- dumam sobie, kryjąc się przed wiatrem w wiacie podmiejskiego przystanku. Niby jest ciepło, niby sweter niepotrzebny, a ta polska wilgoć lodowacieje mi na rękach. (Rękawiczki to skaranie boskie. Zakładam je minutę, a po dwóch muszę zdjąć: bo telefon, bo szukam czegoś w torbie, bo przewracam kartkę książki albo czytnika, bo muszę wydmuchać nos kapiący jak aluminiowa jeżycka rynna). Autobus pachnie wilgotną bawełną, bo sezon grzewczy rzecz święta, nieważne, że temperatury wiosenne, dobijające dziesięciu stopniu. Zmokłe płaszcze, czapki, buty, zesztywniałe jeansy parują szybko w ciepłej wspólnej przestrzeni. W ogonie autobusu, na ostatnich siedzeniach śpi bezdomny człowiek i pachnie. Zapach nędzy i rozpaczy odstrasza od tego zakątka współpasażerów. Jeden po drugim wchodzi i decyduje się usiąść gdzie indziej. Na wysokości Rusałki do autobusu wchodzi trzech wyrostków z imponującymi wędkami i pustymi plastikowymi wiaderkami w rękach; niezrażeni swądem, siadają w ostatnim rzędzie, rozmawiają, rechoczą. A bezdomny śpi dalej, w amoku, w damskiej pikowanej kurtce ze złotymi guzikami, odurzony anomalnym ciepłem i rytmicznym hałasem silnika, który nad tylnymi kołami żółtozielonego ikarusa jest przecież najgłośniejszy. Wyrostki wychodzą po kilku dniach, a człowiek śpi nadal, jak zaklęty. Może po spożyciu alkoholu, może po niespożyciu lekarstw - na cukrzycę, krążenie, schizofrenię, Alzheimera.
(Bezdomni w poznańskiej komunikacji miejskiej to niechybny znak zimy. Na ich obecność można liczyć bardziej niż na mityczne białe święta. Skuleni, śpiący. Pijani, chorzy, pachnący. Wybierają miejsca strategiczne: nad grzejnikami, nad silnikiem. Nie wiem, co dzieje się z nimi na końcu linii, kiedy muszą nagle, skołowani ciepłem i niezdrową śpiączką, wyjść na mróz. Wolę sobie nie wyobrażać).
Mrozu na szczęście jeszcze nie ma; święta będą w tym roku ciepłe, z powidłami śliwkowymi rozkładającymi się w spokoju na polach, jarzębiną lakierowaną deszczem na żywopłotach, zwodniczymi kałużami, które trudno nocą ominąć, zapachem mokrej bawełny i bezdomnych w autobusach. (W niektóre dni, piętnastominutowa ulewa uderza zapamiętale w okna połaciowe na moim strychu, budzi mnie ze snu).
Jest zwyczajnie. W tym mijającym roku bardzo mi tej zwyczajności brakowało. Zamierzam się więc na razie doprzeciętnić: nie mam planów, nie mam ambicji, nie zapełniam grafika, nie zabijam się, by wyrobić trzysta procent normy. Nie marzę o białych świętach, mam nadzieję cieszyć się tym, co jest.

Dawno mnie tutaj nie było, ale dobrze wiedzieć, że jesteś i piszesz :) wyjątkowo dziwna ta zima, nietypowa. Ani mroźna , ani chlupiąca czy kapiąca, ale sucha. I wietrzna tak, że tymi polskimi liśćmi tez pomiata trochę jak tymi teksanskimi.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło i życzę Ci spełnienia marzeń o tej milej zwyczajnosci :)
Dzięki, Arbuzie :) Ostatnio pewien przestój, ale to chyba naturalne, przez święta... wpadło kilka dni prawie wyłącznie przespanych, a więc cel poniekąd osiągnięty. Za to teraz siedzę sobie przy oknie i cieszę się białymi blamowaniami na drzewach: lepiej późno niż wcale! Serdecznie pozdrawiam i życzę Ci wielu inspiracji w Nowym Roku!!
UsuńPelargonio, miło przeczytać Twój post z Polski:) Cieszę się,że postanowiłaś spędzić Święta w kraju! Tak, tegoroczne Boże Narodzenie zniechęciło pogodą, wśród znajomych krąży powiedzonko,że na pewno biała będzie Wielkanoc:) Mam nadzieję,że zajrzysz również i do do Krakowa? Bardzo zapraszam:)))) Bardzo!
OdpowiedzUsuń