miraż

sobota, 7 lutego 2015

Tylko raz zdarzyło się tak, że przegadałam z kimś lot przez Atlantyk: dziewięć, dziesięć długich godzin; odcinek wycięty z życiorysu, kiedy człowiek zwija się w harmonijkę, zmywa cały makijaż, ściąga soczewki, najchętniej nitkowałby zęby przez całe osiem godzin, ale nie może, bo ciągle go karmią jakimś dziadostwem, i w dziuplowatej toalecie praktykuje sztukę mycia się na stojąco. Tak naprawdę nie chce odzywać się do nikogo; wcale nie chce być ocalany od zapomnienia, bardzo wręcz przeciwnie: marzy mu się wypikselowane istnienie.


...A było to w Waszyngtonie. W lotniskowym kiosku kupiłam właśnie wielką butlę z wodą, bo picie na umór to mój sposób na przeżycie transatlantyckich katuszy. W pewnym momencie uniosłam wzrok znad mojego rozdudlania i kilka rzędów na wprost ode mnie zobaczyłam Krystynę Jandę. Patrzyła w okno z tym swoim nieobecnym trochę wzrokiem. Wyglądała po prostu inaczej niż wszyscy. Jakby rysownik wyciął ją z innego komiksu i bez przekonania naniósł na przestrzeń poczekalni. Machinalnie przyprasował ręką, choć i tak wiedział, że będzie odstawać.

Pomyślałam: „Janda w Waszyngtonie? Czyżby pracowała nad jakimś amerykańskim projektem?”.

Z drugiej strony, aktorka takiego kalibru w klasie ekonomicznej...

Wlepiałam w nią wzrok tak intensywnie, że chyba poczuła z daleka czyjąś fascynację i spojrzała w moim kierunku. Uświadomiłam sobie wtedy, że to jednak nie Janda. Po pierwsze trochę młodsza, po drugie ciut drobniejsza, niższa; ale przede wszystkim inne rysy twarzy. Podobne jasne włosy i podobnego kalibru wdzięk. Poza tym był w niej jeszcze jakiś inny znajomy element, którego nie potrafiłam wtedy zidentyfikować. Nasze spojrzenia skrzyżowały się na moment. Potem każda z nas odwróciła wzrok.

Gdy wpuszczono nas wreszcie do samolotu, okazało się, że siedzimy obok siebie.

Na powitanie kiwnęłyśmy sobie zdawkowo głowami i na tym się skończyło. Kątem oka dostrzegłam, że na kolanach trzyma wełniany płaszcz od Worthingtona z JCPenney, amerykańskiej sieciówki odzieżowej. Tu też mnie tknęło, bo nieszczęście podróży do zimniejszego kraju polega na tym, że człowiek błąka się po lotniskach świata z ciężkim płaszczem w rękach, choć będzie go potrzebował dopiero po przyjeździe na miejsce. Siedzimy tak więc, siedzimy, ale nic. Sobowtór Jandy odwraca się w pewnym momencie do pasażera z tyłu i zwraca mu uprzejmie uwagę, żeby nie kopał w obicie. Jej akcent to kolejne déjà vu. Podczas pierwszego posiłku, gdy podaję jej tacę, nie wytrzymuję: „My chyba możemy mówić po polsku...”

I faktycznie zaczynamy mówić. Nie milkniemy aż do Amsterdamu. Nawet dłużej, bo wszystkie loty z Amsterdamu do Polski mają kilkugodzinne opóźnienia. „Po raz pierwszy w życiu czułam do kogoś taki pociąg tylko z powodu jego pochodzenia.”* Tylko dlatego, że nic mu nie musiałam tłumaczyć, tworzyć drobiazgowych odsyłaczy, narażać się na ciągłe zdziwienie, walczyć z upierdliwym podejrzeniem, że i tak, jako cudzoziemka, we wszystkim, co robię, jestem fetyszem - niewiele więcej. Rozmawiamy o emigracyjnych absurdach, nastawianiu mleka na zsiadłe i najważniejszych relacjach. Ona opowiada mi o tym, jak raz, na początku pobytu w Stanach, poczęstowała znajomych Amerykanów tatarem z surowym jajkiem (amerykańska psyche panicznie boi się salmonelli). Później wysłuchuje moich skarg i kręci głową.

„Stany albo się podobają, albo nie” - mówi krótko i serwuje mi opowieść o dalekiej znajomej, która z rozpaczy, tęsknoty i nieszczęścia umarła w końcu na emigracji na raka. To chyba taka przestroga. Zmieniam temat. Mówię Barbarze, że początkowo pomyliłam ją z Jandą. „No coś ty!” - wyrywa się jej z wyrzutem. Chyba z powodu młodszego wieku, nie uznaje tego porównania za komplement. Janda jest jednak o ponad dekadę starsza, choć moim zdaniem, w „Tataraku” wygląda ponadczasowo. Biega sobie po planie w granatowym kostiumie kąpielowym, chodzi po sypialni w laczkach na wysokim słupku, ubrana tylko w męską koszulę, pali zmysłowo papierosy. Opowiada, że dalej płaci abonament na komórce zmarłego męża. Dzwoni sobie czasem na jego numer, czeka, aż się odezwie jego głos, nagrywa się.

W Amsterdamie podsypiamy sobie trochę na sąsiednich ławkach; jesteśmy bardzo zmęczone. Lot Barbary aktywują wcześniej niż mój. Żegnamy się. Nie wymieniamy telefonów ani emaili. Nie zawsze tych iluzji potrzeba.

[* Cytat (dostosowany gramatycznie i przetłumaczony przeze mnie) pochodzi z książki Jhumpy Lahiri Unaccustomed Earth, opowiadanie Going Ashore].
Share /

4 komentarze

  1. pięknie napisane jak zawsze u Ciebie klimat nieuchwytnej chwili .. czytam z przyjemnością i pozdrawiam bardzo ciepło :^)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo, Piotrze... Trzymam kciuki za Twój maraton :)

      Usuń
  2. Spotykamy czasem takie osoby, które wydają się być połączone z nami cieniutką nitką, której zerwanie przyjmujemy jako coś naturalnego. Pozostaje tylko widmo cichego porozumienia. A człowiekowi później lepiej jest na duchu,zupełnie jakby właśnie stał się uczestnikiem ważnego spotkania. Pozdrawiam Cię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda... Nie wszystko, co dobre, musi trwać wiecznie i to też jest ważna lekcja...

      Swoją drogą... strasznie lubię Twoje komentarze, ujmujesz tak trafnie te myśli, koło których ja kołuję :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo