Taksówkarz cieszy się na widok mojej walizki. „Widzę, że jedziemy na lotnisko?” - pyta wesoło, wkładając ją do bagażnika. Markotnieje wyraźnie, kiedy wyprowadzam go z błędu. „Na dworzec to będzie kiepsko, zwłaszcza o tej godzinie” - zerka na mnie z niepokojem w lusterku. Wnętrze taksówki jest wyjątkowo zadbane. Nie zalatuje ani skwaśniałym dymem papierosowym, ani kamieniem nazębnym po przepracowanej nocce, ani wódeczką. - „Na Nad Wierzbakiem wykopali przy przystankach wielką dziurę i nikt za bardzo nie wie, co tam zamierzają zrobić. Ruch się rozślimaczył. Na dodatek, pamięta pani, tam można było sobie w razie czego zrobić skok w bok przez Sołacz, uciec uliczką równoległą, a tu cała Wielkopolska zamknięta przez ten wykop, więc nic z tego. Trzeba grzecznie stać i się wciskać. Kiedy ma pani pociąg?”
Mówię mu. „A, to mnie pani uspokoiła. Stać i tak będziemy, ale powinniśmy zdążyć.”
Stoimy więc. Najpierw na przejeździe kolejowym, później w gigantycznym zatorze wiodącym do centrum. Faktycznie, tak wielkiego korku nie widziałam od czasów podstawówki, kiedy pokonywałam tę trasę z rodzicami każdego poranka. Mój kierowca uskutecznia wątpliwy etycznie proceder wciskania się na początek; czyni to całkiem zręcznie, ale swoje i tak musimy odstać. Słuchamy radia. Akurat trwają wiadomości. Prezenterka czyta o systemie drogowskazów, który zakupił sobie (za niebagatelną sumę pół miliarda złotych) zarząd miasta Szczecin. Kłopot polega na tym, że nietanie znaki wskazują drogę nieprawidłowo. Oboje parskamy spontanicznie śmiechem, słysząc tę nieoczekiwaną puentę.