Rankiem, w pierwszy dzień świąt, Karen nasypała maluchom karmy, nalała wody, zamknęła dokładnie przyczepę i udała się w drogę zobaczyć syna. Syn Karen zadzwonił do niej dzień wcześniej. Z okazji Bożego Narodzenia kupił wielką torbę mrożonych krewetek i dopominał się o mamine scampi. Nie mogła mu odmówić. Nie zawsze zdarzało się tak, że byli na święta tak blisko: dzieliło ich jedynie trzydzieści kilometrów. Razem z obsesyjną miłością do przybłąkanych kundli, syn odziedziczył po niej wściekły wstręt do dłuższego przebywania w jednym miejscu. Włóczył się po całym Południu za pracą, to tu, to tam. Czasem traciła rachubę, dokąd go tym razem rzuciło. Był a to w Tennessee, a to w Missouri, a to w Oklahomie. Bawił się w ujeżdżanie byków na małomiasteczkowych rodeach. Pomieszkiwał u znajomych i bardziej znajomych kobiet: tych, które wytrzymywały jego kłębiasto owłosioną klatę i trzy ukochane maluchy. Maluchy już tylko z nazwy, bo dwie najstarsze suczki miały po kilkanaście lat: siostry z tej samej matki, z innych miotów. Kochały go ospale, lecz zajadle, i kładły się z nim spać na tym samym legowisku z kilku koców na krzyż.
Dzień był wietrzny i chłodny, ale Karen mimo to odkręciła przednią szybę w swoim poobijanym pickupie. Niewiele, na dwa, trzy palce, bo wnętrze samochodu zalatywało stęchłym ketchupem. Chyba zapomniała wyrzucić resztki wczorajszego cheeseburgera z Sonic. Walały się pod nogami w zatłuszczonej papierowej torbie. W wielkim styropianowym kubku wetkniętym w plastikową podstawkę, nadal chlupotała mrożona herbata. Teraz mniej mrożona, bo lód przez noc się rozpuścił. Szosa była pustawa, jechało się dobrze i rytmicznie. Poboczem szedł jakiś człowiek. Wyminęła go i pociągnęła łyk herbaty. Nielodowata nie smakowała już tak dobrze. Patrzyła, jak mężczyzna oddala się od niej w lusterku, przygarbiony i zmęczony.
Gdy tylko nadarzyła się okazja, wjechała w śpiący parking jakiegoś biznesu, zamkniętego z okazji święta, i zawróciła. Mężczyzna nie miał torby, plecaka ani kurtki. Ubrany był w dobrze skrojone spodnie, eleganckie buty. Zdecydowanie nie buty do dłuższego chodzenia. I w koszulę z monogramem. Wyglądała na drogą, znacznie droższą niż cokolwek kupionego w Walmarcie. Karen zaprosiła go do środka.
„Wie pani, gdzie jest Missouri City?” - zapytał ją mężczyzna.
„Nie za bardzo. Gdzieś tu w okolicy, ale nie tak blisko. Pan wie, jak tam dojechać?”
„Też nie.” Leciała mu głowa i wydawał się zupełnie wyczerpany.
„Wie pan co” - odezwała się po chwili milczenia Karen - „jadę odwiedzić syna w pierwszy dzień świąt, aktualnie mieszka u znajomych, Barbary i Jima. Może pojedzie pan ze mną.”
Kiwnął głową bezwolnie. Zapytała go o imię, ale mamrotał tak, że ostatecznie nie była pewna, czy dobrze wysłyszała: Jason. Miał około trzydziestki. Może mniej. Płytkie zagniecenia wokół łagodnych, dziecięcych oczu. Mimo roztargnienia mówił do niej uprzejmie, per „pani”.
„Czy pana rodzice mieszkają w Missouri City?” - badała Karen.
„Mamy już z nami nie ma” - odpowiedział wymijająco.
„A tata?”
„Nie wiem, czy mogę pani powiedzieć, gdzie mieszka tata... to nie wypada” - zaprzeczył solennie. Dała mu na chwilę spokój. Zanim dojechali na miejsce, zapadł w półletarg.
Barbara przyjęła obecność domniemanego Jasona ze stoickim spokojem. Syn Karen nie był jedyną osobą, która przez lata spała u niej na starej leżance w pokoju telewizyjnym. (Irytował ją tylko fakt, że obicia leżanki nie można było uprać. Teoretycznie dałoby się je zdjąć, ale obawiała się, że w trakcie prania rozsypie się ze starości). Znajomi znajomych, którzy z racji nieregularnej pracy nie mogli ot tak wyłożyć pieniędzy na kaucję na przyzwoite mieszkanie, małżonkowie w przejściowej separacji, zdradzający i zdradzani, przyczepowcy zalani niespodziewanie wysoką wodą i inni kulący się po kolejnych sierpowych od losu. Znała ich wszystkich. Ponieważ było Boże Narodzenie, przygotowała Jasonowi świąteczne śniadanie: jajka sadzone na bekonie i suchawe naleśniki z ciasta z proszku. Ujęła ją jego uprzejmość. Mężczyzna jadł jak we śnie, misternie posługując się nożem i widelcem tam, gdzie jej mąż lub syn dawno użyliby łapy. Siedział prosto, ale z wyraźnym wysiłkiem.
„Może się pan położy” - zaproponowała Jasonowi Barbara i przyniosła mu koc. Zażenowany, wzbraniał się położyć nogi na kanapie, a ściągnąć butów nie chciał: nie wypadało. Zmęczenie wzięło jednak górę nad konwenansem. Odwrócił się plecami do salonu i znieruchomiał szybko. Po jego zaśnięciu, Karen zadzwoniła na komisariat.
„To bezdomny” - zadecydował policjant w słuchawce. - „Nie, żadnych zgłoszeń zaginięcia osobnika o tym imieniu nie mieliśmy. Miał jakąś torbę? Dokumenty?” Zaprzeczyła. „Bezdomny. Najlepiej go zabrać do schroniska, tam zajmą się nim odpowiednio.”
Karen rozłączyła się z impetem. „Ani mi się śni zabierać go do schroniska” - oznajmiła Barbarze. - „Przysięgam, prędzej zabiorę go do siebie. Co to jest jeden przybłęda więcej!”
Zadzwoniła na komisariat sąsiedniego hrabstwa. Ale i tam spotkała się z podobną reakcją.
Po południu, gdy mężczyzna się trochę wybudził, Karen usiadła koło niego na tapczanie z talerzem świeżo usmażonych scampi. W telewizji na kanale historycznym pokazywali odcinek o kosmitach, których pomoc zapoczątkowała wielkie cywilizacje starożytności. Mężczyzna zafascynowany wpatrywał się w ekran, a Karen ciągnęła go za język. Udało się jej dowiedzieć, kto mieszka w Missouri City: jego dziadkowie. Dowiedziała się też ich imion. Sprawdziła imię babki w książce telefonicznej i zadzwoniła na podany numer. Głos starszej pani rozmazał się w słuchawce. „Szukamy go od wczorajszego popołudnia. Poszliśmy na wieczorne nabożeństwo i Justin zgubił się w tłumie.”
Jednak Justin. Karen poczuła ukłucie przykrości. „Będziemy tam tak szybko, jak się da. Jak on się czuje? On ma schizofrenię. Ale podejrzewam, że pani się domyśliła. Musimy go zabrać do szpitala, bo tyle czasu był bez leków. Gdzie go pani znalazła? Mój Boże! Musiał iść całą bitą noc.”
Karen rozłączyła się i nagle opanowała ją ogromna tęsknota za maluchami. Pewnie nie mogą się już doczekać jej i ciepłego wnętrza przyczepy. Tęsknota była tak mocna, że ledwo doczekała przyjazdu rodziny Justina. Jego ojciec okazał się być duchownym, pastorem. Karen nie pamiętała już, kiedy ostatni raz była w kościele, a tu kościół przyszedł do niej - z modlitwą, ze staniem w kręgu, z trzymaniem się za ręce. Było to bardzo miłe. Została tyle, ile wypadało. Zaraz potem pożegnała się serdecznie ze wszystkimi i pojechała z powrotem do siebie.
[Imiona zostały zmienione, historia jednak jest jak najbardziej prawdziwa i wcale w sumie niespektakularna, ale jakoś za mną chodziła.
O białych śmieciach (white trash) dowiedziałam się od Annette. Kiedy poznałam ją pięć lat temu, wyznała mi: „Tak strasznie bałam się ciebie poznać. [Mężczyzna] tyle mi o tobie opowiadał... Myślałam, że będziesz nas uważała za białe śmieci.” Uznałam, że to jakiś wymyślony kompleks Annette. Z biegiem czasu uświadomiłam sobie, że nie - że tak nazywa się na Południu ludzi z niższej warstwy społecznej, wykonujących prace fizyczne i dorywcze, czasem mieszkających w subsydiowanych mieszkaniach lub przyczepach kempingowych, ludzi prostych i niezorientowanych w świecie. Oczywiście rasy białej. Początkowo określenie to mnie odrzuciło. I faktycznie, bywa wyzwiskiem, ale nie zawsze. Może być autoironicznym komentarzem, a nawet powodem do dumy. Teraz używam go nawet w stosunku do siebie. Na przykład kiedy jedziemy z Annette na całodniową wycieczkę do ciuchlandów w Pasadenie i podniecamy się, że za kilka dolarów udało nam się kupić bluzkę z prawdziwego jedwabiu, a za pięćdziesiąt - wielki stół z litego drewna. Wisimy potem na telefonie, obdzwaniając znajomych, którzy mimo że ciężko pracują, zawsze znajdą czas na to, żeby po pracy przyjechać w trzech z wielkim ubłoconym pickupem, załadować na niego stół i dowieźć nam do domu].
Share /
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Wiem, że nudzę, ale powinnaś wydać "zbiór opowieści zasłyszanych". Tak ładnie przywracasz je do życia. Co do białych śmieci to trochę bawi mnie operowanie etykietami, kolorami itp. Jakoś tak człowiek człowiekowi wilkiem i uprzykrzać musi. Ale dobrze, że znajdą się jeszcze tacy, którzy przewiozą Ci stół pickupem :)
OdpowiedzUsuńA ile jeszcze jest opowieści, których z różnych względów (jeszcze) nie mogę na razie opisać!! Na pewno planuję taki zbiorek w przyszłości. A co do stołu - to jestem czasem w szoku, jakie rzeczy da się tam z tyłu tej półciężarówki wciepnąć :D
UsuńDobrym chyba przykładem 'białych śmieci' są chyba bohaterowie Shameless. To zawsze jest w jakiś sposób zaskakujące - dowiadywać się o niższych warstwach społecznych w kraju, który się przyjęło stereotypowo postrzegać jako taką trochę ziemię obiecaną...
OdpowiedzUsuńWitam Szablę serdecznie :) Shameless nie oglądam. Warto? Bo widzę, że są na netflixach, więc nawet mogłabym. W amerykańskiej reality TV sporo jest programów wykorzystujących stereotyp białych śmieci. Najlepszy chyba przykład to Honey Boo Boo, do którego czasem zdarza się, że dodają napisy, bo bohaterki mocno zajeżdżają dialektem południowym :) Oczywiście dzięki programowi panie są już bogate, więc można je nazwać "white trash with money". (Taką nazwę nosi także jeden z albumów Toby'ego Keitha, ikony muzyki country).
UsuńZiemią obiecaną jest na pewno dla wielu. No ale komu się udało, krzyczy o tym głośniej niż ten, kto na sukces wielkich szans nie ma i w sumie nauczył się go nawet nie spodziewać.
Dziękuję uprzejmie :) Shameless jest... specyficzne. Zwłaszcza 1-2 sezon biją po oczach momentami kosmiczną patologią (chyba, że to ja taki nieuświadomiony i delikatny jestem). Ma też coś wspólnego z Grą o Tron wg mnie. Tam żaden bohater nie zna dnia ani godziny, kiedy mu przyjdzie zginąć, a w Shameless prawie każdy ma jakieś życiowe fakapy. Najlepiej sama się przekonaj ;) Reality o redneckach, też musi być dobre :D
OdpowiedzUsuń