...A było to w Waszyngtonie. W lotniskowym kiosku kupiłam właśnie wielką butlę z wodą, bo picie na umór to mój sposób na przeżycie transatlantyckich katuszy. W pewnym momencie uniosłam wzrok znad mojego rozdudlania i kilka rzędów na wprost ode mnie zobaczyłam Krystynę Jandę. Patrzyła w okno z tym swoim nieobecnym trochę wzrokiem. Wyglądała po prostu inaczej niż wszyscy. Jakby rysownik wyciął ją z innego komiksu i bez przekonania naniósł na przestrzeń poczekalni. Machinalnie przyprasował ręką, choć i tak wiedział, że będzie odstawać.
Pomyślałam: „Janda w Waszyngtonie? Czyżby pracowała nad jakimś amerykańskim projektem?”.
Z drugiej strony, aktorka takiego kalibru w klasie ekonomicznej...
Wlepiałam w nią wzrok tak intensywnie, że chyba poczuła z daleka czyjąś fascynację i spojrzała w moim kierunku. Uświadomiłam sobie wtedy, że to jednak nie Janda. Po pierwsze trochę młodsza, po drugie ciut drobniejsza, niższa; ale przede wszystkim inne rysy twarzy. Podobne jasne włosy i podobnego kalibru wdzięk. Poza tym był w niej jeszcze jakiś inny znajomy element, którego nie potrafiłam wtedy zidentyfikować. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na moment. Potem każda z nas odwróciła wzrok.
Gdy wpuszczono nas wreszcie do samolotu, okazało się, że siedzimy obok siebie.
Na powitanie kiwnęłyśmy sobie zdawkowo głowami i na tym się skończyło. Kątem oka dostrzegłam, że na kolanach trzyma wełniany płaszcz od Worthingtona z JCPenney, amerykańskiej sieciówki odzieżowej. Tu też mnie tknęło, bo nieszczęście podróży do zimniejszego kraju polega na tym, że człowiek błąka się po lotniskach świata z ciężkim płaszczem w rękach, choć będzie go potrzebował dopiero po przyjeździe na miejsce. Siedzimy tak więc, siedzimy, ale nic. Sobowtór Jandy odwraca się w pewnym momencie do pasażera z tyłu i zwraca mu uprzejmie uwagę, żeby nie kopał w obicie. Jej akcent to kolejne déjà vu. Podczas pierwszego posiłku, gdy podaję jej tacę, nie wytrzymuję: „My chyba możemy mówić po polsku...”
I faktycznie zaczynamy mówić. Nie milkniemy aż do Amsterdamu. Nawet dłużej, bo wszystkie loty z Amsterdamu do Polski mają kilkugodzinne opóźnienia. „Po raz pierwszy w życiu czułam do kogoś taki pociąg tylko z powodu jego pochodzenia.”* Tylko dlatego, że nic mu nie musiałam tłumaczyć, tworzyć drobiazgowych odsyłaczy, narażać się na ciągłe zdziwienie, walczyć z upierdliwym podejrzeniem, że i tak, jako cudzoziemka, we wszystkim, co robię, jestem fetyszem - niewiele więcej. Rozmawiamy o emigracyjnych absurdach, nastawianiu mleka na zsiadłe i najważniejszych relacjach. Ona opowiada mi o tym, jak raz, na początku pobytu w Stanach, poczęstowała znajomych Amerykanów tatarem z surowym jajkiem (amerykańska psyche panicznie boi się salmonelli). Później wysłuchuje moich skarg i kręci głową.
„Stany albo się podobają, albo nie” - mówi krótko i serwuje mi opowieść o dalekiej znajomej, która z rozpaczy, tęsknoty i nieszczęścia umarła w końcu na emigracji na raka. To chyba taka przestroga. Zmieniam temat. Mówię Barbarze, że początkowo pomyliłam ją z Jandą. „No coś ty!” - wyrywa się jej z wyrzutem. Chyba z powodu młodszego wieku, nie uznaje tego porównania za komplement. Janda jest jednak o ponad dekadę starsza, choć moim zdaniem, w „Tataraku” wygląda ponadczasowo. Biega sobie po planie w granatowym kostiumie kąpielowym, chodzi po sypialni w laczkach na wysokim słupku, ubrana tylko w męską koszulę, pali zmysłowo papierosy. Opowiada, że dalej płaci abonament na komórce zmarłego męża. Dzwoni sobie czasem na jego numer, czeka, aż się odezwie jego głos, nagrywa się.
W Amsterdamie podsypiamy sobie trochę na sąsiednich ławkach; jesteśmy bardzo zmęczone. Lot Barbary aktywują wcześniej niż mój. Żegnamy się. Nie wymieniamy telefonów ani emaili. Nie zawsze tych iluzji potrzeba.
[* Cytat (dostosowany gramatycznie i przetłumaczony przeze mnie) pochodzi z książki Jhumpy Lahiri Unaccustomed Earth, opowiadanie Going Ashore].


pięknie napisane jak zawsze u Ciebie klimat nieuchwytnej chwili .. czytam z przyjemnością i pozdrawiam bardzo ciepło :^)
OdpowiedzUsuńDziękuję Ci bardzo, Piotrze... Trzymam kciuki za Twój maraton :)
UsuńSpotykamy czasem takie osoby, które wydają się być połączone z nami cieniutką nitką, której zerwanie przyjmujemy jako coś naturalnego. Pozostaje tylko widmo cichego porozumienia. A człowiekowi później lepiej jest na duchu,zupełnie jakby właśnie stał się uczestnikiem ważnego spotkania. Pozdrawiam Cię :)
OdpowiedzUsuńTo prawda... Nie wszystko, co dobre, musi trwać wiecznie i to też jest ważna lekcja...
UsuńSwoją drogą... strasznie lubię Twoje komentarze, ujmujesz tak trafnie te myśli, koło których ja kołuję :)