W jak Walmart

poniedziałek, 23 lutego 2015

W ramach Teksaskiego Paszportu, czyli zbioru pojęć i zjawisk niezbędnych do prawidłowego ogarnięcia teksańszczyzny stosowanej, omawiamy dziś sprawę podstawową i niebagatelną.

Mesdames et messieurs, W jak Walmart!

Źródło
Walmart - niby nic takiego szczególnego, ale jednak panuje w tym ponurym hangarze pewien hamerykański mikroklimat, o który trudno w innych bardziej normalnych supermarketach jak Kroger czy HEB. (Dodam, że w mojej okolicy małe biznesy typu „sklepiki cioci Emmy” praktycznie nie istnieją w branży spożywczej, więc nawet jeśli potrzebuję tylko jajek do właśnie robionych naleśników, muszę złożyć pokłon jakiemuś molochowi i odstać swoje przed kasą).

W Walmarcie można załatwić niemal wszystko (być może poza zawarciem związku małżeńskiego, choć podejrzewam, że i to można by dograć): kupić mleko, marchewkę, skarpetki i slipki w okazyjnym dziesięciopaku, zaopatrzyć się w biżuterię i baterię do komputera, wywołać lub wydrukować zdjęcia, zmienić akumulator w aucie i zajechać do mechanika, wybrać tapetę do salonu, przekłuć uszy, pomalować paznokcie i wydepilować okolice bikini, wykonać przelew w banku, obciąć włosy, przygotować zeznanie podatkowe, poświadczyć akt u notariusza, pójść do okulisty i zjeść w McDonaldzie. Walmart otwarty jest całą dobę prawie wszystkie dni w roku (zamyka się tylko w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia) i szczyci się najniższymi cenami na rynku. Inne, mniej szczytne cechy charakterystyczne: rzęsiste białe światło a la pokój przesłuchań, nieświeży zapaszek w części warzywno-owocowej, rząd około trzydziestu kas, z których zwykle tylko kilka jest otwartych (a zdarza się, że i automatyczne są zamknięte z powodów niejasnych) i pracownicy snujący się po alejkach z depresją w oczach (z doniesień wynika, że nie jest to przyjazne miejsce pracy).

Co należy zrobić w Walmarcie w ramach Teksaskiego Paszportu?
  • przede wszystkim udać się na zakupy (koniecznie spożywcze) o godzinie drugiej lub trzeciej nad ranem, kiedy człowiek lewituje niemal nad posadzką, w wielu alejkach trwa niemrawa inwentaryzacja lub remanent, ale i tak zawsze, zawsze, trafi się jakaś rodzina z małymi dziećmi, które radośnie grają w berka w dziale mięsno-nabiałowym;
  • przyjść z wielką listą zakupów absolutnie niezbędnych, po czym na widok kilometrowych kolejek uznać, że w sumie można przecież zjeść na kolację suche płatki kukurydziane;
  • stanąć w kolejce za kimś, kto usiłuje zapłacić za swoje wielkie zakupy kilkoma kartami kredytowymi i za każdym razem transakcja zostaje odrzucona, w związku z czym kasjer musi wreszcie anulować cały zakup;
  • wypić swoją poranną kawę w walmartowskim McDonaldzie (z tą beatlesowską piosenką w głowie: I... look at all the lonely people... ta da ta da ta);
  • ukradkiem zrobić zdjęcie jakiejś osobie, która do sklepu przyszła w piżamie, półprzezroczystych legginsach, różowym boa, szpilkach w panterkę lub wściekle turkusowym dresie (albo wszystkich tych rzeczach na raz: true story!), a potem wrzucić je na prześmiewczą stronę typu peopleofwalmart albo chociażby na instagrama;
  • samemu przyjść do Walmartu we flanelowych spodniach od piżamy albo w getrach - w końcu jesteśmy w Stanach, więc korzystajmy z naszych praw!;
  • przynieść gazetkę reklamową innego sklepu i oznajmić kasjerowi, że w innym miejscu za ser topiony cena jest o czterdzieści centów niższa (Walmart zwykle dostosowuje swoją cenę, jeśli przyniesie się dowód). Oczywiście, kolejka nas kocha, ale co za oszczędności!;
  • kupić korzeń pietruszki i spotkać się z konsternacją kasjera, który zwykle nie wie, jak nabić taką anomalię;
  • zaparkować daleko od wejścia i wywołać spłoszone komentarze amerykańskich pasażerów („Wiesz, ile napadów zdarzyło się ostatnio na parkingach Walmartu? Może powinnaś zaparkować bliżej?”);
  • wyładować zakupy do samochodu, po czym zostawić wózek wprost na parkingu nie odstawiając go w wyznaczone miejsce (amerykańskie supermarkety nie mają wózków na złotówki; gdy w Houston otworzyli jakiś niemiecki supermarket typu Aldi, poszła fama, że trzeba w nim płacić za wózki! zgroza! Dodam, że bezpańskie wózki plątające się na parkingu w wietrzny dzień wywołują u mnie pianę na ustach);
  • doznać podrywu w jakiejś romantycznej alejce typu niszczarki do papieru;
  • przyjść do Walmartu w Czarny Piątek (Black Friday), czyli dzień po Święcie Dziękczynienia, kiedy w ramach dorocznego czyszczenia magazynu biznesy ogłaszają wielkie upusty na elektronikę, sprzęt AGD i inne obiekty ludzkiego pożądania; w efekcie kolejki do kas zaczynają się od połowy sklepu (ciążąc do ściany przeciwległej), a alejki odgrodzone są estetyczną żółtą taśmą (tak, taką jak w miejscach przestępstwa), żeby zniechęcić klientów do wzajemnego tratowania się w amoku i innych niehamerykańskich zachowań.
Na pewno coś ominęłam, ale nie wszystko da się tak prosto wyrazić, a już na pewno nie tak złożone emocje, jakie przeżywa się tylko w Walmarcie.
Share /

11 komentarzy

  1. Inny wpis ale świetny!
    W Walmarcie byłam ale na tyle rewelacji nie trafiłam, piżama była, wózki były ale reszty nie było :)
    Jak kiedyś uda mi się wylewitować do tych Stanów to na pewno wrócę do twojej super listy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki dzięki :) Jeśli byłaś w kanadyjskim Walmarcie, to na pewno było trochę inaczej. Zresztą lista to wynik długoletnich doświadczeń i badań z mojej strony, hehe :) Jak uda Ci się pojechać na rok, to na pewno zauważysz więcej :) Tylko lepiej odwiedzaj go w swoim wolnym czasie - zdarzało mi się spotkać Amerykanów z tzw. "wyższej klasy średniej", którzy Walmart omijali szerokim łukiem. Raz, gdy koniecznie musiałam tam pojechać, moja znajoma została w aucie i czekała, aż ja zrobię zakupy... do środka nawet nie weszła, no bo jak to!

      Usuń
  2. Chyba sobie wydrukuje ten wpis i będę czytać go codziennie rano na poprawę humoru :D we Włoszech też ciężko o sklepiki "U cioci Emmy". Jeśli są to zazwyczaj "U wesołych Pakistańczyków".
    I pokochałam ten wpis za różowe boa! Jest fajnie i zabawnie, chcę więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, u nas też odkryłam cudowny sklep indyjski, w którym zaopatrzyłam się w mnóstwo tanich olejków i odżywek do włosów... cudo!!! Szkoda, że żyjemy chyba w erze zmierzchu małych przedsiębiorstw. Burzę się na to wewnętrznie, ale prawa rynku są nieubłagane...

      Usuń
    2. Niestety "weseli" nie sprzedają olejków :( tylko to samo co wielkie "wszytskomające" i po wyższych cenach. Ale przynajmniej na rogu ulicy zawsze jest wesoło ;)

      Usuń
  3. też pisałam u siebie o Walmart, to bardzo wdzięczny temat :D co prawda, u mnie co najmniej połowa kas jest otwarta... co prawda byłam w Walmart tylko 5-6 razy i raz przed Bożym Narodzeniem (można było oczy nacieszyć, tylu "peopleofwalmart" co wtedy, to jeszcze nigdy nie widziałam :D) i nigdy nie stałam w kolejce dłużej niż 5minut. Bardzo fajny wpis! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buongiorno Anna e benvenuti na blogu :) U mnie niestety kolejki to główny powód, by to miejsce omijać... wolę zapłacić trochę więcej gdzie indziej i wiedzieć, że nie stracę całego dnia pracy stojąc w kolejce! No ale ja mieszkam w miasteczku raczej robotniczym, więc myślę, że dużo zależy właśnie od lokalizacji...

      A może wrzucisz link do swojego posta o Walmarcie? Nie mam nic przeciwko tematycznej autopromocji :) Chętnie poczytam i obejrzę Twoje zdjęcia :) Pozdrawiam bardzo ciepło :*

      Usuń
  4. fantastyczne obserwacje ,, niemalże spadłem z krzesła o tym podrywie przy niszczarkach .. no moda w walmarcie ..
    i ja tam czasem zaglądam .. tu np 'zakochany' Walmart :^)) tuż przed Walentynkami

    https://www.facebook.com/PeregrinoPL/photos/pb.119487178212015.-2207520000.1425330617./400971510063579/?type=3&theater

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetne zdjęcie! Właśnie te kolorowe wystroje tuż przy drzwiach wejściowych przypominają mi często, jakiego święta mam się teraz spodziewać :) Taki subtelny kalendarz :) Chyba w tym roku zapomniałabym o Walentynkach, gdyby nie morze czerwonych bombonierek i pluszaków wystawionych przy wejściu :)

      Usuń
  5. Pamietam Walmart z Meksyku. Tylko tam można było dostać jakąś polską, czy rosyjską wódke. Mój znajomy Rosjanin bardzo się tym emocjonował, a że przez chwilę jeździliśmy razem i razem robiliśmy zakupy, dokładałam mu do koszyka serek Philadelphia:)

    OdpowiedzUsuń
  6. A faktycznie, jest Absolwent jak najbardziej, tylko oczywiście pod kryptonimem Graduate. Stoi sobie u mnie na półce. Jak już spadniesz w moje strony, to zapraszam (choć wiem, że ze względu na amerykańską manię prześladowczą wjazd jest nieco utrudniony...).

    Philadelphia jest świetna, choć nadal szukam jakichś dobrych krakersów, które by z nią połączyć. Amerykanie mają paskudną skłonność do mieszania słodkiego ze słonym. Jak dotąd znalezione przeze mnie krakersy były tak niby słone, ale jednak słodkie (błeee). Ech, królestwo za Lajkonika!

    OdpowiedzUsuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo