Czuję się trochę sobą zawiedziona, nie ukrywam. Heraklesowi się udało, a ja co? Dętka. Muszę jeszcze raz prześledzić ten mit w poszukiwaniu pożytecznych wskazówek w walce z nieśmiertelnym monstrum.
Tymczasem w Poznaniu (niezupełnie tymczasem, ale w mojej pamięci to zdarzenie funkcjonuje sobie w przytulnym bezczasie właściwym wspomnieniom), na pewnym przystanku gdzieś w okolicy Rynku Jeżyckiego, do autobusu wsiadł wysoki starszy pan, w brązowym garniturze, jak by to określił Fogg, un peu démodé.
Rozprasowane, rozsiedziane kanty, ramiona lekko przygięte, skóra twarzy rozciągnięta jak pergamin na szczupłej czaszce. Autobus wypełniony po brzegi, bo przy Rynku Jeżyckim wsiada zwykle sporo zakupowiczów. W okolicach południa są to głównie seniorzy z wózeczkami i siatkami z poliestru. Tani materiał opina się kusząco na krągłościach włoszczyzny i ziemniaków. Pachnie perspektywą rosołu i kapustą kiszoną z beczki na wagę, i starszym zmęczeniem, i tanią perfumą rozpyloną w białych włosach - rozbrajającą i słodką.
Autobus więc pełen. Ale zaraz ktoś ustąpił starszemu panu miejsca, w drugim rzędzie na lewo od strony rozsuwanych drzwi. Mężczyzna sztywno, całym ciałem przesunął się we wskazanym kierunku, bez słowa. Oczy miał jak ze szkła; jego wzrok ślizgał się po przestrzeni, na nic nie łapiąc ostrości. W przejściu, mężczyzna potknął się o nogi jakiejś kobiety, siedzącej bokiem w pierwszym rzędzie. Ona także już dojrzała, ale młodsza od niego; w kostiumiku, jak by to ujął Fogg, un peu démodé. O jej kolana się potknął, o pulchne kolana w rajstopach zaciągniętych w kilku miejscach i zgrubiałych lekko tam, gdzie tkanka nylonu doznała obrażenia i parę misternych rzędów materiału zbiło się w jeden... Nylonowe rajstopy wielokrotnie prane w ręku, cerowane pewnie dyskretnie na pięcie i przy paluchu, który sam jeden, wciśnięty w jakieś niepokorne czółenka, musi unieść cały ciężar kobiecego życia. Mężczyzna potknął się, zachwiał, sapnął z niewybrzmiałą irytacją, ale chwycił się mocno za poręcz i doszedł do pustego miejsca. Usiadł, utkwił wzrok w przestrzeni, znieruchomiał. Dopiero po chwili oznajmił dobitnie, bez emocji: „Padlino”.
„Padlino!” - powtórzył głośniej. - „Ty... padlino! Szkoda... słów... padlino!” Wypowiadał słowa z wysiłkiem, rozwlekle. „Padlino! Padlino! Ty... padlino!”. Głowa trzęsła mu się spastycznie, broda opadała, ale po każdym słowie zbierał w sobie siły do kolejnego ataku. „Szkoda... na ciebie... słów... pad... li... no!”.
(Poznańskie solarisy mają to do siebie, że ich silnik faktycznie chodzi bardzo cicho i przy odpowiedniej pogodzie, gdy wyłączone są wewnętrzne dmuchawy, a autobus utknie na przykład w korku, to zapada cisza wręcz cholerna, ofensywna. Cudza sprawa ładuje się z butami w miły stan alfa i nie ma mowy o zachowaniu wygodnego dystansu. Tak samo i tym razem. Cały autobus pogrążył się w niechętnym, spłoszonym milczeniu. Skóra kolektywnie cierpła od tego jednego wyzwiska, powtarzanego jak w transie: „Padlino! Padlino! Pad-li-no!”).
Kobieta w rajstopach obelgę wzięła do siebie. Może i słusznie. W tej cholernej ciszy odwróciła się do pasażerki obok i zaczęła się bronić trajkocząco i bezradnie. (Bezradnie, bo co poradzić na takie przypadkowo zogniskowane szaleństwo?). „Jacy to teraz ludzie, pani kochana. Na starość wiadomo, że człowiek dziecinnieje, ale takie zachowania są przecież strasznie przykre. A ja muszę z takimi ludźmi pracować, pani sobie wyobrazi.” Słowa wylewały się z niej gorączkowo. Mężczyzna w garniturze tymczasem akompaniował jej uparcie: „Szkoda... na ciebie... słów... padlino!”.
Kobieta wysiadła przy Alei Wielkopolskiej, gdzie między dwie ulice jednostronnego ruchu wcina się długim klinem szeroki pas zieleni, porośnięty starymi kasztanowcami. Kasztanowce są chronicznie chore, nic nie zdoła ich wyleczyć. Ich długie liście, mimo licznych ekologicznych akcji, rok w rok pokrywają się permanentnymi rdzawymi plamami. Po wyjściu kobiety, mężczyzna niezauważalnie zamilkł. Jego szklane oczy, jakimś szóstym zmysłem wyczuły fakt jej odejścia. Przyklapł jakby i sflaczał. Potrzebna mu była ta kobieta, chociaż ją znieważał. Przygarbił się i zastygł w swojej samotności, wtopił się w autobusowy krajobraz. Szczerze mówiąc, nie zauważyłam nawet, kiedy wysiadł.

Dobrze znów Cię czytać :) Szczerze mówiąc nieco się zmartwiłam Twoją nieobecnością.
OdpowiedzUsuńMówi się, że wszystko to co powstaje w ludzkiej wyobraźni, w dziele literackim czy filmowym musiało kiedyś zaistnieć. Trudno się z tym nie zgodzić. Obserwując szarą codzienność, tak jak obserwujesz ją Ty, zdajemy sobie sprawę, że mijający nas ludzie to postacie skomplikowane, które pod zewnętrzną powłoką kryją w sobie niesamowite historie. Lubię Cie czytać, pomagasz patrzeć :)
Dziękuję :)
UsuńNieobecność, no cóż... różniste sprawy do załatwienia, problemy z komputerem, wojaże i wejście w nowy rok na baaaardzo przyśpieszonych obrotach... Ale kto tego nie zna :)
Życzę nam obu bardzo twórczego roku... na przekór wszystkiemu!
Chyba potrzeba takiej artystycznej duszy jaką ty masz, żeby dostrzegać niezwykłość w zwykłości. I patrzeć tak bardzo w głąb ludzi.
OdpowiedzUsuńPoza tym zdjęcie jakieś takie piękne, po drugie trzymam mocno kciuki za to żebyś jak najszybciej rozwiązała twoje problemy :)
Przyznaję, że lubię bardzo się "wgłębiać". Dzięki temu nudę znam tylko z cudzych opowiadań, hehe :) Dziękuję i ściskam kciuki za Twoją amerykańską przygodę :*
Usuńo mamusiu!!! jak tu pięknie u Ciebie. pod wielkim wrażeniem jestem, zachwycona wielce. czytam wszystko po kolei i z podziwu wyjść nie potrafię...cóż inne blogi w porównaniu do Ciebie znaczą...
OdpowiedzUsuńa mnie mama podsuwała cytaty, z licznych książek, które mamy, choć ona to z głowy prosto, bo polonistką była:) ja do dziś uwielbiam perełki wyszukiwać...
pozdrawiam serdecznie
Kasia
Kasiu, bardzo się cieszę, że Ci się u mnie podoba. Ale bez przesady, myślę, że jest więcej takich refleksyjnych, zadumanych blogów... dlatego tak mnie ucieszyło znalezienie Twojego :) Mam nadzieję, że razem możemy tworzyć spokojne, kameralne miejsca w tym trochę rozkrzyczanym internecie. Życzę Ci miłego, słonecznego weekendu!
OdpowiedzUsuńdziękuję za Twoje słowa:))) naprawdę wiele dla mnie znaczą, tym bardziej, ze nigdy nie pisałam (mama polonistka robiła to za mnie :)), bloga założyłam z myślą o zarabianiu, a wyszło co wyszło :D okazało się, że myśl o zarobkach uleciała mi z głowy, o frajdą okazało się samo pisanie. Teraz mam chwilowy przestój, muszę odsapnąć, nałapać trochę weny, zresztą i tak opisuje nasze chwile ulotne...więc wielkiego ruchu na blogu nie mam...większość i tak lubi czytać, hmmm no cóż, coś innego, ciekawszego..
Usuńteraz mam chwilkę to posiedzę tu u Ciebie i poczytam :)))