A jednak śpiewał mi „Summertime”. Piosenkę-zaklęcie.
Letni czas - żyje się tak prosto...
Skaczą ryby, wybujała bawełna
Tatuś jest bogaty, a mama przepiękna
Więc nie płacz, maleństwo, cicho, uspokój się
Melodia przypływa i odpływa miarowo, unosi mnie nieśpiesznie w dobrą, senną dal. Tata czasem zapominał słów; sztukował wtedy: „Pogoda jest piękna, a tatuś przystojny...”, bo do tej piosenki łatwo jest tak od niechcenia improwizować, dobrze życzyć sobie i światu.
Do teraz, gdy słyszę śnięte kadencje „Summertime”, patyna tego całego zewnętrznego jazgotu złuszcza się wielkimi płatami i zostaje tylko tamten czas - na zawsze ocalony, wciąż potrzebujący ocalenia.
W weekendowe poranki, gdy dopisuje pogoda, na trawnik pod moją antresolą wychodzi jakiś tata z gromadką małych dzieci i zaczynają podawać piłkę. Za bardzo nie wiem, w co grają, bo o tej porze sen spowija mnie szczelnie jak całun. Dochodzą mnie tylko powtarzalne kadencje dźwięku, raz je słyszę, raz nie. Majaczy mi się, że dwie osoby trenują w skupieniu, a reszta gra w berka albo w coś równie hałaśliwego. Leżę, przyswajam podekscytowane piski, krzyki, tupot stóp o idealnie przystrzyżoną murawę, a sen to przypływa wielką falą, to odpływa z żył - coraz bardziej, powoli i nieubłaganie.
Potrzebuję kofeiny, żeby ten odpływ natychmiast zrównoważyć.
Tata skupia się na jednym chłopcu. Być może najstarszym? Przez żaluzje nie widzę chłopca, widzę tylko aktywnie gestykulującego tatę, mały stoi za daleko w bok, ale wyobrażam sobie, że skórzana rękawica, którą usiłuje złapać podawaną mu piłkę, jest rozmiaru jego głowy, a tata to już w ogóle cały świat: głowa ojca przesłania małemu słońce, wypełnia niebo, sama jest jednym wielkim słońcem z długimi, ciepłymi promieniami. Tata mówi:
„Dobrze, Travis. Teraz uważaj.”
„Nic się nie stało, Travis. Jeszcze raz.”
„OK, Travis. Gotowy? Uwaga, rzucam!”
„Super, Travis. Prawie dobrze. Teraz do mnie. Świetnie. Uwaga, jeszcze raz.”
„Brawo, Travis. Dokładnie tak. Powtórzmy to, co? Podaj do mnie. Do mnie!”
Travis mówi niewiele, prawdopodobnie jest cały mokry z emocji, wysiłku i dzikiego szczęścia. Kiedy podskakuje, przygryza sobie wystawiony język i razem z bólem wyrzuca z siebie pojedyncze stęknięcia:
„Tata, patrz!”
„Patrz! Zobacz!”
„Oooo! Zobacz! Tata!”
„Aaa! Ooo! Tata!”
Ich głosy splatają się ze sobą, przypływają i odpływają, unoszą mnie łagodnie w stronę światła, w jakąś dobrą, rozmarzoną dal.

Uwielbiam Summertime.... Zawsze mam dreszcze, gdy jej słucham i nie wiem czemu wspominam wtedy wieczory spędzone gdzieś na plaży... Zaskakująca siła wyobraźni :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam cieplutko!
A właśnie, jazz to muzyka niepokąca i urokliwa - zupełnie jak nasze wspomnienia... dlatego tak wciąga :)
UsuńDzięki za miłe odwiedziny! Pozdrawiam serdecznie z zachmurzonego Houston...
Ta "muza kompletnie zbędna" będzie do odsłuchania :) Między mną a jazzem był zawsze taki niemy konflikt, niby nie pasowaliśmy do siebie, ale coś nas do siebie ciągnęło. Spróbuję więc raz jeszcze, a nuż dojrzałam wystarczająco :) Ładny obrazek w końcówce posta. Wyobraziłam sobie grających ojca i syna, nawet starałam się usłyszeć ich dialogi po angielsku ;) Pozdrawiam Cię!
OdpowiedzUsuń