zupełnie inny wiersz

niedziela, 4 października 2015

Tuż przed moim wylotem do Lublany, kolega przesyła mi kilka ostatnich szczegółów dotyczących projektu, a potem dodaje: „Próbuję ustawić plan dnia, ale to zupełnie inny... wiersz, jak to mówimy w Słowenii”.

Jestem przygnieciona górą problemów, które jak zwykle pojawiają się w ostatniej chwili przed wyjazdem, ale to mnie rusza. Odpisuję mu mimo późnej pory: „Po polsku mówimy, że to inna para kaloszy. Po angielsku, że to inny kocioł ryb. Słoweński zdaje się ujmować sprawę z większą dystynkcją”. To taki pierwszy smaczek, dzięki któremu zapominam na chwilę o tym, że do Lublany jadę przede wszystkim do pracy. Budzi się we mnie detektywistyczna żyłka lingwisty-antropologa. W samolocie przeglądam pdfy z kursami słoweńskiego i chichoczę w duchu na widok zabawnych podobieństw do języka polskiego.

W Ljubljanie co i rusz natykam się na kapitalne rzeźby. Tu kamienne kaczki gardzą kamiennym chlebem. W tle katedra (Ljubljanska stolnica), siedziba arcybiskupstwa
Już pierwszego dnia okazuje się jednak, że rzadko będę miała okazję próbować mówić po słoweńsku, bo wszyscy - absolutnie wszyscy - mówią tu po angielsku. Nie kokietują też jak Polacy, że niby nie mówią, podczas gdy w rzeczywistości radzą sobie całkiem dobrze. Barista na placu Prešernova (Prešernov trg), którego zapytałam o drogę do mojego mieszkania, bez problemu wytłumaczył mi, dokąd iść. Pan w informacji centrum handlowego, zamiast mnie zbywać byle czym i ignorować, przeprosił, że w centrum nie ma tego, czego szukam, po czym bezinteresownie wydrukował mi mapkę z Google, łopatologicznie pozakreślał i wskazał drogę. Po angielsku mówiła też pani w kiosku, gdzie kupowałam słoweńskie karty sim; pan, u którego wyrabiałam kopie kluczy do mieszkania; a także kasjerka w supermarkecie, bo oczywiście w swoim roztargnieniu zapomniałam zważyć mój czosnek i banany, w związku z czym nie miały one przyklejonej metki z ceną. Po drodze też kilka razy zdołałam się zgubić na małych, krętych uliczkach, więc pytałam o drogę przypadkowych przechodniów i każdy mówił po angielsku. (Pod koniec dnia zaczęłam się zastanawiać, czy pytanie: „Do you speak English?” nie brzmi tu zbyt protekcjonalnie).

Wydawałoby się więc, że mój słoweński umarł w butach, zanim jeszcze na dobre zaczął dychać. Jestem jednak zawzięta. Sprawdzam słówka, żeby nie wzięli mnie za amerykańskiego ignoranta. Oczywiście zdarzają się wpadki, np. sugerując się czeskim i bułgarskim, przez kilka pierwszych dni radośnie mówię wszystkim: „Dober dan”, zanim doczytuję, że pozdrowienie to jest zarezerwowane na popołudnie, a rano należy witać się wyrażeniem „Dobro jutro”. Kilka dni zajęło mi też wytropienie prostego: „Cześć”, bo miałam wrażenie, że każdy używa czego innego: a to „Živia”, a to „Pozdravljen”, a to jeszcze czego innego, czego jeszcze nie przeanalizowałam. Nikt też nie używa: „Kako (vam) gre” (Jak się masz / Jak się pan/i ma), ale podejrzewam, że zwroty tego typu znajdują się w podręcznikach tylko dla anglojęzycznych cudzoziemców, bez przerwy pytających świat, jak się ma, i kompletnie niezainteresowanych odpowiedzią.

