Chyba jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni tekst o Słowenii, choć mam nadzieję jeszcze tam pojechać. Już nie służbowo (mam nadzieję), a bardziej rekreacyjnie. Służbowo na razie nie wiem, co dalej. W 2016 są widoki na Serbię, Hiszpanię albo Włochy. Ale się nie nastawiam, bo doświadczenie każe mi przypuszczać, że ostatecznie wygra ukryta (i na razie nie wiadoma) opcja numer cztery.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty
Lublana
Słowenia
wojaże
W ostatni wieczór przed wyjazdem idziemy na Trg Francoske Revolucije do Le Petit Café: teoretycznie na kompletnym luzaku, wręcz w poadrenalinowym letargu, jeszcze ze śpioszkami w kącikach oczu, spakowani plus minus, bez żadnych zaległych rozmów o projekcie, który w DHL-owskiej kopercie przemierza już Atlantyk. Nasz Słoweniec ma świeżo przystrzyżone włosy, bo przez dwa ubiegłe miesiące zarósł tak, że pod koniec nagrań przydługie kosmyki sterczały mu niesfornie spod czapki bejsbolówki. Pijemy specjalność zakładu, nieprzetłumaczalną na język angielski spuściznę chronicznych socjalistycznych braków: kawę zbożową. Ale taką uwzniośloną, puszystą, nie szarą inkę w obtłuczonym kubku przed snem: w Le Petit podają ją w wielkich pękatych filiżankach, z korzeniami, ze spienionym mlekiem wystającym na opuszek palca ponad szklany brzeg. Siedzimy ściśnięci przy oknie, rozmowa rwie się ze zmęczenia, patrzymy na lśniący od deszczu skwer; każdy po cichu wyciera wąsy od mleka na górnej wardze; nie chce nam się wychodzić: bo tym razem oznacza to faktyczny i definitywny koniec.
Lublana
Słowenia
wojaże
Miguel zaprasza nas na mszę do św. Jakuba, jednego z najstarszych kościołów w mieście, dwie minuty od rzeki. W listopadzie obchodzono w nim czterysetletnie urodziny parafii. Raz w miesiącu ojciec Rafael z hiszpańskiej Galicji prowadzi w barokowym wnętrzu mszę dla małej argentyńskiej diaspory mieszkającej w Lublanie. Trudno mi go zrozumieć, bo nie dość, że sepleni przy niektórych głoskach, jak przystało na Galicyjczyka, to jeszcze nie trafia w mikrofon. Jego głos rozmywa się w akustycznych murach kościoła jak niewyraźny szept. Ratuje mnie jedynie tekst liturgii, wyświetlany na cyfrowym wyświetlaczu na białej ścianie po prawej stronie ołtarza - i ciche głosy wokół mnie, odpowiadające rytmicznie kapłanowi.
Lublana
Słowenia
wojaże
Z nosem na szybie taksówki przyglądam się, jak ogrodnik montuje ozdobne zielone kule rosnące w donicach przed hotelem. Dzień jest pochmurny; ogrodnik także. Zaabsorbowany jest swoimi kulami, przygląda się im zza grubych okularów; poza podłużnym gruboziarnistym klombem nie ma dla niego świata. Nie wiedziałam, że te kule są puste w środku; że okrągłe, wiecznie zielone listki ostrokrzewu rosną na solidnych łupinach przypominających zdekonstruowane astrolabium. Ogrodnik ma chyba trudności z przymocowaniem jednej półkuli do drugiej. Próbuje różnych kątów nacisku; kręci głową, stęka. Wokół niego, na wąskiej ulicy, parkują taksówki, samochody, hotelowi goście taszczą walizy, ciągną trzeszczące metalowe wózki, z których zwisają garnitury i płaszcze.
Lublana
Słowenia
wojaże
„Fajnie byłoby opublikować te zdjęcia, zanim się kompletnie zdezaktualizują...” - pomyślałam, kiedy dostałam te zdjęcia od brata na początku listopada, podczas ostatnich barwnych podrygów jesieni.
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Mamy grudzień, więc chyba już trochę na to za późno, chociaż - jak powtarzał reżyser naszego projektu, gdy zbliżaliśmy się do końca i coraz wyraźniej uświadamialiśmy sobie, że nie wyrobimy się w terminie - czas jest iluzją. Mimo tej iluzoryczności, brak kolorowego bluszczu na kamiennych stokach nad Ljubljanicą wydaje mi się dojmująco realny. Tak samo gołota wysokich drzew i brak wielkich liści spadających bezczelnie na talerze i spodki. („Czuję się tak, jakby strzelał do mnie nieudolny zamachowiec” - stwierdził Mężczyzna podczas jednego z bardziej rozpadanych liściem dni: Po czym dodał, podnosząc ogromny liść klonu ze swojego hamburgera: „Jak myślisz, czy to coś odbiera sygnał telewizyjny?”).
Lublana
Słowenia
wojaże
Zima zwlekała z przyjściem. Ponoć w pierwszych tygodniach listopada spada w Lublanie pierwszy śnieg, a tu nic i nic. Listopad piękniejszy wręcz od października, mniej pluchowaty, cieplejszy. Schowałam prochowiec, chodziłam w jesiennym płaszczyku. Dla tubylców rzecz niepojęta, bo przecież zima tuż tuż, a ona w maleńkich skarpetkach, z gołymi kostkami na wietrze i oczywiście bez czapki. Znajomy z biura sądząc, że nie mam żadnych zimowych rzeczy, przyniósł mi z domu od żony wielką siatę swetrów, szalików i wełnianych skarpet. Jestem urzeczona tym gestem, więc nie przyznaję się, że cieplejsze rzeczy co prawda mam, ale oszczędzam na prawdziwe mrozy, bo gdy biegnę przez miasto przy czterech stopniach powyżej zera, nie potrzebuję nawet swetra. Poza tym, czyż mama nie mówiła, że najważniejsze to aby było ciepło w nerki, szyję i stopy? To mam solidnie zapatulone. Znajomy jednak swoje wie.
Lublana
Słowenia
wojaże
Mżawi tu regularnie. Co tam Londyn, co tam Seattle! To właśnie Lublana powinna otrzymać tytuł miasta, w którym zawsze pada. Dlaczego nikt nic mi o tym nie powiedział? Jednego takiego mżawiącego dnia wchodzę do biura z mokrymi włosami (wypadłam bez parasola), przemoczonymi nogami (wysłużone kozaki mają swoje lata i przepuszczają wodę dość przewidywalnie, zwłaszcza gdy właścicielka prze na oślep przez kałuże) i ogólnie z podkulonym ogonem. W nastroju pod tytułem: „Nie odzywaj się do mnie, aż nie wyschnę”. Mokry prochowiec rzucam na sofę i patrzę za okno. Szary półmrok, szara gorycz, szary letarg sączy się z tej aury prosto w rozespany jeszcze krwioobieg. A tu dopiero dziewiąta rano, krótko po dziewiątej, bo trochę się przez ten deszcz spoźniłam. Dramat! Jęczę w duchu i chyba też, mimowolnie, trochę na głos, bo od biurka obok obraca się do mnie José, znajomy Argentyńczyk, z którym porozumiewam się firmową mieszanką portugalskiego i hiszpańskiego. Obraca się, ale z taką energią i z taką miną, że jakbym patrzyła w lustro. Patrzymy na siebie w milczeniu, oboje nastroszeni, zziębnięci i przemoczeni, oboje pełni głębokiej urazy do życia i do tej paskudnej słoweńskiej mżawki, i cóż: po kilku sekundach wybuchamy spontanicznym, współczującym śmiechem przegranych. Jak pech, to pech! W rozpaczy tylko śmiech pozostaje.
![]() |
| Niby ładnie, ale jak widać słońce wyraźnie zapomniało wstać. Tu tak zwany poranek |
Lublana
Słowenia
wojaże
Ze Szwajcarii przyjechał brat, przywiózł urządzenie, które powinno stanowić niezbędny element wyposażenia każdej domowej apteczki: plastikowy lejek do robienia kawy przelewowej. Być może trudno w to uwierzyć, ale pierwszy miesiąc pobytu w Lublanie okazuje się miesiącem intensywnego kawowego głodu. Symptomy tłumione trochę licznymi stresami związanymi z obecnym projektem, ale w krótkich chwilach międzystresowego relaksu uderzają ze zdwojoną siłą. „Kave z mlekom” można dostać, owszem, i to w każdej praktycznie instytucji gastronomicznej, w rozsądnej cenie (plus minus) jednego euro; można dostać też americano i nieco lepszą dla mnie longo, ale kawy przelewowej, aka „filtrowej”, próżno szukać. Wszyscy piją malutkie espresso lub jakiś jego podejrzany wariant. Kto lubi, tego zysk. Kto nie lubi, ma odwyk. Jak ja. Espresso nie podnieca mnie zupełnie, w żadnej swojej odmianie. Wodniste, cienkie, mało aromatyczne, zwykle - ze względu na swój rozmiar - w okolicach trzeciego łyka już zimnawe; jakieś takie, brzydko powiem, niedopieprzone. O kawie niby przebąkuje, niby ją w tyle języka nadmienia, ale na dwuznacznym peep show się kończy: człowiek pozostaje niezaspokojony i z tym większą chcicą. Można oczywiście espresso i dwoić, i troić - smak zyskuje na ostrości, ale nie na głębi. Uderza w bebechy i już go nie ma, żałość nadal nieutulona.
