Najpierw było nieszczęsne Orlando. Nieszczęsne tylko dla ofiar, bo dla mediów i lobbystów istna wyżerka: dostęp do broni, imigranci, domowi terroryści, LGBT, pełen bufet. Potem kolejny (który już?) projekt ustawy o ograniczeniu dostępu do broni palnej, umarł w amerykańskim kongresie. Co znaczy, że kiedy wsiadam do samolotu, zabiorą nawet wsuwkę do włosów, jeśli jest długa i ostra, ale jeśli jestem na liście podejrzanych o zapędy terrorystyczne, mam schizofrenię albo manię prześladowczą i chcę w spożywczaku kupić broń, to bardzo proszę. Zresztą, tu nie było akurat żadnego zaskoczenia: republikanie siedzą w kieszeni NRA (narodowe stowarzyszenie ds. broni palnej) i trudno wymagać, by działali przeciwko swoim sponsorom – proste. Dobiła mnie jednak wieść inna: prowizoryczna reforma Obamy w sprawie nielegalnych imigrantów została zakwestionowana przez Sąd Najwyższy. Co gorsza, to Teksas, pieprzony, zacofany, ograniczony Teksas, który oceniłam, mam wrażenie, tak łaskawie, z taką nadzieją, w tym poście, stanął na czele tych wszystkich republikańskich stanów, które zawlekły sprawę do sądu najwyższej instancji. Krew, krew zalewa mi płuca.
Co prawda – z tego co rozumiem – została zakwestionowana nie tyle wartość merytoryczna DACA i DAPA, a bardziej sam dekret prezydencki Obamy: to, że chciał zmiany wprowadzić sam, korzystając ze swoich wykonawczych prerogatyw, bez udziału kongresu. Kongres jednak o żadnej reformie systemu imigracyjnego od kilkunastu lat nie chce nawet rozmawiać. Nie chciał rozmawiać o DREAM Akcie, który był mu przedstawiany kilkakrotnie od 2001 r.; nie chciał rozmawiać o innym projekcie reformy, który w 2013 r. przeszedł senat i umarł bez dyskusji. Jest 2016 r. i nic się nie dzieje, nic się nie zmienia, dialogu nie ma, są tylko obustronne wyzwiska i strach. System kuleje i niedowidzi, niedowidzi zwłaszcza tych jedenastu milionów nielegalnych imigrantów, niech żyje system.
Pamiętam, jak dwa lata temu, właśnie wtedy, gdy zaczynałam pisać bloga, południową granicę Stanów masowo zaczęły przekraczać dzieci i kobiety. Kryzys humanitarny na granicy trwał niemal pół roku, ale ważniejszy od życia był, oczywiście, potencjał polityczny tego kryzysu: dzieci i kobiety to świetne mięso armatnie dla rozłamowej propagandy. Niezależnie od tego, czy to byli uchodźcy, czy materiał do deportacji, należało tych ludzi gdzieś tymczasowo upchnąć na czas, gdy system – jakże sprawny, jakże wydajny amerykański system – będzie ich przeżuwał.
Infrastruktura nadgraniczna była znikoma, więc zaczęto ich wysyłać w ciężarówkach do schronów federalnych i organizacji charytatywnych w całym kraju. Już ta, wydawałoby się, praktyczna i w założeniu neutralna decyzja okazała się kontrowersyjna. Amerykański Kowalski uważa najwyraźniej, że kto przeszedł przez granicę, tego należy natychmiast z powrotem przez nią przerzucić, jak w siatkówce. (Równocześnie chciałby, aby rząd prowadził drobiazgową dokumentację przechodzących recydywistów, wiedział, kto jest kim w systemie, sprawdzał facebooka, twittera, historię karalności i genealogię do kilku pokoleń wstecz, a także pomagał prawdziwie potrzebującym, żeby on miał spokój sumienia).
