liście & popielniczka gratis

środa, 7 października 2015

W mieszkaniu wita mnie stęchły piwniczny zapaszek, pseudoakt na ścianie w kuchni i notka zostawiona na parapecie: „Hvala, ker ne kadite v apartmaju” (Dziękujemy za niepalenie w mieszkaniu). Obok, na niskim stoliku ustawionym przy sofie, leży tania szklana popielniczka.

(Czyżby postkomunistyczny humor? Kiedy ze Słoweńcami rozmawiamy o minionym ustroju, bawi nas, jak wiele mamy wspólnych doświadczeń, choć dzielą nas kilometry, kultura i język).

Sklepienie piwniczne, z cegieł. Zostawiono mi kilka wielkich pająków, na szczęście. Najwyraźniej czynsz płacę głównie za świetną lokalizację, bo samo „mieszkanie” igra trochę z semantyką tego słowa. Wygląda raczej jak długa kotłownia, którą zastawiono zdekompletowanymi meblami. Tu sklejka, tam płyta pilśniowa; drewniana toaletka, która ma chyba spełniać rolę miniaturowego biurka; żałosne metalowe lampy i wielkie krzesło obrotowe, które chętnie wystawiłabym na zewnątrz, na wysypane białym żwirem podwórze. Łazienka zdecydowanie nie dla osób z nadwagą; do prysznica trzeba się cisnąć między umywalką a framugą przesuwanych drzwi, a całość łazienki jest szerokości prysznica właśnie. Wąska skrytka na lekarstwa; w związku z czym szczoteczki do zębów, żyletki, dezodoranty i inne parafernalia łazienkowe wystawiamy do kuchni. Stoją sobie koło solniczki i pieprzniczki i dwóch pustych karafek na wybyły alkohol.
Mężczyzna postawił swoje walizy, ja postawiłam swoje, wyciągnęliśmy laptopy, ubrania i resztę najpotrzebniejszych rzeczy - i już nie mamy podłogi (ani, nota bene, żadnej innej horyzontalnej powierzchni użytkowej). Mamy za to jedno wąskie okno szczelnie zasłonięte czarnymi (!) żaluzjami, a także główną atrakcję tego M-1: łóżko a la komunistyczny pawlacz, do którego wchodzi się po metalowej drabinie. Ustawione nad sofą powleczoną fatalnym skóropodobnym plastikiem. Oczywiście odpowiednio nisko, żeby można było od czasu do czasu walnąć się w nie głową, wstając zamaszyście z sofy.
Poza tym w mieszkaniu spadają liście. Znajduję je wszędzie na jasnych beżowych kaflach, pokruszone i niewytłumaczalne, bo trudno mi dociec, skąd się biorą. Drzwi wejściowe są dość szerokie, a więc przy ich otwieraniu może się robić lekka zassawka; ale nawet to nie wyjaśnia, dlaczego liście znajduję na podłodze przy oknie, czyli przy ścianie przeciwległej! Zamiatam, a nazajutrz znowu widzę nieporządne paprochy, jesienne, lekkie, niesubordynowane. Trudno je zagonić na szufelkę; drwią sobie z mojego perfekcjonizmu.

Na zewnątrz natomiast pięknie. Budynek tuż przy małym poletku zarośniętym wysokimi, starymi drzewami. Pnie obrośnięte bluszczem, a wśród gałęzi ukryte małe karmniki. Poszycie i krzewy rosną nieprzycinane i dzikie, tworząc ciemny, posępny gąszcz. Jest cichutko i czyściutko, choć okolica żywa: kawiarnie, knajpy, centra studenckie, budynki mieszkalne. Ogródki piwne i zadaszone ogródki dla palących, rozstawione są dzielnie nawet w deszczowe dni, których w Lublanie nie brakuje: jest ona jedną z najbardziej rozpłakanych i mglistych stolic Europy. (Zamek lublański o poranku zupełnie znika).

Klientów deszcz jednak nie odstrasza. Siedzą skuleni pod parasolami, piją grzane piwo albo espresso w małych białych filiżankach, rozmawiają. Wszystko wygląda na okrzepłe, uporządkowane i ustalone. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze dwadzieścia pięć lat temu Słowenia nie istniała jako niezależne państwo. A teraz jest członkiem OECD jako jeden z krajów o najwyższej stopie życiowej.

O poranku zdjęcia robi się najlepiej. Zwykle w ciągu dnia zamiast jednego mężczyzny stoi w tym miejscu tabun turystów z telefonami i kamerami. Zamek we mgle
Poranna kawa nad rzeką
Jeśli chodzi o Mężczyznę, to dziwi go co innego: „Słoweńcy i Polacy są spokrewnieni?” - pyta z niedowierzaniem po kilku dniach spędzonych w Lublanie. - „Niemożliwe. Ci tutaj są przecież tacy weseli!”.

Przytyków na temat mrukowatości Polaków słyszałam już tak dużo, że już nawet nie próbuję protestować...
Share /

2 komentarze

  1. Fajnie, że Mężczyzna jest tam z Tobą :) Zdjęcia rzeczywiście zachwycające, podoba mi się ta mgła (a może to już chmury?), która pokrywa nieco dachy. Bajkowo!
    Pamiętam, że podobną sytuację miałam w Krakowie, kiedy jesienią liście niespodziewanie wpadały do sypialni przez krzywo uchylone okno dachowe, a później gdy padał śnieg, nie było widać już nic. Pozdrawiam Cię :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Być może faktycznie chmury? Znajdujemy się jakieś trzysta metrów nad poziomem morza, poza tym jesteśmy jakby w nadrzecznej kotlince, więc na pewno jest jakiś mikroklimat.

      Ech, z tymi liśćmi już się poddałam. Podejrzewam cichaczem, że winne są trapery Mężczyzny, ale na razie kalumni nie rzucam. Przyglądam się tylko rozwojowi sytuacji :)

      Usuń

O prawach

Wszystkie teksty zamieszczone na blogu są wyłączną własnością bloga "pelargonie i sól" i jego autora, Karoliny Zaremby. Wykorzystywanie i kopiowanie ich bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

O fotkach

Dla tych, co się na tym znają, rozróżnienie będzie dosyć jasne: te zdjęcia, które mają potencjał i sprawiają wrażenie, jakby cyknął je ktoś, kto wie, co robi, są dziełem mojej olśniewającej siostry. Znajdziecie ją na www.dorobothy.pl razem z resztą jej sportowo-artystycznych projektów.

Za pozostałe zdjęcia (robione tabletem lub komórką) biorę odpowiedzialność ja. Rzadkie zapożyczenia pojawiają się ze źródłem. Zdjęcia niepodpisane pochodzą z pixabay lub ze strony podobnej.

Posty popularne

Posłuchaj Pelargonii!

Ostatnie rozmowy

© pelargonie i sól
designed by templatesZoo