Głównym zaskoczeniem natomiast jest dla mnie to, jak melodyjny jest słoweński. Spodziewałam się czegoś na kształt bułgarskiego: twardszej wymowy i przewidywalnych samogłosek. Zamiast tego napotykam schwę i ciekawy układ samogłosek dłuższych i krótkich, z akcentem, który nawet dla natywnych wydaje się być mało przewidywalny. Przez kolejne miesiące pracuję w studiu, gdzie co i rusz pada ze strony aktora pytanie: „Akcent na tę czy na tę sylabę?”. W życiu codziennym nie ma to większego znaczenia, ale nagrywamy pewien standard, więc nikt nie chce popełnić błędu. Producent w takiej sytuacji natychmiast łaps za słuchawkę do fonologa-lingwisty, który od czasu do czasu, gdy nagrywamy amatorów, zjawia się także w studiu osobiście i żmudnie pokazuje Słoweńcom, jak brzmi standardowy słoweński. Jest to jeden z najbardziej zróżnicowanych języków słowiańskich, prawdopodobnie ze względu na górzysty teren, który sprawiał, że dialekty często rozwijały się niezależnie od siebie. Jak mówi przysłowie: „Każda wieś ma swój głos” (Vsaka vas ima svaj glas).

Blog zmieni pewnie charakter na kolejne miesiące; stanie się bardziej impresjonistyczny i pewnie siłą rzeczy bardziej telegraficzny. Oczywiście zamierzam zamienić się także w typowego turystę, ale przyznam się, że pierwszy weekend głównie przespałam, wyczerpana tempem w studiu i natłokiem odpowiedzialności. Cieszę się jednak przepięknym otoczeniem, które będę konsekwentnie fotografować. Lublana faktycznie ma swój własny, wyjątkowy klimat.

Słoweńska jesień w całej krasie. Stare Miasto za Ljubljanicą, okolice Smoczego Mostu.
Plac Kongresowy (Kongresni trg), z widokiem na zamek lublański. Na wprost budynek Filharmonii, po lewej park (Zvezda)
Fontanna pitna w wydaniu słoweńskim, park Zvezda (Gwiazda). Napis w języku słoweńskim i angielskim zachęca do picia wody z kranu - jest naprawdę pyszna, wręcz lekko słodka, więc rzeczywiście szkoda przepłacać
Ljubljanica o poranku, lekko prześwietlona, ale i tak piękna. Tak właśnie sobie dreptam do pracy
Jeden z licznych mostów przez Ljubljanicę
I kolejna świetna rzeźba... pies otrząsający się nad rzeką
Share /

3 komentarze

  1. Dobrze, że jesteś!
    Zdjęcia piękne, klimat Ljubljany przypomina mi nieco czeską Pragę, jak myślisz?
    Miłe zaskoczenie z angielskim, przynajmniej nie musiałaś się od samego początku siłować językowo aby kupić waciki :) Teraz możesz próbować porozumieć się po słoweńsku dla przyjemności :) Samych dobrych dni Ci życzę ! Odkrywaj! :)
    Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, bardzo Ci dziękuję za pamięć. Ostatnio bardzo mało czasu spędzam w internecie, przez dwa kolejne miesiące mam bardzo ostre tempo, więc przepraszam z góry za poślizgi i nieobecności :) W swoim czasie nadrobię jednak wszelkie zaniedbania :)

      Skojarzenie z Pragą mam również, zdecydowanie. Ale Praga wydaje mi się odrobinę bardziej zadęta, i chyba trochę bardziej zadeptana turystami, mnóstwo ludzi, pod koniec dnia miałam zwykle stertę ulotek, które wciskano mi na ulicy. Ljubljana jest bardziej zwyczajna. Angielski z ust przechodniów i kasjerów nadal mnie trochę szokuje :) Ciepło ściskam!

      Usuń
    2. Nie ma sprawy, moja pamięć jest bezinteresowna :) Pewnie tak, Ljubljana rzeczywiście wydaje się spokojniejsza i tak jest lepiej. Możesz sobie spokojnie pożyć bez konieczności przepychania się przez tłumy turystów w drodze do pracy :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo