Sporo czasu spędzam ostatnio w instytucjach typu extended stay (długi pobyt), idealnych dla ludzi, którzy zatrzymują się w jakimś mieście dłużej niż tydzień i nie chcą płacić stawek dniowych, tylko tygodniowe. Idealnych także dla tych, którzy mają powody chcieć zniknąć. Nie zostawiać żadnych śladów na papierze ani w cyberprzestrzeni, nie podpisywać umów o gaz czy internet, wypiąć się na konsekwentne budowanie zdolności kredytowej, płacić pomiętą gotówką wyciągniętą spod materaca, nie podawać (prawdziwego) numeru identyfikacyjnego, słowem, zadbać o to, by w systemie nie było na ich temat żadnej informacji zwrotnej. Get off the grid.
Ostatnio chodzi mi po głowie mój tekst, naskrobany w podobnych okolicznościach w San Antonio, kilka lat temu, w innym języku.
Wczesnym rankiem, por la madrugada, mężczyzna w pokoju obok siaduje przed drzwiami i pali. Wolno, precyzyjnie, maniakalnie.
Nie zaszczyci nas nawet spojrzeniem, gdy przechodzimy obok, śpiesząc się na plan. Bum, bum, bum, buciory Mężczyzny. Klip-klap, klip-klap, beztroskie japonki. Moje uda, gołe i białe w dżinsowych szortach, akurat na wysokości oczu siedzącego człowieka, na chwilę przyciągają jego uwagę. Potem wraca do swojego papierosa. Noc zaczyna się wycierać na rogach. Z horyzontu wycieka wąsko światło. Niedługo rozleje się w musujący róż. Ale nie wygląda na to, by mężczyzna dziś do kogokolwiek przepijał. Ewentualnie do lustra.
Dym nawleka się na balustradę. Impreza skończona, nadszedł dzień po zgiełku. Czas zwalnia bieg jak koło fortuny, zanim znieruchomieje zupełnie.
Kilka dni później, w porze lunchu, wychodzę na podwórze wyrzucić śmieci i znów się na niego natykam. Pali w rozedrganym upale, ponury, zarośnięty i wrogi. Wchodzę w jego dym i nadziewam się na nieprzyjazne spojrzenie. Gdy wracam do pokoju, znów muszę koło niego przejść i słyszę jakby chlaśnięcie. Ostry głos. W pierwszej chwili myślę, że to do mnie. Ale to do dozorcy, krzątającego się po parkingu z wielką szuflą. Tak właśnie do niego krzyczy: „Eeeeej! Tyyy! Dozorca!”. Zamykam drzwi, zaskoczona. Nie krzykiem, tylko gniewem. Sprzężeniem gniewu. Jak wtedy, gdy strzela korek od szampana i piana tryska na wszystko. Tylko że nie wygląda na to, by mężczyzna dziś do kogokolwiek przepijał.
Ewentualnie do lustra.
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Dziwne jak czasem zupełnie obcy ludzie wciągają nas w swój nastrój, zupełnie jakbyśmy byli za niego odpowiedzialni. Chyba nie ma ciekawszych historii niż te niedopowiedziane. Fajny tekst, z duszą, jak zawsze :)
OdpowiedzUsuńDzięki Karola :) Tak, tego gościa do teraz pamiętam. Dlatego lubię pisanie - mam wrażenie, że dzięki niemu przeżywa się intensywniej. Porządkuje się trochę te wrażenia, które bez tego byłyby jakimś niezidentyfikowanym planktonem przetaczającym się hurtem przez mózg :)
Usuń