Lublana
Słowenia
wojaże
Niby jestem wielojęzyczna, niby napisałam pracę magisterską z bilingwizmu, przez dobrych kilka lat siedziałam zasypana najróżniejszymi artykułami naukowymi i rozkminiałam, jak działa wielojęzyczny mózg - a i tak zaskakują mnie figle, jakie płata mi mój umysł w nowym środowisku językowym. Przystaję nad Ljubljanicą, piję espresso z papierowego kubka, z każdym łykiem przechylam się trochę do przodu przez balustradę, bo zawsze mam wrażenie, że kawa na pewno skapnie i poplami mój jasny prochowiec. I nagle na najbliższej latarni zauważam reklamę z napisem: „Zaplujte z nami”. I chociaż już zdążyłam się zorientować, że chodzi o przejażdżkę statkiem albo promem, to oczywiście wizualizację mam zupełnie inną: widzę raczej roześmianych ludzi plujących z rozmachem w pochmurną o poranku rzekę i zachęcających mnie do spróbowania moich sił. Nie mogę się powstrzymać od chichotu.
Lublana
Słowenia
wojaże
Smoczy Most jest ponoć jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków w Lublanie. Tymczasem moim słoweńskim znajomym musiałam kilka razy tłumaczyć, o co dokładnie mi chodzi. Dragon Bridge? Co to takiego? Dopiero po chwili rozjaśniają im się twarze. „Aaaa! Zmajski most!”. Przez Smoczy Most przechodzę codziennie do pracy. A raczej mogłabym przechodzić codziennie, bo zwykle wolę przez Ljubljanicę przechodzić gdzie indziej: przez Trójmostowie (Tromostovje) przy placu Prešernova (Prešernov trg), albo przez obwieszony kłódkami Most Rzeźników (Mesarski most), albo jeszcze przez jakiś inny, mały, którego nazwy nie pamiętam. Smoczy Most ma, oczywiście, swój urok, ale odejmują mu go samochody, które z kapitalistycznym rykiem kursują między Starym Miastem a Nowym. W tych okolicznościach nie można mu nawet zrobić ładnego zdjęcia, bo w kadr ładuje się a to autobus, a to osobówka; trudno też jakoś dobrze się do zdjęcia ustawić, bo przecież ruch nie staje dla nawiedzonego turysty z aparatem, który znalazł kadr idealny trochę w bok od pasów dla pieszych. Ponoć gdy przez most przechodzi dziewica, smoki machają ogonami; niestety, jeszcze się na to widowisko nie załapałam; smutny jest chyba stan europejskich moralności!
![]() |
| Zdjęcie zrobione z narażeniem życia, pozycja niemal mostka, tzn. mocny odchył do tyłu |
Lublana
Słowenia
wojaże
W mieszkaniu wita mnie stęchły piwniczny zapaszek, pseudoakt na ścianie w kuchni i notka zostawiona na parapecie: „Hvala, ker ne kadite v apartmaju” (Dziękujemy za niepalenie w mieszkaniu). Obok, na niskim stoliku ustawionym przy sofie, leży tania szklana popielniczka.
(Czyżby postkomunistyczny humor? Kiedy ze Słoweńcami rozmawiamy o minionym ustroju, bawi nas, jak wiele mamy wspólnych doświadczeń, choć dzielą nas kilometry, kultura i język).
(Czyżby postkomunistyczny humor? Kiedy ze Słoweńcami rozmawiamy o minionym ustroju, bawi nas, jak wiele mamy wspólnych doświadczeń, choć dzielą nas kilometry, kultura i język).
Lublana
Słowenia
wojaże
Tuż przed moim wylotem do Lublany, kolega przesyła mi kilka ostatnich szczegółów dotyczących projektu, a potem dodaje: „Próbuję ustawić plan dnia, ale to zupełnie inny... wiersz, jak to mówimy w Słowenii”.
Jestem przygnieciona górą problemów, które jak zwykle pojawiają się w ostatniej chwili przed wyjazdem, ale to mnie rusza. Odpisuję mu mimo późnej pory: „Po polsku mówimy, że to inna para kaloszy. Po angielsku, że to inny kocioł ryb. Słoweński zdaje się ujmować sprawę z większą dystynkcją”. To taki pierwszy smaczek, dzięki któremu zapominam na chwilę o tym, że do Lublany jadę przede wszystkim do pracy. Budzi się we mnie detektywistyczna żyłka lingwisty-antropologa. W samolocie przeglądam pdfy z kursami słoweńskiego i chichoczę w duchu na widok zabawnych podobieństw do języka polskiego.
Jestem przygnieciona górą problemów, które jak zwykle pojawiają się w ostatniej chwili przed wyjazdem, ale to mnie rusza. Odpisuję mu mimo późnej pory: „Po polsku mówimy, że to inna para kaloszy. Po angielsku, że to inny kocioł ryb. Słoweński zdaje się ujmować sprawę z większą dystynkcją”. To taki pierwszy smaczek, dzięki któremu zapominam na chwilę o tym, że do Lublany jadę przede wszystkim do pracy. Budzi się we mnie detektywistyczna żyłka lingwisty-antropologa. W samolocie przeglądam pdfy z kursami słoweńskiego i chichoczę w duchu na widok zabawnych podobieństw do języka polskiego.
![]() |
| W Ljubljanie co i rusz natykam się na kapitalne rzeźby. Tu kamienne kaczki gardzą kamiennym chlebem. W tle katedra (Ljubljanska stolnica), siedziba arcybiskupstwa |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





