ten, zaraz obok niesamowitego Letchworth State Park (NY): http://www.briansusadiner.com/
    Mniam... A dinerowy wystrój to temat na osobny wpis...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O wow. Co za menu! A ja przed śniadaniem... :)

      W NY bywam póki co tylko przejazdem i za każdym razem to miejsce mnie urzeka... Mgła, architektura tych małych domostw, dinery, jakieś zakamuflowane establishmenty, które były tam pewnie od prawieków, deszcz kapiący wolno z rynny... Czas jakby pełznie :) Chciałabym także zwiedzić pobliską Nową Anglię, bo to o niej pisze tak ładnie Elizabeth Strout. Czytam jej książki i wydaje mi się niepojęte, że w obrębie jednego kraju może być tyle różnych rzeczywistości.

      Tarantino twórcą amerykańskiej mitologii... do tego ma facet bezsprzeczny dryg. Ja jeszcze zbieram się do Django :)

      Usuń
    2. Hej, pod Nowym Orleanem znaleźliśmy tę białą plantację, na której kręcono sceny z Django... Evergreen Plantation :) Robi wrażenie!!

      Usuń
  4. Jeśli kalorie spożyte w dinerze się nie liczą, to bardzo chętnie, bez oporu zamawiam i spożywam z łakomstwem. Atmosfera którą opisujesz aż kusi by jej doznać !
    Czyli zapisuje do listy moich obowiązkowych punktów w Ameryce.
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Migafko, witam serdecznie! Przy okazji polecam wszystkim Twoje piękne zdjęcia :) Listę rób, aczkolwiek w tym kraju będzie ona napraaaaaaaawdę długa... tyle rzeczy do przeżycia :) Również pozdrawiam ciepło z Nowego Orleanu :*

      Usuń
  5. Przeczytałam, jak zwykle, z przyjemnością i podziwem nad tym, jak malujesz słowami :) Tak się złożyło, że właśnie wczoraj mieliśmy okazję zjeść w dinerze coś pomiędzy lanczem a kolacją, zylion kalorii, a jakże, część wzięliśmy do domu w bielusieńkich styropianowych pudełkach, nijak nie pasujących do ciemnawego wnętrza (bo to zarazem i wiejski bar z pawilonem tanecznym w stodole dołączonej korytarzykiem). Establiszment zlokalizowany jest jakąś godzinę na południe od Chicago, out in the sticks (uwielbiam to wyrażenie), gdzie, jak okiem sięgnąć, silosy i w cieplejszej porze pola kukurydzy albo soi.
    Mimo zupełnie innego regionu większość Twoich obserwacji opisuje i to miejsce, Zapamiętuję, żeby następnym razem w ramach eksperymentu spróbować pozyskać danie śniadaniowe w porze obiadu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OOO Kasiu, jak fajnie Cię usłyszeć :) Dzięki za relację z innej części Ameryki! Pawilon taneczny? To brzmi bardzo ciekawie, czyżby do line-dancing albo teksaskiego two-stepa? W głośnikach pewnie country? Czy coś innego, równie hałaśliwego? Mam ogromny sentyment do takich miejsc :) Następnym razem śniadanko wieczorem, koniecznie ;) Pozdrawiam bardzo ciepło!

      PS. Ja też uwielbiam "out in the sticks"... i inne soczyste określenia, których potem brak w języku polskim, a przetłumaczone brzmią już o wiele mniej obrazowo...

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo