Jest ich niewielu. Siadają razem, po prawej stronie, za rzutnikiem, a i tak nie wypełniają nawet sześciu pierwszych ławek. Przychodzą punktualnie, pozdrawiają się półgłosem, zastygają w pełnej napięcia przedmszalnej ciszy. Wielka przestrzeń kościoła wisi nad nami jak fatum; w porównaniu do niej, nasza garstka wydaje się jeszcze mniej liczna. Mówią płynnie po hiszpańsku, niektórzy mają typowo latynoskie imiona: Pedro, Emilio, Juan; nazwiska za to słoweńskie: Kraljic, Hribarnik, Jupančič. Są dziećmi i wnukami Słoweńców, którzy w czasach socjalistycznej Jugosławii musieli uciekać z kraju przed partyjnymi represjami. Argentyna była jednym z krajów, które przyjęły wówczas politycznych uchodźców. W kraju nadal funkcjonują towarzystwa edukacyjne i domy kultury, krzewiące znajomość języka słoweńskiego.
(Niby jest to przeszłość, ale tak świeża, że jak diabeł, i ona nie śpi. Jeden z Argentyńczyków jest początkującym filmowcem. Kiedy w tym roku szukał materiału do filmu dokumentalnego, który zamierzał nakręcić, o emigracji swojego zmarłego dziadka, jego kontakty po kolei mu się wykruszały. Ludzie zgadzali się współpracować, a następnego dnia dzwonili, że jednak nie, wiesz, rozmyślili się. Inni nie dzwonili w ogóle: wycofywali się chyłkiem, cichcem, po angielsku. Po co drążyć ten temat. Nowy kraj, nowy porządek, stare trzeba odkreślić grubą kreską. Od czasu do czasu, gdy znajomych podejmuje się na tarasie, a rozmowa zejdzie na niewygodne tematy polityczne, gospodarze ganią ściszonym głosem: „Pssst, sąsiad jest z partii”. Jakiej partii? Partii przecież już dawno nie ma... Nieważne. Psst. Nowy temat).
Jorge uważa, że jego kontakty ktoś wystraszył. Możliwe. Świnie przy korycie te same najprawdopodobniej. Inaczej tylko zrzeszone, trochę starsze, a dalej żrą. Ale nie brak także bezinteresownych miłośników międzyludzkiej harmonii, którzy w imię świętego spokoju chętnie wyretuszowaliby przeszłe to i owo. Ciała bliskich spadające w anonimowe groby twarzą w dół, martwy dziadek zostawiony efektownie na progu domu, tak żeby znalazła go żona, rodziny rozdzielone przestrzenią Atlantyku, bo nie wszystkim udało się dotrzeć na statek: tata tu, mama tam. Dziadek w odległej Argentynie skulony przy gramofonie grającym słoweńskie piosenki.
Photoshopem można to wszystko wyciąć jak nietwarzowy pieprzyk.
Jorge zaprasza nas również na słoweńską premierę swojego starego-nowego filmu, horroru krótkometrażowego p.t. Sola y Blanco, o nastolatce, która zostaje w domu sama i spotyka śnieżnego demona. Wybieramy się więc wieczorem do Rogu, wielkiego, opuszczonego gmachu przy ulicy Trubarjeva. Produkowano tu kiedyś rowery, solidne słoweńskie holendry zwane kucykami, których wiele do dziś śmiga po ulicach miasta. Była fabryka pełni teraz rolę centrum kultury alternatywnej: odbywają się tu imprezy, koncerty, wystawy, warsztaty. Mam mocne skojarzenie z poznańską Kamienicą Sztuki, która stoi przy Garbarach naprzeciw palarni kawy Astra. Tylko że Rog wygląda na o wiele mniej zaniedbany: sporo pomieszczeń nie ma nawet okien, drzwi wykradzione, farba zdarta ze ścian, goła cegła, nie działają instalacje elektryczne. Z okazji premiery horroru, organizatorzy postawili wzdłuż szerokich, ciemnych schodów kilkadziesiąt płonących świec. Świece płoną też w wielkim hangarze na parterze, który obecnie jest składem budowniczego rupiecia i ogólnopojętej sztuki: z sufitu zwieszają się zmalretowane manekiny, rzeźby bez rąk i nóg, zamalowane płótna; pachnie farbami i gipsem. Pomieszczenie na piętrze, gdzie będziemy oglądać film, wypełnione jest ludźmi. Przez puste oczodoły po oknach widać dachy nocnego miasta.
„Film jest o nas” - tłumaczy mi reżyser, z którym rozmawiam po premierze. Stoimy w samym środku imprezowego kołchozu, popychani przez innych widzów, krzyczymy do siebie długimi wyczerpującymi zdaniami. Staram się nie wylać grzanego wina, które dali mi w białym jednorazowym kubku; rozgrzany miękki plastik parzy mi palce. „Wzrastaliśmy w ciepłej Argentynie, przyjeżdżamy do zimnego kraju. Dlatego na początku widać te zaśnieżone ulice, a bohaterka tłumaczy, że nie lubi zimy, że zima jest przereklamowana: przemakają buty, chłód przeszywa do kości”. Film jest w języku hiszpańskim, argentyńskim, ze słoweńskimi napisami, choć kręcony był w całości w Lublanie. Ale nie odczuwam tego jako zgrzytu. Być może dlatego, że styl kręcenia wydaje mi się bardzo latynoski, a więc współgra z językiem: dialogi, których oszczędność i zwyczajność sama w sobie wydaje się złowroga; minimalistyczna charakteryzacja, klaustrofobiczne pomieszczenia bez naturalnego światła, wreszcie ten zakurzony retro filtr. Nastrojem przypomina mi „Los Paranoicos” Mediny albo części „Medianeras” Taretto. Chętnie obejrzałabym więcej, choć horror to zdecydowanie nie mój gatunek; podczas dwudziestominutowego seansu ściskam ramię Mężczyzny tak kurczowo, że chyba przewiercam mu mięsień. Nie lubię elementów fantastycznych ani w filmie, ani w literaturze. Choć życie emigrantów jest po trosze fantastyczne: pełne absurdów, lęków niezrozumiałych dla pełnoprawnych obywateli, pełne idiosynkratycznych demonów.

Brak komentarzy
Prześlij komentarz