Tak czy inaczej. Jeden z budynków, w którym zamierzano umieścić część uchodźców, znajdował się pod Houston. Dojeżdżającemu do miasta autobusowi wyszli na spotkanie mieszkańcy i zaczęli protestować. My ich tutaj nie chcemy – krzyczeli. Precz do Meksyku. To inwazja. Co niesamowite, autobus po chwili konsternacji usłuchał. Zmienił trasę i pojechał dalej. Gdzieś na północy, daleko daleko, w Minnesocie czy w Michigan jakiś dom samotnej matki dał znać, że ma miejsce dla ładunku.
Całość obejrzałam przypadkiem w lokalnych wiadomościach. (Jeden z tych dni, kiedy siedzę w hotelu i w ramach pobudki katuję się oglądaniem żenujących amerykańskich newsów). Zrobiło mi się ohydnie. Tak ohydnie, jak wtedy, gdy dowiedziałam się o Gretnie, mieście pod Nowym Orleanem, które w 2005 r., po huraganie Katrina, ustawiło u wejścia do miasta blokadę, a policjanci z bronią w ręką zawracali ludzi uciekających od zniszczenia i nawałnicy. Czy taki poziom adoracji własnego pępka jest w ogóle możliwy? Brzmi jak baśń Grimma, jedna z tych, które mama zaznaczała w tomiku krzyżykiem, że nie są dla dzieci. Pamiętam ten gniew, transowy wręcz gniew sprzed dwóch lat, stan jak po kilku mocnych kawach: uniesienie, zawrót głowy, klarowność. Tak samo czuję się dzisiaj, teraz.
(Kiedy więc w piątek dowiedziałam się o Brexicie, byłam już na haju. Pomyślałam tylko z rozbawieniem, że w porównaniu z monumentalnym amerykańskim zatwardzeniem system brytyjski działa jak struś pędziwiatr: jest frustracja, tworzy się partia, partia zdobywa głosy, partia wchodzi do parlamentu, wywiera nacisk, puff: referendum, wszystko w przeciągu kilku lat. W Stanach natomiast… jest tylko frustracja: podczas wyborów zatykasz nos i głosujesz, ewentualnie możesz powystrzelać ludzi w klinice aborcyjnej albo w klubie gejowskim, jak coś ci się bardzo nie podoba. Nie wiadomo tylko, czy Brexit to faktycznie przejaw demokracji, jak krzyczą optymistycznie żurnaliści, czy raczej – pożyczając anglosaski idiom – skrajny przypadek nierozumnego ogona, który macha kotem).
Dzisiaj w każdym razie chce mi się wsiąść do samolotu byle jakiego. Polecieć daleko, daleko. Do Brazylii, Wietnamu, Puny. Obciąć włosy, zostać mnichem. W kabinie samolotu połknąć pigułkę dzień-po i uwierzyć, że ten żałosny kraj, Ameryka, nigdy mi się nie przytrafił i że nigdy nie mieliśmy ze sobą nic do czynienia.
Tak czy inaczej. Jeden z budynków, w którym zamierzano umieścić część uchodźców, znajdował się pod Houston. Dojeżdżającemu do miasta autobusowi wyszli na spotkanie mieszkańcy i zaczęli protestować. My ich tutaj nie chcemy – krzyczeli. Precz do Meksyku. To inwazja. Co niesamowite, autobus po chwili konsternacji usłuchał. Zmienił trasę i pojechał dalej. Gdzieś na północy, daleko daleko, w Minnesocie czy w Michigan jakiś dom samotnej matki dał znać, że ma miejsce dla ładunku.
Całość obejrzałam przypadkiem w lokalnych wiadomościach. (Jeden z tych dni, kiedy siedzę w hotelu i w ramach pobudki katuję się oglądaniem żenujących amerykańskich newsów). Zrobiło mi się ohydnie. Tak ohydnie, jak wtedy, gdy dowiedziałam się o Gretnie, mieście pod Nowym Orleanem, które w 2005 r., po huraganie Katrina, ustawiło u wejścia do miasta blokadę, a policjanci z bronią w ręką zawracali ludzi uciekających od zniszczenia i nawałnicy. Czy taki poziom adoracji własnego pępka jest w ogóle możliwy? Brzmi jak baśń Grimma, jedna z tych, które mama zaznaczała w tomiku krzyżykiem, że nie są dla dzieci. Pamiętam ten gniew, transowy wręcz gniew sprzed dwóch lat, stan jak po kilku mocnych kawach: uniesienie, zawrót głowy, klarowność. Tak samo czuję się dzisiaj, teraz.
(Kiedy więc w piątek dowiedziałam się o Brexicie, byłam już na haju. Pomyślałam tylko z rozbawieniem, że w porównaniu z monumentalnym amerykańskim zatwardzeniem system brytyjski działa jak struś pędziwiatr: jest frustracja, tworzy się partia, partia zdobywa głosy, partia wchodzi do parlamentu, wywiera nacisk, puff: referendum, wszystko w przeciągu kilku lat. W Stanach natomiast… jest tylko frustracja: podczas wyborów zatykasz nos i głosujesz, ewentualnie możesz powystrzelać ludzi w klinice aborcyjnej albo w klubie gejowskim, jak coś ci się bardzo nie podoba. Nie wiadomo tylko, czy Brexit to faktycznie przejaw demokracji, jak krzyczą optymistycznie żurnaliści, czy raczej – pożyczając anglosaski idiom – skrajny przypadek nierozumnego ogona, który macha kotem).
Co ja się tak przejmuję? To jest pytanie mojego życia. Słyszę je od rodziny, partnerów i przyjaciół, więc prawdopodobnie jest w nim odrobina zasadności (tylko odrobina, nie więcej!). Co ja się tak przejmuję? Nie wiem. (Mogłabym raczej zapytać: Co ty się tak nie przejmujesz?). Myślę, że to gniew i tylko gniew, nie czerwone wino, nie olej kokosowy, nie szparagi, nie kolagen, nie koenzym Q10, tylko właśnie gniew stanowi tajemnicę wiecznej młodości. Gdy się gniewam, jestem młoda i nieśmiertelna, i wierząca. Leżę w łóżku czujna i niezłomna, promieniując energią jak po wypiciu butli złocistej oliwy. Gdy zacznę nad wszystkim przechodzić do porządku dziennego, okażę się stara, stężała i śmiertelna.
Dzisiaj w każdym razie chce mi się wsiąść do samolotu byle jakiego. Polecieć daleko, daleko. Do Brazylii, Wietnamu, Puny. Obciąć włosy, zostać mnichem. W kabinie samolotu połknąć pigułkę dzień-po i uwierzyć, że ten żałosny kraj, Ameryka, nigdy mi się nie przytrafił i że nigdy nie mieliśmy ze sobą nic do czynienia.


masz niesamowite pióro! a poza tym widzisz, to w najgorszych miejscach i najgorszych okolicznościach budzą się największe talenty, może to dlatego tam jesteś
OdpowiedzUsuńTeż mi się tak wydaje. Ostatnio widzę to bardzo wyraźnie: pisanie to jedyna dobra rzecz, która mi się tu przytrafiła. Niewiele jest w życiu takich rzeczy, które mają same dobre strony. Pisanie sprawia tylko frajdę. Cieszę się, że do niego wróciłam.
UsuńSerdeczności, Tymo, i - cała naprzód!!
TW - dziękuję za Twój głos. Cieszę się, że są osoby, które reagują jak Ty.
OdpowiedzUsuńGniew potrafi być potężną i bardzo konstruktywną emocją. Nie zawsze wiemy, czego chcemy, czasem wiemy tylko, czego zdecydowanie nie chcemy. I to pcha nas we właściwym kierunku, daje siłę.
Pozdrawiam Cię serdecznie i życzę szczęścia w dalszych poszukiwaniach. W Europie i poza nią.
Karolino -świetny tekst. Przeczytałam z przyjemnością. Co się z Tobą dzieje? Może napiszesz do mnie prywatnie...? Pozdrawiamy Cię oboje - Paweł i ja.
OdpowiedzUsuń