Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań nasz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań nasz. Pokaż wszystkie posty

jedno słowo komentarza

środa, 4 lutego 2015

Na dwa tygodnie zniknęłam z sieci. Chyba widać. Niestety, było to spowodowane trzepotaniem się w sieciach innego rodzaju, głównie w asymetrycznych okach biurokratycznego absurdu. Z tą ostatnią hydrą nie udało mi się wygrać, pomimo ponawianych wizyt w urzędach. Główna sprawa do załatwienia pozostała więc niezałatwiona.

Czuję się trochę sobą zawiedziona, nie ukrywam. Heraklesowi się udało, a ja co? Dętka. Muszę jeszcze raz prześledzić ten mit w poszukiwaniu pożytecznych wskazówek w walce z nieśmiertelnym monstrum.





Tymczasem w Poznaniu (niezupełnie tymczasem, ale w mojej pamięci to zdarzenie funkcjonuje sobie w przytulnym bezczasie właściwym wspomnieniom), na pewnym przystanku gdzieś w okolicy Rynku Jeżyckiego, do autobusu wsiadł wysoki starszy pan, w brązowym garniturze, jak by to określił Fogg, un peu démodé.

wielbłąd codzienny

wtorek, 13 stycznia 2015

Taksówkarz cieszy się na widok mojej walizki. „Widzę, że jedziemy na lotnisko?” - pyta wesoło, wkładając ją do bagażnika. Markotnieje wyraźnie, kiedy wyprowadzam go z błędu. „Na dworzec to będzie kiepsko, zwłaszcza o tej godzinie” - zerka na mnie z niepokojem w lusterku. Wnętrze taksówki jest wyjątkowo zadbane. Nie zalatuje ani skwaśniałym dymem papierosowym, ani kamieniem nazębnym po przepracowanej nocce, ani wódeczką. - „Na Nad Wierzbakiem wykopali przy przystankach wielką dziurę i nikt za bardzo nie wie, co tam zamierzają zrobić. Ruch się rozślimaczył. Na dodatek, pamięta pani, tam można było sobie w razie czego zrobić skok w bok przez Sołacz, uciec uliczką równoległą, a tu cała Wielkopolska zamknięta przez ten wykop, więc nic z tego. Trzeba grzecznie stać i się wciskać. Kiedy ma pani pociąg?”

Mówię mu. „A, to mnie pani uspokoiła. Stać i tak będziemy, ale powinniśmy zdążyć.”

Stoimy więc. Najpierw na przejeździe kolejowym, później w gigantycznym zatorze wiodącym do centrum. Faktycznie, tak wielkiego korku nie widziałam od czasów podstawówki, kiedy pokonywałam tę trasę z rodzicami każdego poranka. Mój kierowca uskutecznia wątpliwy etycznie proceder wciskania się na początek; czyni to całkiem zręcznie, ale swoje i tak musimy odstać. Słuchamy radia. Akurat trwają wiadomości. Prezenterka czyta o systemie drogowskazów, który zakupił sobie (za niebagatelną sumę pół miliarda złotych) zarząd miasta Szczecin. Kłopot polega na tym, że nietanie znaki wskazują drogę nieprawidłowo. Oboje parskamy spontanicznie śmiechem, słysząc tę nieoczekiwaną puentę.

jeżycki technicolor

czwartek, 18 grudnia 2014

O poranku, w mój sen wślizguje się jakieś stłumione nagranie Deana Martina. Mambo Italiano gra w klasy z budzącą się świadomością. Śnię zawsze w technicolorze, wielowątkowe pacnięcia rozemocjonowanej farby. Czasem mnie to niepokoi, czasem absorbuje tak dalece, że nie mam ochoty wstawać, bo rzeczywistość wydaje mi się niemożliwie szara w porównaniu do mojego prywatnego Hollywood. Zima w Polsce tym bardziej operuje ograniczoną paletą barw. Wygrzebuję się z wojskowego śpiwora. Patrzę w dół przez okno kamienicy; nawierzchnia ulicy lśni od wilgoci. Pada? Szukam kręgów na kałużach, ale większych brak; jakieś podłużne miniaturowe lusterka błyskają między fałdami w asfalcie. Siostra już wstała; pijemy porannego szatana do rytmu Martina i okazjonalnego tramwaju. Obie ścieżki dźwiękowe szumią na swój sposób. Patrzymy na kamienne balkony sąsiadów z naprzeciwka. Na balustradach siedzą zmarznięte gołębie. Nastroszone w kształt kanciastej kulki, chowają główki w siebie, jak rosyjskie damy w wielkich napuszonych paletkach.

siostra robi szatana

czwartek, 4 grudnia 2014

Siostra robi szatana. Tak mocnego, że w zęby daje. Wlewam go do mojego ulubionego czarnego kubasa, który tak naprawdę wart jest półtora zwykłego kubka, i już widzę, że strumyk się lekko ciągnie, a na powierzchni skrzą się jakieś maleńkie farfocle. Zupa po prostu, nie kawa. Nieważne, ile mleka dolewam, i tak dostaję nadkwasoty. Potem muszę myć zęby dwa razy, żeby zedrzeć ten osad z jamy ustnej.

Na dodatek z biegiem lat następuje, zdaje się, eskalacja tego diabelstwa. Ostatnią kawę, którą dla mnie zaparzyła, ledwo mogłam przełknąć. A przecież i moja kawa jest całkiem mocna, nie każdy ją wypije; na pewno nie ci, co w kawiarni zamawiają wielkie latte i podniecają się, że „bez kawy to oni żyć nie mogą”. Nie chciałam przy siostrze bezczelnie pluć w garść, więc łyk, który wzięłam, grzecznie trzymałam w buzi i po troszeczku sobie dozowałam, żeby tak doszczętnie nie zgorzknieć. Resztę w filiżance, oddałam jej. Na szczęście tego dnia siostra zaprosiła mnie także na naleśniki, które skutecznie tego szatana prześwięciły.

Ostatnie śniadanko z naleśnikami. Szatan poza kadrem.

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo